Hipokryzja – level 100

Według mainstreamowej prasy w wielu krajach najbardziej prokremlowską kandydatką I tury wyborów prezydenckich we Francji była Marine Le Pen, a najbardziej antykremlowski jest urzędujący prezydent i kandydat na reelekcję Emmanuel Macron. Czy wszystko jest tak czarno-białe?

Wygląda na to, że Francja od czasów śp. Jacques’a Chiraca (rządził w latach 1995–2007) nie ma szczęścia do prezydentów. Owszem, Chiracowi można wypominać różne rzeczy (np. order dla Putina, wręczony doprawdy w zupełnie innym kontekście politycznym; słynny frazes o krajach, które „straciły okazję, by milczeć” w sprawie wojny w Iraku, 2003), lecz był to polityk należycie przygotowany do pełnienia funkcji głowy państwa, łączący cięte riposty z klasą (perełką było zdanie: „ja decyduję, on wykonuje”, którym uciął spekulacje o jego problemach z jego ówczesnym ministrem i późniejszym prezydentem Nicolasem Sarkozym). Żaden prezydent po Chiracu nie miał ani tyle klasy, ani wiedzy o mechanizmach państwa. Sarkozy? Zaatakował Libię, aby mścić się na Muammarze Kaddafim. Ma już zasądzone dwa wyroki więzienia m.in. za korupcję (odwołał się od nich). François Hollande? Niby jako jedyny zdecydował się zamieszkać w swoim paryskim mieszkaniu zamiast w pałacu prezydenckim, lecz bardziej popisywał się swoimi wybrykami seksualnymi i jazdą na skuterze niż należytą powagą związaną z prezydenturą.

Emmanuel Macron? Reaguje agresją, gdy sprawy obracają się przeciwko niemu. Ostatnim tego przejawem były wyzwiska wobec premiera Polski Mateusza Morawieckiego, lecz najbardziej emblematycznym przykładem pozostanie ostrzelanie i okaleczanie pokojowo manifestujących obywateli w latach 2018–2019. I tak jak w 2017 r., do II tury wyborów prezydenckich przeszli właśnie Marine Le Pen i Macron. Pierwsza popisała się niejednokrotnie swoją prorosyjskością. Choć skrytykowała inwazję na Ukrainę, to nie chce sankcji gazowych dla Rosji. Zarzuciła postulat wyjścia z UE, lecz w jej programie jest faworyzowanie Francuzów m.in. w zakresie pomocy społecznej. A Macron? Do wybuchu inwazji wzywał do zbliżenia z Rosją. Za jego kadencji, aż do 2020 r., Francja sprzedawała Rosji sprzęt wojskowy. Upiera się przy prowadzeniu rozmów telefonicznych z Putinem, krytykuje Bidena za nazwanie władcy Rosji „rzeźnikiem”. Nie chce wyjścia z UE, lecz powoli rozbiera wspólny rynek, rzucając kłody pod nogi przewoźnikom z krajów Europy Środkowo-Wschodniej operujących we Francji. Po owocach ich poznacie…


Jerry Meijer


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 16(47) 23-29/04/2022