Miejsce, zwłaszcza w pierwszych promieniach wiosennego słońca, jest urocze. Z tarasu kawiarni, na którym rozmawiamy z Mateuszem Matysiakiem, można obserwować niespiesznie płynące Wisłą stateczki, a na jej drugim brzegu wzniosłe mury Wawelu.
– Tę lokalizację wybrał bardzo znany japoński architekt Arata Isozaki, już nieżyjący – tłumaczy nasz rozmówca. – Pierwotnie typowano trzy lokalizacje. Kiedy jednak Isozaki poszedł na Wawel z Wajdą i Krzysztofem Ingardenem, krakowskim architektem, z którym współpracował, i z tamtej perspektywy zobaczył to miejsce, stwierdził, że Manggha musi znaleźć się tutaj, bo tutaj pasuje idealnie. I tak się stało.

Japońska fascynacja
No dobrze, zapyta dociekliwy Czytelnik, ale co w ogóle Andrzej Wajda ma wspólnego z Japonią? – To długa historia, Wajda wielokrotnie ją opowiadał – spieszy z wyjaśnieniem Mateusz Matysiak. – Wszystko zaczęło się w 1944 r., w okupowanym przez Niemców Krakowie. W okresie wojennym Wajda przebywał w Radomiu. Ze względów bezpieczeństwa w 1943 r. musiał przenieść się do Krakowa, do swoich stryjów, którzy mieszkali na Salwatorze przy ul. Emaus, niedaleko Kopca Kościuszki. W pewnym sensie ukrył się tutaj. Wiosną następnego roku władze niemieckie otworzyły w Sukiennicach wystawę poświęconą sztuce Japonii, swojego sojusznika. Pokazali część kolekcji Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego ze zbiorów Muzeum Narodowego, tę, której okupanci nie rozgrabili i nie wywieźli do Niemiec. Wydano nawet katalog tej wystawy, pisała o niej prasa gadzinowa. Wajda widział tę ekspozycję. To był dla niego wielki szok. Zobaczył coś nowego, jasność, harmonię, urzekające drzeworyty ukiyo-e. On wówczas chciał być malarzem, rysował, szkicował. Z tym „japońskim” doświadczeniem trafił w 1946 r. na Akademię Sztuk Pięknych, gdzie uczęszczał trzy lata, zanim potem poszedł do łódzkiej Filmówki i został reżyserem, a także scenarzystą.
Kilkanaście lat później tę samą kolekcję oglądała Krystyna Zachwatowicz. Przyszła żona Wajdy pracowała akurat nad kostiumami do opery „Madame Butterfly” Kazimierza Korda, wystawionej w 1969 r. w ówczesnym Teatrze Muzycznym, dzisiejszej Operze Krakowskiej. Również dla Zachwatowicz zetknięcie z tą sztuką, jakże inną od sztuki europejskiej, było nowe i nadzwyczajne.
Nagroda Kyoto
Rok później, w 1970 r., Wajda pierwszy raz poleciał do Japonii. – W jego życiorysie, jeśli chodzi o ten kraj, jest ćwierćwieczna luka od czasu, gdy zobaczył wystawę w Sukiennicach. Kiedy się tam wybrał, był już znanym filmowcem. Potem, w latach 80. i 90. ub.w. był w Japonii łącznie jeszcze sześć razy – mówi Matysiak.
Kolejne podróże Wajda odbywał już z Zachwatowicz. Wizyty te związane były z ich zawodowymi projektami, każdej z nich towarzyszyło spotkanie z japońskimi przyjaciółmi i poznawanie Kraju Kwitnącej Wiśni. Każda taka wizyta łączyła się z powrotem do kraju z nowym rezerwuarem rysunków wykonanych przez reżysera i fotografii zapisanych na kliszach aparatu, autorstwa jego żony. Dzieła Wajdy trafiały do szerokiego grona japońskich odbiorców dzięki działalności Iwanami Hall, kina studyjnego prowadzonego przez Etsuko Takano, późniejszą wieloletnią przyjaciółkę Wajdów.
– Wajda w Japonii był popularny i dobrze przyjmowany – kontynuuje Matysiak. – W 1987 r. Japończycy uhonorowali go za całokształt twórczości nagrodą Kyoto Prize, zwaną trochę na wyrost japońskim Noblem. Prezentujemy ją na otwartej przez nas wystawie. Nagroda wiązała się nie tylko z medalem i dyplomem, ale też bardzo dużą bonifikatą pieniężną, szczególnie jak na ówczesne czasy PRL. To było niespełna 400 tys. dolarów. Zastanawiając się, jak ją spożytkować, Wajda wraz z żoną wpadli na pomysł, że trzeba stworzyć miejsce, gdzie mogłaby być prezentowana kolekcja Mangghi.

