Zabawy w cieniu kościoła, czy kościół w cieniu zabaw?

Ks. Anatol Markowski chwali koleśnicką młodzież, ale mówi, że na tych, którzy nie są związani z kościołem, już nie ma wpływu, ale oni właśnie potrzebują najwięcej uwagi Fot. Marian Paluszkiewicz
Ks. Anatol Markowski chwali koleśnicką młodzież, ale mówi, że na tych, którzy nie są związani z kościołem, już nie ma wpływu, ale oni właśnie potrzebują najwięcej uwagi Fot. Marian Paluszkiewicz

Gdy ksiądz Anatol przychodzi zmęczony na niedzielne nabożeństwo, parafianie ze zrozumieniem kiwają głowami  — niewyspany, widocznie znowu do świtu „na dyskotece był”.

Był i nie był, bo w Koleśnikach ksiądz wcale nie musi wychodzić z plebanii, żeby „zabawić się” też na dyskotece. Pomieszczenia, gdzie co tydzień są organizowane wiejskie potańcówki, znajdują się od plebanii bowiem bliżej niż przysłowiowy rzut kamieniem, tudzież obok kościoła parafialnego pw. Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny.

Girl in a jacket

— Młodzież przecież musi gdzieś się bawić. Skoro niczego więcej tu nie ma, to przynajmniej ta dyskoteka  — mówi Genadij Wilbik, właściciel lokalu i prowadzący dyskotek.  — Ksiądz więc raz w tygodniu mógłby ścierpieć  — dodaje gospodarz koleśnickiej zabawy.

— Nie o mnie tu chodzi, lecz o problem natury moralnej  — mówi ksiądz Anatol Markowski, od kilku miesięcy proboszcz miejscowej parafii.  — Przecież, żeby oni tylko na dyskotece bawili się.

Faktycznie bawią się nie tylko na dyskotece, ale też, czy głównie poza lokalem. Na całego i tuż obok, na placu przykościelnym.

— Źle się dzieje, że młodzież tak oddaje się rozpuście. Jak tylko noc, to pisk opon, papierosy, alkohol i Bóg wie co jeszcze. A wszystko to przed kościołem dzieje się. Jak więc ksiądz może czuć się, jak to wszystko pod jego oknami  — mówią na zmianę dwie starsze panie z Koleśnik. W poniedziałkowe południe przyszły jak wielu innych parafian do kościoła, by przywitać pątników 19. już pielgrzymki ostrobramskiej z Suwałk do Wilna. Gdy stały pod murem kościelnym w oczekiwaniu na pielgrzymów, w świątyni i wokół dobiegały przygotowania do powitania przybywających ascetów. Dzieciaki ustawiały się przed kościelną bramą, trzymając w rękach skromne bukieciki polnych kwiatów przygotowanych na powitanie pielgrzymów z Polski. Na kościelnym dziedzińcu kobiety zaś przygotowywały stoły ze skromnym poczęstunkiem dla pątników. A tymczasem mężczyźni wtaczali na miejsce dwie potężne betonowe kule — wieńczący element przelotów murowanego ogrodzenia koleśnickiej świątyni.

— To po wczorajszej „zabawie” młodzieży  — ks. Anatol wyjaśnia nam, dlaczego dwa elementy ogrodzenia znalazły się pod płotem, zamiast go wieńczyć.  — Dobrze, że tylko zostały zrzucone na ziemię, bo nieraz po całych okolicach musieliśmy szukać te kule i zanosić je z powrotem na miejsce  — dodaje proboszcz.

Zanim pielgrzymi dotarli do kościoła, elementy ogrodzenia zajęły już swoje miejsca. Grupka dzieciaków beztrosko „zawiesiła się” na ogrodzeniu obok nich, by z góry lepiej oglądać doroczne, aczkolwiek niecodzienne we wsi nabożeństwo z udziałem pielgrzymów i parafian.

„Wiemy, że nie są zamocowane”  — odpowiadają zadziornie na naszą uwagę, aby byli ostrożni obok ledwo co włożonych na cokół płotu betonowych okrągłości.  — Bo przecież już niepierwszy raz były zrzucone — posiadaniem tej wiedzy tłumaczą nam swoje beztroskie podejście.

