Rekordy, nowinki, rzadkości
15 marca w Dolby Theatre w Los Angeles odbyła się 98. ceremonia wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej (AMPAS). Po raz drugi z rzędu prowadził ją Conan O’Brien, amerykański komik pochodzenia irlandzkiego. Rekordu Boba Hope’a, który 19 razy prowadził lub współprowadził ceremonię, nie pobije, ale niewykluczone, że Akademia powierzy mu zaszczyt prowadzenia ceremonii po raz kolejny, bo było dowcipnie i pomysłowo, a inicjalna przebieżka przez filmy nominowane, inspirowana rolą Amy Madigan (Oscar za drugoplanową rolę w „Zniknięciach”), była pyszna.
Najbardziej spektakularnym rekordem mogą poszczycić się „Grzesznicy” (16 nominacji, ale statuetki już tylko lub aż cztery: najcenniejsze dla Michaela B. Jordana za główną rolą męską oraz dla reżysera Ryana Cooglera za scenariusz, ponadto muzyka i zdjęcia). Film Cooglera został nominowany w każdej kategorii, w której było to możliwe i dodatkowo ustanowił także rekord największej liczby czarnoskórych artystów nominowanych za pojedynczy film (10). Ten rekord był różnie komentowany, bo „Grzesznicy” to horror, czyli „tylko” kino gatunkowe, a przecież Oscary firmuje akademia sztuki filmowej. Słodycz nominacji lekko zmniejszył równoległy rekord: 12 przegranych nominacji to rekord wszech czasów.
Jeśli jesteśmy już przy rekordach negatywnych to Diane Warren w kategorii „najlepsza piosenka oryginalna” ustanowiła rekord jako najczęściej nominowana osoba bez nagrody w historii Oscarów — przegrała 17 razy! Dostała Oscara za całokształt twórczości, podobnie jak Tom Cruise w tym sezonie, ale te nagrody są przyznawane w innym trybie.
Królem polowania był Paul Thomas Anderson (nagrody za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany za „Jedną bitwę po drugiej”), a Sean Penn, kreujący w tym obrazie postać pułkownika Stevena J. Lockjawa, chciałoby się powiedzieć, że zgarnął za tę rolę statuetkę złotego rycerzyka. Znany z nieszablonowych zachowań i kontestowania blichtru Hollywood były mąż Madonny był jednak wówczas w drodze do Kijowa, gdzie spotkał się z prezydentem Zełenskim (dzień wcześniej „wykryto” jego obecność w ekskluzywnej warszawskiej Restauracji The Alchemist Grill & Cocktail). Tegoroczna nagroda to już trzecia w jego dorobku, czym zrównał się m.in z M. Streep, J. Nicholsonem i D. Day-Lewisem (rekordzistką jest K. Hepburn z czterema nagrodami).
Nowością była nagroda za casting, a na stulecie Oscarów zostanie przyznana nagroda dla kaskadera. Krąży plotka, że zdobędzie ją Tom Cruise, który dokręci specjalnie po to kolejną „Mission Impossible” (uśmiech).
Pożegnania i niesmaki
Na ceremonii ogólnie było bardzo poprawnościowo, bez ingerencji i komentarzy politycznych, najbardziej wychylił się Javier Bardem, który zaprotestował przeciwko wojnie i wsparł Palestynę, za co spadła na niego fala krytyki w mediach. Bardem od dawna wypowiada się przeciwko wojnie Izraela w Strefie Gazy, oskarżając wcześniej rząd Izraela o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości i wzywając społeczność międzynarodową do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności.
Jimmy Kimmel, bohater zeszłorocznej akcji w obronie wolności słowa w mediach, zapowiadając nominacje w kategorii „długometrażowy film dokumentalny”, którą wygrał „Pan Nikt kontra Putin”, powiedział: „Miarą odwagi jest zrobienie filmu, przez który można zginąć” — takim filmem jest obraz w reżyserii Davida Borensteina i Pashy Talakina.
Pominięcie Brigitte Bardot w pożegnaniach z osobami, które zmarły od czasu poprzedniej ceremonii, było dużym nietaktem oraz przykładem hipokryzji i tchórzliwej poprawności politycznej. Tym bardziej, że w pożegnaniach wyróżniono Claudię Cardinale, inną, również ważną aktorkę, ale nie aż tak jak legendarna BB. To kolejny w ostatnich latach przykład karania za poglądy czy wypowiedzi; nieważna jest sztuka, tylko opinie, a przecież nie chodzi tu o udział czy nawoływanie do wojny (Ukraina? Gaza? Iran? — cicho sza!).