Nierozumiany kolekcjoner
Urodzony w 1861 r. Feliks Jasieński herbu Dołęga, noszący pseudonim Manggha, był potomkiem rodziny Jasieńskich, uczestników Sejmu Czteroletniego, jednej z najbardziej zamożnych i wpływowych rodzin ziemiańskich XIX w. w Sandomierskiem. Studiował w Dorpacie, jednak z powodu choroby oczu nie ukończył studiów.
Liczne podróże po Europie, Egipcie, Azji Mniejszej, pozwoliły mu zapoznać się z najnowszymi prądami w sztuce i zebrać bogatą kolekcję sztuki japońskiej. Od 1888 r. przebywał w Warszawie, ale w 1901 r. przeniósł się do Krakowa, gdzie odegrał istotną rolę jako mecenas sztuki i promotor modernizmu. Jego zbiory, obejmujące m.in. grafikę i ceramikę europejską, kolekcję tkanin z Europy i Dalekiego Wschodu, liczne antyki oraz wspomnianą kolekcję japońską, inspirowały wielu artystów młodopolskich: Juliana Fałata, Leona Wyczółkowskiego, Józefa Mehoffera, Ferdynanda Ruszczyca, Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza czy Stanisława Witkiewicza.
– To była bardzo barwna postać, osoba charyzmatyczna – mówi nasz przewodnik. – Do Krakowa przeprowadził się także z tego powodu, że szukał zrozumienia dla swojej pasji zbierania obiektów japońskich, którego nie znajdował w Warszawie. Mieszkał w kamienicy na ul. św. Jana przy Rynku Głównym. Kolekcjonował sztukę całego Dalekiego Wschodu, ale Japonia była jego pierwszą miłością. Używany przez niego pseudonim „Manggha” pochodzi od tytułu zbioru drzeworytów japońskiego artysty Hokusai Katsushika.
Jasieński początkowo planował przekazanie swoich zbiorów Muzeum Narodowemu w Warszawie, lecz z powodu napastliwych artykułów zamieszczonych w lokalnej prasie po wystawie jego zbiorów japońskich w pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, ostatecznie w 1920 r. zdecydował się podarować swoją kolekcję miastu Krakowowi z przeznaczeniem dla Muzeum Narodowego. Przekazał ok. 15 tys. eksponatów, w tym 6,5 tys. o tematyce japońskiej, pod warunkiem że będą udostępnione publiczności i będą stanowić nierozerwalną całość. Pełniąc rolę dożywotniego dyrektora przekazanych zbiorów, stale uzupełniał kolekcję. Zmarł w 1929 r.
Wielka fala
Kwotę nagrody Kyoto Wajda wraz z małżonką przekazali na założenie Fundacji Kyoto–Kraków, której misją było powołanie do życia Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha”. Suma, choć znaczna, była jednak zbyt mała na tak ambitny cel.
Dzięki pomocy Etsuko Takano utworzono japoński oddział fundacji. Wkrótce z jego ramienia w całej Japonii zorganizowano kwestę, której celem było zebranie pieniędzy na budowę muzeum. Fundusze zostały przekazane także przez Związek Zawodowy Pracowników Kolei Wschodniej Japonii i jego przewodniczącego Akirę Matsuzakiego oraz przez polski rząd.
– Fundacja Wajdów powstała w roku 1988. Kamień węgielny pod muzeum wkopano w kwietniu 1993 r., a otwarto je w Andrzejki, 30 listopada 1994 r. – objaśnia Matysiak.
Bryła budynku muzeum nawiązuje do wielkiej fali na słynnym drzeworycie Hoksaia. Jest to bardzo nowoczesny obiekt, odwołujący się jednak do dawnej sztuki japońskiej. „W porannej mgle zarys dachu i linia ścian płynęły równolegle z nurtem rzeki, tworząc harmonię, która dawno, przeszło 50 lat temu uderzyła mnie tak silnie na wystawie (…) w Krakowie. Niezapomniana wielka fala w »Kanagawie« Hokusaia, śmiała i łagodna, stała wcielona w japońską budowlę na wprost Wawelu” – opisywał widok oddanego gmachu szczęśliwy Wajda.
– Pierwotnie jako Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha” byliśmy oddziałem Muzeum Narodowego w Krakowie, do którego cały czas należy kolekcja Jasieńskiego, będąca u nas w depozycie. Od 2005 r. jesteśmy już samodzielną placówką, a od 2007 r. muzeum i podlegamy bezpośrednio Ministerstwu Kultury RP – uzupełnia przewodnik.
