Żyjący w „grzechu” polskości

Stawianie krzyży na podwórzu, tak samo jak kultywowanie polskości, było tradycją w polskich domach na Kowieńszczyźnie. Dziś obie tradycje już prawie zanikły Fot. Marian Paluszkiewicz
Stawianie krzyży na podwórzu, tak samo jak kultywowanie polskości, było tradycją w polskich domach na Kowieńszczyźnie. Dziś obie tradycje już prawie zanikły Fot. Marian Paluszkiewicz

Wszystkie Jezusy mają to do siebie, że zawsze i wszędzie, zbroczeni krwawym potem spływającym spod ciernistej korony taszczą Krzyż. Każdy z osobna w formie i kształcie inny, ale każdy w swoim rodzaju i zawsze ten sam – Krzyż Odkupienia Grzechów. Co najmniej od wieku dla wielu ludzi zamieszkujących Litwę tym grzechem obok, a raczej razem z pierworodnym, jest polskość. Polskość wyssana z mlekiem matki, wyhołubiona w czułych, acz mocnych ramionach ojca, dożywiana wspomnieniami praojców. Polskość ta dziś w dużej mierze pogrzebana w mogiłach pomarłych i pomordowanych też, pochowanych na wiejskich i miejskich cmentarzach rozsianych po całej Litwie. W nekropoliach na Rossie, Bernardyńskiej, w Ponarach… Birżach, Datnowie, Kiejdanach oraz Małych Łopiach… dziś Dużych. Onegdaj autentyczne zdegradowały do rangi statystycznej litewskiej mieściny w ramach dwukilometrowej ulicówki z żwirowymi odnogami prowadzącymi do okolicznych folwarków, chutorów, sadyb – domków gospodarzy ziemskich zakorzenionych pokoleniami w ziemi. Tej ziemi. Ziemi swoich przodków, którzy od wieków przejęci słowami „Bóg, Honor, Ojczyzna” codzienne w honorze i wierze dawali świadectwo miłości do swojej ojczyzny – Litwy. Z tym, że podobnie jak Wieszcz pisząc słowa „Litwo! Ojczyzna moja” – po polsku.

– Przed wojną przyjeżdżał do nas ksiądz Polak Leon Chrystowski. Nauczał nas miłować Chrystusa, katechizmu po polsku i nauczał przechodząc przed krzyżem mówić „Przez Krzyż i rany Twoje zbaw, Jezu, duszę moją. Wcześniej tu rzadko można było usłyszeć mówiących po litewsku. Nawet w Kownie, przed wojną, pamiętam, gdy z ojcem jeździłam na targ, wszyscy rozmawiali po polsku – mówi Jadwiga Gojlewicz z Dużych Łopi. I dodaje, że teraz jest odwrotnie…

– Od dawna już nie słyszę, by dzieci na ulicy rozmawiały po polsku. A to znaczy, że polskość tu zanikła – zauważa pani Jadwiga. Tylko my, starsze pokolenie, mówimy do siebie po polsku, ale w obecności Litwinów przechodzimy na litewski, żeby wszyscy rozumieli, szczególnie, jak któraś z sąsiadek Litwinek wchodzi też do rozmowy.

Kiedyś miejscem wspólnych pogawędek był przystanek autobusowy przy żwirowanej drodze tuż naprzeciwko domku pani Jadwigi.

– Spotykaliśmy się tam, gdy w niedzielę jeździliśmy autobusem na mszę do kościoła w Łopiach, bo tylko tam mamy świątynię. Teraz autobus nam zabrali stąd, więc rzadko wyjeżdżam z domu, bo nie mam zdrowia, szczególnie po operacji stawów, a do przystanku we wsi jest daleko. Przysyłają też zaproszenia na różne imprezy i spotkania do Kowna, na których wcześniej zawsze bywałam, ale dziś jest mi za trudno tam dojeżdżać – mówi pani Jadwiga siedząc w swoim domku przy stole naprzeciwko okna wychodzącego na podwórze vis a vis bramy ucinającej polną dróżkę biegnącą od głównej drogi do domku z dala od wsi.

Tak zamknięta w domku, ale otwarta na świat żyje dziś głównie wspomnieniami. By czas ich nie ukradł, stara się je przełożyć na papier.