Tradycyjny, chyba nie tylko dla Wileńszczyzny, ale też w dużej mierze dla kraju widok karczmy przed podejściem do świątyni Fot. Marian Paluszkiewicz
Tradycyjny, chyba nie tylko dla Wileńszczyzny, ale też w dużej mierze dla kraju widok karczmy przed podejściem do świątyni Fot. Marian Paluszkiewicz

Dziś zawiesiwszy się na kościelnym ogrodzeniu, przez otwarte na oścież  podwoje świątyni spoglądają w głąb kościelnych murów, z ciekawością obserwują celebrę. Czy gdy dorosną, będą wciąż patrzyły w kierunku kościoła z bogobojną ciekawością poznania wiecznej tajemnicy? Czy też przed kościołem, ale za przykładem starszych kolegów, będą zwyczajnie oddawali się uciechom dnia codziennego…

— Młodzież tu w zasadzie jest dobra i pobożna, mamy aż 20 ministrantów. Ci, którzy chodzą do kościoła, na pewno przed kościołem zabaw nie urządzają. Bo ci, co urządzają, w kościele raczej nie ujrzysz  — ubolewa proboszcz parafii.

— Rzadko bywamy na tej dyskotece. Czasami też zbiera się tam zaledwie kilka osób. Nie jest ciekawie i nie zawsze bezpiecznie. Ale jest to jedyne miejsce we wsi, dokąd można pójść, gdzie można zabawić się. Wcześniej był też Dom Kultury, ale teraz tam chyba nic nie ma  — spotkana we wsi grupka miejscowej młodzieży opowiada o doczesnym życiu tutejszych rówieśników.

Poniedziałek. Południe. W skwerku przed budynkiem administracji władz gminnych grupka młodocianych mieszkańców wsi spędza czas przy biesiadzie.

— Czy chodzi wam o dyskotekę?  — zagryzając chipsami, przepytują, czy aby nie pomyliliśmy czegoś. Gdy powtarzamy wielokroć, że szukamy były Dom Kultury  — „klub”, wpadają na pomysł, że coś takiego mogłoby być w pomieszczeniach obok.

— Owszem mieliśmy tu klub, to ten duży budynek obok, ale kiedyś samorząd przekazał go na potrzeby powiatowej szkoły. Od tamtego czasu czy lato, czy zima wszystkie miejscowe święta organizujemy na placu przed siedzibą  — wyjaśnia „Kurierowi” Danuta Wilbik, starosta gminy w Koleśnikach. Dodaje też, że problem z „zabawami” młodzieży oraz dyskoteką organizowaną przez właściciela miejscowego lokalu (zbieżność nazwisk starosty i gospodarza baru jest przypadkowa  — przyp. red.) ma nie tylko ksiądz.

— Rozumiem, jak musi czuć się, gdy rozrabiają mu pod kościołem, wyzywają go pod oknami, czy urządzają zabawy i pieką szaszłyki na palcu przykościelnym, bo ilekroć też tu nam niszczyli kwiaty, rozbijali wazony czy też dekoracje. Ale problem polega na tym, że nie możemy zakazać sprzedaży alkoholu, czy inaczej administracyjnie ograniczać działalność właściciela baru i dyskoteki  — mówi Danuta Wilbik.  — Samorząd w swoim czasie wydał zgodę na tę działalność oraz bezterminową licencję na handel alkoholem. Zresztą ówczesny proboszcz również wyraził zgodę na otwarcie lokalu przy kościele — wyjaśnia starosta.  — Gdyby policja zainteresowałaby się tą sprawą, to być może tego nie mielibyśmy. Ale to ksiądz musiałby napisać i złożyć zawiadomienie na policję  — dodaje.

— A na kogo ja mam pisać skargi? Przecież to nie pan Wilbik rozrabia. Co więcej, on jest również zakładnikiem sytuacji, gdyż otrzymując pozwolenia na tę działalność gospodarczą, miał prawo oczekiwać, że będzie mógł spokojnie pracować — mówi ksiądz Markowski.