W 2015 r., po wzniesieniu sąsiedniego budynku, otwarto kolejną przestrzeń ekspozycyjną Muzeum Manggha, czyli Galerię Europa – Daleki Wschód. Manggha prowadzi w nim też Szkołę Języka Japońskiego, organizując zajęcia zarówno w roku szkolnym, jak i kursy wakacyjne, prowadzone przez native spikerów i polskich lektorów.
Muzeum utrzymuje kontakty z muzeami i uniwersytetami japońskimi. – W grudniu 2024 r., na 30-lecie naszej instytucji, otworzyliśmy wystawę poświęconą Wajdzie w Narodowym Archiwum Filmowym w Tokio. Uczciliśmy w ten sposób pamięć mistrza w Japonii. Mamy nadzieję, że w perspektywie kilku lat zorganizujemy poświęconą mu wystawę także w mieście Himeji, z którym zawarliśmy umowę o współpracy – mówi Matysiak.
– Oczywiście nie zamykamy się tylko na kolekcji Mangghi – kontynuuje. – Rozbudowujemy zbiory, mamy dużą kolekcję kimon, drzeworytów, które przekazują nam prywatni, współcześni kolekcjonerzy. Muzeum Manggha sprawuje też opiekę nad archiwum Andrzeja Wajdy. Mistrz długo miał je u siebie w domu i nie bardzo wiedział, co z nim zrobić. Próbował je sam porządkować, potem myślał, by je podzielić, część przekazać do Teatru Starego, część do Muzeum Kinematografii, myślał też o bibliotekach, Narodowej i Jagiellońskiej. Przez jakiś czas zdeponował archiwum na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale tam nie było warunków do przechowywania. Kiedy powstała Manggha, archiwum przeniesiono do niej. Wajda cały czas dostarczał do niego kolejne materiały, scenariusze, notatki, listy. Wprawdzie jeszcze jakiś czas się zastanawiał, ale widział, że różne instytucje albo się do tego nie palą, albo chcą przejąć i opracowywać archiwum według swojej koncepcji. To mu się nie podobało i w końcu w 2011 r. formalnie przekazał archiwum z prawami naszej instytucji. Jedynie nagrody oddał do wrocławskiego Ossolineum. Archiwum jest duże, metrów bieżących liczy ok. 250, a do tego mamy jeszcze obiekty niewymiarowe, nagrania, kasety, trochę rekwizytów, plakaty, medale. Sporo tego.

Wystawa inna niż wszystkie
Wystawa „Wajda. W stulecie urodzin” nie opowiada o każdym dziele filmowym czy teatralnym Wajdy. Jego biografia jest zbyt wielowątkowa, a on sam był zbyt wielowymiarową postacią, by było to możliwe. Jest to subiektywna wypowiedź Krystyny Zachwatowicz-Wajdy o jej zmarłym przed dziesięciu laty mężu. Prywatna opowieść za pomocą słów i rysunków, które artysta pozostawił w swoim archiwum.
Ekspozycja nie ma charakteru chronologicznej, linearnej biografii. Porusza raczej wybrane aspekty z życia Wajdy, takie jak doświadczenie z czasów II wojny światowej, wpływ wojny na filmowca w pierwszej fazie jego twórczości, fascynacja malarstwem i przyjaźń z wybitnymi twórcami, jak Andrzej Wróblewski i Józef Czapski, okres społecznego buntu z okresu „karnawału Solidarności” i polityczne reperkusje związane z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego.
To także kulturalne i obywatelskie zaangażowanie reżysera na przykładzie takich przedsięwzięć jak Zespół Filmowy „X”, Mistrzowska Szkoła Andrzeja Wajdy czy Pawilon Wyspiańskiego.
Osobna część wystawy poświęcona jest japońskim wątkom w biografii Wajdy. Tutaj motywem przewodnim są dzieła japońskich mistrzów ukiyo-e oraz szkice samego reżysera tworzone w czasie jego licznych podróży do Japonii, które Wajda odbywał na przestrzeni ponad 25 lat.
– Wystawa będzie czynna do 28 czerwca, prawie cztery miesiące – zaprasza Matysiak. – Pośród mnóstwa ciekawych artefaktów na pewno szczególną uwagę warto zwrócić na japońskie rysunki Wajdy, są bardzo ciekawe. Eksponujemy też m.in. nagrodę w postaci cegły, którą Wajda otrzymał jednogłośnie od dziennikarzy na festiwalu filmowym w Gdańsku w 1977 r. za film „Człowiek z marmuru”. Wszyscy się na niej podpisali. Jest to nawiązanie do filmu, bo kiedy Wajda przymierzał się do realizacji tego scenariusza o polskich stachanowcach, to tytułem roboczym filmu było „Podaj cegłę” – kończy, śmiejąc się, nasz przewodnik.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 10 (28) 14-20/03/2026