Dużo tego jest – pani Jadwiga pokazuje pliki notatek, wycinków ze starych gazet, kserokopie artykułów, mające magiczną siłę przetrwania wieków stare fotografie oraz rękopisy, rękopisy, rękopisy.

– Pamięć jest zawodna, więc staram się wszystko zanotować – wyjaśnia i zaraz żartuje:

– A komu to potrzebne. Jak umrę, to będzie czym w piecu rozpalić.

Bardzo żałuje, że świętej pamięci mąż nie pozwalał notować na bieżąco swoich wspomnień z działalności w Armii Krajowej. Obawiał się represji. Zniszczył też wszystkie świadectwa swojej działalności w podziemiu.

– Raz tylko widziałam jeden dokument z tamtych czasów. Podczas naszej przeprowadzki. Leżał na stole. Tyle tylko co zdążyłam przeczytać, to jego pseudonim „Tygrys”. Ale już nic nie zostało – opowiada pani Jadwiga.

Zostało. Zostały urywki opowieści męża odtworzone później z pamięci przez Jadwigę Gojlewicz o tym, jak „Tygrys” pomagał w przerzucie broni dla oddziałów AK, o jego działalności jako łącznika. Kilkanaście kartek rękopisu – tyle o wojennych losach „Tygrysa” i jego towarzyszy broni. Tyle, co po latach krnąbrna pamięć pozwoliła pani Jadwidze odtworzyć.

Wspomnienia po mężu to tylko mała część tego, co Jadwiga Gojlewicz utrwaliła, miejmy jednak nadzieję, że nie „do palenia w piecu”, lecz na potrzeby przyszłych polskich pokoleń. Pani Jadwiga, niczym kronikarz polskości, od lat skrzętnie spisuje nie tylko wspomnienia z dawnych lat, ale też relacjonuje wydarzenia dzisiejsze. Ostatnio coraz rzadziej…

W kościele parafialnym w Łopiach prawie już nie można znaleźć żadnego śladu polskiego sprzed wojny, pełno zaś ich za murem kościelnym – polskie epitafia na setkach grobów Fot. Marian Paluszkiewicz
W kościele parafialnym w Łopiach prawie już nie można znaleźć żadnego śladu polskiego sprzed wojny, pełno zaś ich za murem kościelnym – polskie epitafia na setkach grobów Fot. Marian Paluszkiewicz

W tym roku już nie pojechałam, bo zdrowie nie dopisuje, więc poprosiłam, aby sami napisali do gazety – pani Jadwiga mówi o dorocznym wyjeździe kowieńskiego zespołu „Canta Covnensis” pod kierownictwem państwa Chomańskich.

– W tym roku występowali w Toruniu. Zresztą państwo Chomańscy w ogóle wiele zrobili i wciąż robią dla polskości tu na Kowieńszczyźnie, ale jak tam w Wilnie nie pogodzili się, to teraz chcą o nich zapomnieć, bo niby nie po właściwej stronie stanęli. A ja powiem, że ryba zawsze psuje się od głowy, bo wszystko to zrobili ci „przywódcy” z Wilna. A ludzie muszą cierpieć. Na Laudzie też nas poróżnili. Jak to przykro!

Pani Jadwiga zauważa, że pomijając „przywódców” wśród ludzi tu nie ma podziałów. I choć nie zawsze razem zbierają się, zawsze są zgodni między sobą, bo znacznie więcej ich łączy niż dzieli.

Łączą ich zmagania o przetrwanie polskości, którą każdy z nich kultywuje na własny sposób, starając się, by nie zanikła… Przynajmniej dopóki żyją.

W rzeczy samej ta misja dla nich jest codziennością, życiem, które przeżywają co dnia, bo inaczej życie traciłoby dla nich sens. Co po nich zostanie?

