Więcej

    Po co nam prawo międzynarodowe?

    Anomia to taki stan rzeczywistości, w którym normy, w tym także normy prawne, przestają obowiązywać. Jest to stan, który dla normalnych ludzi jest nieprzewidywalny, gdyż jedynym sposobem zapewnienia sobie spokoju jest przemoc. To jest termin ważny w kontekście tego, co się obecnie dzieje na arenie międzynarodowej; aczkolwiek nie spodziewam się, żeby ci wszyscy, którzy teraz są „solidarni z Wenezuelą”, mieli z nim w swojej większości styczność.

    System prawa międzynarodowego utrwalił się na dobre w XX w. i jego celem było zapewnienie pokojowej – a jeśli pokój był niemożliwy, to opartej na przewidywalnych zasadach – koegzystencji państw i narodów. Stąd wszystkie te międzynarodowe konwencje, traktaty, dokumenty o prawach człowieka oraz organizacje międzynarodowej współpracy, takie jak: NATO, Unia Europejska, Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, Rada Europy, Mercosur, Unia Afrykańska czy Organizacja Narodów Zjednoczonych.

    Problem z każdym systemem wspólnych zasad jest jednak taki, że to działa dobrze, kiedy wszyscy się zgadzają tych zasad przestrzegać. A w momencie, kiedy ktoś się z zasad wspólnej gry wyłamuje – następuje właśnie anomia. W ten sposób system prawa międzynarodowego jest rozmontowywany już od jakiegoś czasu: czy to poprzez przyjęcie w ONZ na stanowisko rzecznika praw człowieka przedstawiciela Iranu (dla przypomnienia – to reżim, w którego prawie funkcjonują takie instytucje, jak skazanie kogoś na śmierć poprzez ukamieniowanie czy powieszenie za pomocą wózka widłowego, a kobiety są zabijane przez pozaprawną „milicję moralności” za fakt niezakrycia włosów), czy poprzez wybranie na kierowanie komitetem praw kobiet Zjednoczonych Emiratów Arabskich (to takie państwo, w którym kobiety nie mają prawa prowadzić samochodów). Przykładów można wymieniać mnóstwo.

    Jeśli mówimy o prawie międzynarodowym – w Wenezueli doszło do zatrzymania przez policję i doprowadzenia przed sąd człowieka, którego za prezydenta nie uznają ani Stany Zjednoczone Ameryki, ani Unia Europejska. Człowieka, którego reżim stał się przytułkiem dla wszelkiej maści międzynarodowych zbirów, jak organizacje terrorystyczne, kartele narkotykowe czy rosyjscy szpiedzy, a który sprawił, że Wenezuela z zamożnej demokracji stała się krajem, w którym najmniej do powiedzenia mieli ubożejący w zatrważającym tempie Wenezuelczycy. Prawo międzynarodowe powstało nie po to, by takie reżimy chronić – ale przeciw nim.


    Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 01 (03) 10-16/01/2026