Bardzo wzruszające było pożegnanie Barbary Streisand z Robertem Redfordem, po którym, już po ceremonii, zazdrośnie zapytała Jane Fonda: „Dlaczego pożegnała go Streisand, a nie ja? Ona zagrała z nim tylko raz, a ja cztery razy!”. Wzruszające było także zbiorowe pożegnanie z reżyserem Robem Reinerem i jego żoną Michelle, którzy zostali brutalnie zamordowani, a oskarżonym o ten czyn jest ich syn Rick.
Zakończyło się jednak radośnie, ostatnią parą zapowiadającą nominowanych było dwoje filmowych kochanków sprzed 25 lat: Nicole Kidman i Ewan McGregor („Moulin Rouge”). Wcześniej bardzo efektownie zaprezentowała się Demi Moore, ale złośliwcy pytali głównie o to, co bierze, że ma tak szczupłą sylwetkę.
Polacy w tegorocznych Oscarach
Polska obecność podczas ceremonii była skromna, ale zauważalna. Najwięcej mówiło się o Małgorzacie Turzańskiej, nominowanej do Oscara za kostiumy do „Hamneta” (zaprojektowała kostiumy także do innego filmu nominowanego, czyli „Snów o pociągach”). Łukasz Żal, wcześniej nominowany za zdjęcia do filmów Pawła Pawlikowskiego („Ida” i „Zimna wojna”), był autorem zdjęć do „Hamneta”. Muzykę do norweskiego filmu „Opowieść sentymentalna” skomponowała Hania Rani. Urodzona w Gdańsku kompozytorka i wykonawczyni współczesnej muzyki elektronicznej dostała wcześniej Europejską Nagrodę Filmową za muzykę do tego filmu nagrodzonego tegorocznym Oscarem w prestiżowej kategorii „Najlepszy film międzynarodowy”.
Statuetkę za krótkometrażową animację pt. „Dziewczynka, która płakała perłami” zdobył urodzony w Poznaniu Maciej Szczerbowski (ur. 1971), który wraz z rodzicami, mając 10 lat, opuścił Polskę i jest twórcą polsko-kanadyjskim. W 1997 r. stworzył wraz z Chrisem Lavisem artystyczną grupę Clyde Henry Productions, w której już blisko 30 lat tworzą filmy, ilustracje, wideoklipy i reklamy. W 2007 r. ich „Madame Tutli-Putli” otrzymała nominację w tej samej kategorii. Oscarową animację można zobaczyć bezpłatnie na kanale YouTube pod tytułem „The Girl Who Cried Pearls”. Akcja filmu zrealizowanego w technice animacji poklatkowej rozgrywa się na początku XX w. w Montrealu. Przedstawia historię chłopca i dziewczynki, która ma niezwykłą moc: jej smutek przemienia się w perły. Praca nad stworzeniem 17-minutowego filmu trwała pięć lat.
Polskie Oscary
Szczerbowski dołączył do coraz dłuższego pochodu polskich laureatów najsłynniejszej nagrody filmowej — to drugi Oscar za animację po „Tangu” Zbigniewa Rybczyńskiego (1983). Chronologicznie listę polskich zdobywców otwiera w 1941 r. Leopold Stokowski Oscarem za wkład w realizację pełnometrażowego filmu animowanego „Fantazja” Walta Disneya. 12 lat później Bronisław Kaper wyszedł z ceremonii oscarowej ze statuetką za utwór do musicalu „Lili”. Trzeci, muzyczny Oscar, trafił do Jana A.P. Kaczmarka za muzykę do filmu „Marzyciel” (2005). Najmniej znanym polskim „oscarowcem” jest Stefan Kudelski, nagrodzony za zasługi w 1978 i 1990 r. Był wynalazcą, który zrewolucjonizował świat kina, radia i telewizji dzięki opracowanemu przez siebie magnetofonowi Nagra.
Polską szkołę operatorską godnie reprezentuje Janusz Kamiński (Oscary za „Listę Schindlera” i „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga). Janusz Starski i Ewa Braun za scenografię uzupełniają polskie zdobycze za „Listę Schindlera”.
W kategorii reżyserzy Roman Polański otrzymał nagrodę za „Pianistę (2003) oraz pięć innych nominacji w różnych kategoriach, Paweł Pawlikowski wygrał w 2015 r. za „Idę” (nominacja cztery lata później za „Zimną wojnę”).
Andrzej Wajda, najbardziej polski reżyser, czterokrotnie nominowany, dwukrotnie powinien dostać Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. W obu przypadkach o nieprzyznaniu Oscara decydowały względy pozaartystyczne. „Ziemia obiecana” (1975) nie dostała nagrody pod pretekstem rzekomego antysemityzmu, możliwość otrzymania statuetki za „Człowieka z żelaza” (1981) zablokowały polskie władze, mimo wcześniejszej nominacji i sporych szans na zwycięstwo. Akademia doceniła jednak twórczość Wajdy Oscarem za całokształt twórczości w 2000 r.