– Już dawno tam żadnych śladów polskich nie zostało i nabożeństwa odbywają się tylko po litewsku. Choć ksiądz nasz ma wielką życzliwość wobec Polaków, ale młody jest i polskiego nie zna, więc wszystko po litewsku – pani Jadwiga opowiada o kościele w Łopiach. Faktycznie, w kościele żadnego śladu polskości. Porównując przedwojenne fotografie z wnętrza kościoła w Łopiach, niby żadnych większych zmian, a jednak. Ot chociażby jeden z bocznych ołtarzy Serca Jezusa. Niby wszystko to samo i obraz ten sam i kształty ołtarzu, brakuje tylko „Jezu, Jezu, kocham cię” wyhaftowanego na przedwojennym pokryciu ołtarzu. „Ten człowiek Jest Bóg, a Bóg jest tym człowiekiem” – napis na wstędze na obrazie przedstawiającym św. Józefa z dzieciątkiem Jezusem – jedyny dziś polski ślad pozostały w kościele parafialnym. Tych śladów nie brakuje natomiast tuż na murem kościelnym. Na setkach starych grobów na przykościelnym cmentarzu epitafia są prawie wyłącznie po polsku. Jak i na tym przedstawiającym Jezusa taszczącego Krzyż. Z napisu na grobie dowiadujemy się, że „Tu spoczywa ś.p. ksiądz Jerzy Markiewicz, zm. 5/17 sierpnia 1882 r. przeżywszy wieku l. 82. kapłaństwa 54, probostwa kapłańskiego 45…”. Młode pokolenie parafian, które rzadko odwiedza świątynię, a jeszcze rzadziej groby, na pewno nigdy nie dowie się o księdzu Jerzym Markiewiczu. Zaglądając jednak do wydanej niedawno książki o swojej parafii dowie się natomiast, że w grobie z pomnikiem Jezusa niosącego Krzyż spoczywa ciało „księdza Jurgisa Markevičiusa”.

Podobne nagrobki z Jezusem widzieliśmy na starych polskich grobach, gdy w towarzystwie „kustosza polskości” Bronisława Piotrowskiego odwiedzaliśmy niszczejące ruiny pałaców polskich rodów i ich zapadające się groby na cmentarzach w rejonie birżańskim. Widzieliśmy też Jezusów taszczących Krzyże na cmentarzach w Kiejdanach, Datnowie i innych miejscowościach na Laudzie, kiedy zawitaliśmy do „ostatniego Mohikanina polskości” i „stróża urniażskich grobów” – Franciszki Eugenii Adamkiewicz, czyli cioci Gieni z Urniaży.

Wszystkie te Jezusy mają to do siebie, że zawsze i wszędzie, zbroczeni krwawym potem spływającym spod ciernistej korony, taszczą Krzyż. Polacy zaś mieszkający w tych miejscowościach niosą swój krzyż – polskości.

Dzięki nim, takim jak kronikarz polskości Jadwiga Gojlewicz, ostatni Mohikanin polskości ciocia Gienia z Urniaży, bądź kustosz polskości Bronisław Piotrowski z Birż, jeśli już nie sama polskość, to przynajmniej jej ślady są jeszcze widoczne na całej Litwie. I to ich łączy, łączy ten krzyż polskości, który niosą na swoich barkach przez całe życie.



„Żałoba na polskie słowo”

Kronikarz polskości Jadwiga Gojlewicz stara się utrwalić swoje i bliskich wspomnienia, które ogólnie dziś można nazwać kroniką zanikania polskości na Kowieńszczyźnie Fot. Marian Paluszkiewicz
Kronikarz polskości Jadwiga Gojlewicz stara się utrwalić swoje i bliskich wspomnienia, które ogólnie dziś można nazwać kroniką zanikania polskości na Kowieńszczyźnie Fot. Marian Paluszkiewicz