— Problem polega nie na odległości od punktów sprzedaży od kościołów, szkół czy innych instytucji. Wynika on przede wszystkim z wychowania i zajętości młodzieży. A to jest wspólnym zadaniem rodziców, szkoły, kościoła i oczywiście władz lokalnych. Przecież nieletnim alkoholu nie sprzedaje się, więc nie w odległościach do sklepu czy kawiarni trzeba szukać przyczyn problemu, że młodzież upija się i rozrabia na dyskotekach i poza nimi. Nie mówiąc już o narkotykach, które w sklepie przecież nie sprzedają się  — wyjaśnia nam Wiktor Paszkiewicz z rejonu wileńskiego, gdzie jego firma prowadzi kilka sklepów oraz kawiarnię.

Również najbardziej zagorzały przeciwnik handlu alkoholem poseł na Sejm RL Antanas Matulas, który przygotował i przeforsował w Sejmie wiele poprawek do ustawy o kontroli alkoholu ograniczających jego sprzedaż w czasie i przestrzeni, uważa, że kolejne restrykcje nie wiele już pomogą, jeśli rząd i samorządy, ale też Kościół nie będą rozstrzygały problem kompleksowo.

— Wcześniej była przewidziana wymagana odległość  punktów sprzedaży alkoholu do obiektów sakralnych, placówek oświatowych czy też innych określonych w ustawie instytucji, ale takie odgórne ograniczenie wnosiło wiele zamieszania. Postanowiono więc podjęcie decyzji w tej sprawie scedować na samorządy, aby Rady same decydowały w swoich rejonach, jaką ustalać odległość od punktów sprzedaży do obiektów publicznych, czy też nie ustalać żadnej odległości indywidualnie podejmując decyzję wobec konkretnego przedsiębiorstwa i jego lokalizacji, przy wydawaniu licencji na handel alkoholem  — wyjaśnił „Kurierowi” poseł Matulas.  — Inna rzecz, że niektóre samorządy podjęły konkretne decyzje, a inne zaś wolą reglamentację indywidualną  — dodał parlamentarzysta.

Również w wydziale prawnym Państwowej Służby ds. Kontroli Alkoholu i Tytoniu byli zgodni, że założenie ustawy o przekazaniu podjęcia decyzji ws. ustalenia odległości nie nosi charakteru nakazującego.

— Stąd, zdaniem Służby  — samorządy mają prawo, lecz nie obowiązek ustalać odległość do punktów sprzedaży alkoholem  — napisała Służba Kontroli w odpowiedzi na pytanie „Kuriera”.

W samorządzie rejonu solecznickiego wyjaśniono nam, że aczkolwiek rada podjęła decyzję zakazującą handel w pobliżu szkół, kościołów, czy innych instytucji, lecz nie ustaliła konkretnej odległości.

Mer rejonu Leonard Talmont tłumaczy to problemami natury prawnej, a raczej sprzeczności prawa.

— Nie ustalaliśmy konkretnej odległości, gdyż ograniczałaby ona działalność tylko nowych przedsiębiorstw ubiegających się o licencję alkoholową, a nie dotyczyłaby sklepów i lokali już działających, gdyż licencja wydawana jest na okres bezterminowy i jej cofnięcie możliwe jest tylko w trybie zażaleń administracyjnych. Dlatego, tak samo, jak podczas wydawania nowej licencji, tak samo wobec już działających spółek władze gminne oraz lokalna społeczność może nie wyrazić zgodę lub domagać się pewnych ograniczeń  — tyle tytułem prawa wyjaśnił nam mer  rejony Leonard Talmont. — Jego zdaniem, problem jednak tkwi  głębiej i wymaga spójnych działań władz lokalnych, szkoły i kościoła oraz oczywiście kontroli ze strony policji.

— Ale na początku musi stać rodzina, gdyż jeśli rodzice nie interesują się, gdzie ich dziecko przebywa nocą i w jakim stanie wraca do domu nad ranem, to pozostałe instytucje nie wiele będą mogli zdziałać  — mówi mer rejonu.  — Tak więc wszyscy mamy tu coś do zrobienie, zarówno samorząd, jak też  Kościół  — dodał mer.

Jak wynika z opinii naszych rozmówców, problem polega też na tym, że obok wspólnego zrozumienia wszystkich stron dla problemu dotyczącego przecież  nie tylko Koleśnik, czy rejonu solecznickiego, czy Wileńszczyzny, lecz w znacznej mierze całej Litwy, nie ma wspólnych też działań (są osobne) skierowanych na rozwiązanie problemu.