Te słowa nie należą do żadnego radykalnego nacjonalisty, tylko do Stanisława Pigonia, który w latach 1926–1928 był rektorem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Pigoń jest zaliczany do jednego z najwybitniejszych badaczy polskiego romantyzmu. Jego życiorys również może służyć przykładem dla innych.
Pochodził z biednej rodziny chłopskiej. Mimo braku wsparcia ze strony rodziny ukończył studia w Krakowie. Uczestniczył w I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej.
Całkiem możliwe, że Pigoń, wypowiadając te słowa, nie widział w nich niczego złego. Zwłaszcza że nie był w tym osamotniony. Czasami błędnie przypisujemy poglądy antysemickie w okresie międzywojennym najuboższym i niewykształconym warstwom społecznym. Publikacja Natalii Judzińskiej pokazuje coś innego. Ówczesne elity akademickie wspólnie z organizacjami studenckimi, w ciągu całego okresu międzywojennego, na wszelkie sposoby próbowały ograniczyć prawo do studiów osobom pochodzenia żydowskiego.
Słowa rektora Stanisława Pigonia przypomniały mi się nieprzypadkowo. Od kilkunastu dni na Litwie trwa dyskusja, czy hasło „Litwa dla Litwinów” jest ekstremistyczne i nacjonalistyczne. Sądzę, że sama dyskusja, a nie natychmiastowe potępienie hasła, świadczy niekoniecznie dobrze o naszym społeczeństwie. Bo wielkie tragedie zaczynały się od takich małych kroków, które legitymizowały wyższość jednej grupy społecznej nad drugą.
Tak, absolutną winę za Holokaust ponoszą Niemcy, którzy wybrali Hitlera na przywódcę. Nie możemy jednak zapominać, że bardzo często pożydowskie mienie zabierali lub kupowali za bezcen ich sąsiedzi. Cieszy więc to, że hasło potępił prezydent Gitanas Nausėda, mówiąc: „Przede wszystkim dlatego, że kojarzą mi się z bardzo złymi rzeczami, które miały miejsce jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku w Niemczech”.
Niemniej jednak niepokój pozostaje.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 12 (34) 28/03-03/04/2026

