Więcej

    „Robić interesy”

    Rosyjski kosmonauta Oleg Artiemjew ukradł poufne dokumenty z ośrodka szkoleniowego SpaceX, należącej do Elona Muska firmy kosmicznej. Nie jest to w sumie nic nowego – że rosyjskie partnerstwo z naszymi naukowcami, biznesami czy instytucjami opiera się na rosyjskim złodziejstwie. Wynika to z konstrukcji rosyjskiego modelu cywilizacji.

    W tym modelu wszystkie relacje mają sumę zerową, co oznacza, że jak ktoś wygrywa, to drugi musi przegrywać, a jakakolwiek współpraca jest wykluczona. Z rosyjskiego punktu widzenia nawet ważniejsze jest, by druga strona przegrała, niż żeby samemu wygrać – ot, taka filozofia.

    Przykładów rosyjskiego złodziejstwa, jeśli chodzi o technologie wytworzone przez innych, jest przecież mnóstwo: od kradzieży technologii bomby atomowej (związani z Partią Komunistyczną USA zdrajcy, którzy przekazali stronie rosyjskiej dokumenty, zostali skazani na śmierć) poprzez wzornictwo przemysłowe, motoryzację (przecież rosyjski przemysł nie zaprojektował ani jednego samochodu; wszystko to kradzione albo licencjonowane ople, fiaty, cadillaki i inne) aż po biotechnologię. Legendarny jest przypadek, kiedy przedstawicielka sowieckiej delegacji wykradła w Japonii nowy szczep medycznych drożdży, służących do produkcji insuliny dla chorych na cukrzycę – wyniosła próbkę pod długim paznokciem. Czy na skutek tego rosyjska medycyna zaczęła produkować insulinę dla swoich chorych albo inne leki? Nie, wszystko zostało zmarnowane. Rosyjska metoda polega bowiem na kradzieży nie po to, by samemu skorzystać – ale dla zasady, żeby nie mieli inni.

    I to jest odpowiedź na padające tu i ówdzie pytania, dlaczego nikt nie chce po prostu robić z państwem rosyjskim interesów. Bo w byciu przez Rosjan okradanym nie ma żadnego interesu. Biznes można robić z kimś, kto rozumie, że jak się współpracuje, to się razem zarabia więcej niż osobno, a nie z kimś, kto widzi w tym jedynie okazję, żeby partnera okraść nawet nie dla zysku, ale z zawiści.

    Historia „rosyjskich biznesów” całego świata właśnie tak wygląda – daje się stronie rosyjskiej szansę, po czym ona swoich partnerów okrada, konsumuje zagrabione dobra i znów za pośrednictwem swoich agentów wpływu zaczyna promować ideę „robienia biznesu”, która nieuchronnie kończy się tak samo,jak wszystkie poprzednie. „Rosyjski biznes” to gra, w którą można wygrać jedynie wtedy, kiedy się nie gra.


    Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 49 (140) 06-12/12/2025