W kowieńskim powiecie była gmina Małe Łopie, a od nich o 5 km na północ były Duże Łopie. W Małych Łopiach była gmina, kościół, policjant, sklep spożywczy i dwór pierwszego premiera Litwy Merkisa. Szkoła była nowa i piękna. Na parterze były klasy, zaś na piętrze mieszkali nauczyciele. 4 klasy podstawowe były obowiązkowe, zaś 5 i 6 nazywały się progimnazjum i nie były obowiązkowe. Uczęszczały do nich dzieci według zdolności i na życzenie. W tych klasach uczył pan Tamasionis, który był też kierownikiem szkoły. Gdy zachodziła jakaś potrzeba, to nauczyciele zamieniali jeden drugiego. Pamiętam właśnie, gdy była taka zamiana, kierownik Tamasionis zamieniał naszego nauczyciela. Byłam wtedy w 2 klasie, czyli oddziale, jak wtedy się nazywały klasy. Byliśmy razem z 4 klasą. Ta klasa miała lekcję języka litewskiego i popełniła na tablicy błąd, ale nikt nie wiedział, jaki to jest błąd. Wtedy nauczyciel Tamasionis zapytał, czy może drugoklasiści wiedzą, gdzie jest błąd. Podniósł się las rąk i ja również podniosłam. Aż się paliłam, żeby mnie nauczyciel zapytał. I zapytał. Zawołał po nazwisku. Podskoczyłam z krzesła z radości i wypaliłam „trzeba y ilgoji”. O Boże! Zapomniałem powiedzieć po litewsku „reikia” zamiast „trzeba”. Nauczyciel udał, że nie zauważył tego, zganił 4 klasę, pochwalił 2, a dla mnie postawił „piątkę” do dzienniczka. A był on przewodniczącym nacjonalistycznej organizacji szaulisów, ale żadnej nagany za polskie słowo na litewskiej lekcji.

Wtedy w całej okolicy mówili po polsku. Tylko pojedyncze rodziny były litewskie, ale i te znały polski, bo był on powszechnie używany, więc z sąsiadami trzeba było jakoś porozumieć się. Niektórzy Polacy też znali litewski, ale przede wszystkim już starsze osoby i wyłącznie mężczyźni. Zaś dzieci przed szkołą litewskiego nie znały. Więc w szkole nauczyciele sadzili dzieci tak, żeby w jednej ławce siedziało dziecko z polskiej i litewskiej rodziny.
Siedziałam z koleżanką Birutė Riaubaitė. Była lekcja religii z księdzem Kozłowskim.

Ksiądz zapytał dzieci, gdzie narodził się Jezus. Wiedziałam, ale nie wiedziałam, jak po litewsku będzie „stajnia”. Zapytałam  Birutė, a ona podpowiedziała, że „tvartas”. Więc poniosłam rękę i odpowiedziałam. Ksiądz pochwalił i zapytał, czy mam litewską książeczkę do religii. Odpowiedziałam, że nie mam, ale mam polską. Kazał więc kupić litewską. Odparłam, że nie mam pieniędzy, więc napisał mi z religii dwójkę w dzienniczku.

W szkole uczyliśmy się wyłącznie po litewsku, a po południu do naszych chat przychodziła nauczycielka Wiktoria Jankunówna i uczyła dzieci polskiego. W 1939 roku, gdy zaczęła się wojna, nasza nauczycielka wyjechała do rodzinnych stron do Szydłowa na Żmudzi. A my, dzieci z rodzicami, chodziliśmy codziennie do jednego urzędnika Litwina, który miał radio, by słuchać wiadomości. Płakaliśmy z rodzicami słuchając doniesień, jak Niemcy bombardują Polskę. Wierzyliśmy, że Polska zwycięży i śpiewaliśmy takie przyśpiewki: „W palce stukany, guzik mu oddamy”.

Potem był napływ młodych mężczyzn – uchodźców z Polski. Byli zakwaterowani w naszych domach. U Stanisława Bohdziewicza był zakwaterowany Janek Jabłoński. Piękna Helena Bogdziewiczówna została potem jego żoną. Był też Lewko, Gwiazda, dwóch braci harcerzy (zapomniałam ich imiona)… Aż w jeden dzień wszyscy raptem zniknęli. Piękna Helena, już jako Jabłońska, doczekała się synka Stanisława, więc „genetycznie” pokolenie Jabłońskich przetrwało, ale dziś już bez polskiego słowa.
Teraz Małe Łopie są miasteczkiem, ale polskiego słowa na ulicy już się nie usłyszy. Starsze pokolenie wymarło, a młode nie miało gdzie się uczyć języka polskiego. Wcześniej jeszcze odbieraliśmy telewizję z Polski, ale teraz i tego już nie ma. Prawdziwa żałoba na polskie słowo…

Jadwiga Gojlewicz,
Łopie