Helena Juchniewicz: „Wciąż chodzę do tej samej szkoły…”

18
61
Choć nie marzyła o pracy nauczyciela, bardzo ją pokochała i nigdy nie żałowała wyboru  Fot. Marian Paluszkiewicz
Choć nie marzyła o pracy nauczyciela, bardzo ją pokochała i nigdy nie żałowała wyboru tego zawodu Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy rodzice wysyłali małą Helenkę do szkoły, na myśl nikomu nie mogło przyjść, że spędzi w tych murach więcej niż 11 lat, że powróci tu już jako nauczycielka, a potem awansuje na stanowisko dyrektora. Los tak chciał, że przez całe życie jest z tą szkołą związana. Również jej zawdzięcza… męża.

— Wciąż jeszcze chodzę do tej szkoły, co dzień tą samą drogą. Nic się nie zmieniło — mówi Helena Juchniewicz, dyrektor mieszczącej się w Nowej Wilejce Szkoły Średniej im. Kraszewskiego.

28 września pani Helena obchodzi jubileusz 50-lecia. Bieżący rok jest osobiście dla pani Heleny i jej rodziny szczególnie bogaty w jubileusze. W sierpniu 80 lat ukończył jej ojciec, Stefan Błażewicz, w tym roku 50 lat ukończył mąż Adam. Również w tym roku akurat przypada 25 lat, odkąd pani Helena sprawuje funkcje administracyjne, 15 — odkąd jest dyrektorem szkoły. Jubileusz — jak mówi — to dla niej przede wszystkim wytężony, pracowity okres. Przyznaje, że za urodzinami nie przepada, ale imieniny — to dopiero! Śmieje się, że jako Helena jest w lepszej sytuacji od trochę „pokrzywdzonego” męża Adama, którego imieniny przypadają w Wigilię Bożego Narodzenia, a w jej katolickiej rodzinie te święta zawsze były na pierwszym miejscu.

Choć jest dzieckiem miasta, mówi, że wychowała ją wieś. Urodziła się w Nowej Wilejce i tu przez całe życie mieszka, ale w dzieciństwie bardzo dużo czasu spędzała w okolicach Miednik u dziadków.

— To sielankowe życie na „chutorze” mnie w znacznej mierze ukształtowało — jest przekonana.

Do szkoły miała kilka minut drogi. W latach szkolnych nawet narzekała, że jest tak blisko, bo chciała więcej czasu spędzać z koleżankami. Dziś natomiast to sobie bardzo ceni. Jak mówi, sprawując funkcje dyrektora trzeba być w szkole non stop. I w dzień, i nieraz w nocy. Przypomina sobie, że  musiała być w szkole nawet na sylwestra, bo z powodu siarczystych mrozów wynikły pewne kłopoty z kotłownią.

Jak żartuje — już sama nie wie, głównie za sprawą tej bliskości — gdzie praca, a gdzie dom…

Zawsze była odpowiedzialnym człowiekiem i pilną uczennicą. Dziś z uśmiechem przypomina sobie, jak jeszcze z wieczora potrafiła ubrać mundurek i… czekać rana, bo bała się spóźnić do szkoły! Czy od dzieciństwa marzyła o zawodzie nauczyciela? Mówi, że raczej nie, choć pedagogika pewnie była przesądzona odgórnie i ten temat ciągle się przewijał w jej rodzinie. Bo aż sześć sióstr babci po stronie ojca zajmowało się pracą oświatową! Najpierw — tu, na Wileńszczyźnie. Potem wyjechały do Konstancina-Jeziorny pod Warszawą i tam już jako członkinie Zgromadzenia Sióstr od Aniołów kontynuowały tę pracę. Wielokrotnie odwiedzały ojczyznę i tu również wiele pracowały z młodzieżą. Mama była przedszkolanką. Pracowała z dziećmi w wieku 3-6 lat. Mała Helenka temu się przyglądała, ale siebie jako nauczyciela nie widziała.

— Nie wyobrażałam siebie stojącej przed uczniami. Jeśli już pedagogika, to wyobrażałam raczej siebie jako metodyka pedagogiki. W przedszkolu było takie stanowisko. Może mnie ta nazwa pociągała… — rozważa.

Los chciał tak, że zanim ukończyła studia, najpierw zdobyła trochę doświadczenia pedagogicznego. Już jako uczennica poznała tę pracę, bo latem trochę dorabiała w przedszkolu. W szkole nie miała jeszcze wyraźnie określonych zainteresowań co do przedmiotu przyszłych studiów. Pasjonowała się językami obcymi, myślała również o studiach prawniczych. Ale w ostateczności — jak mówi — m. in. za namową nauczyciela historii, wybrała dzisiejszy Uniwersytet Pedagogiczny. Studiowała nierozerwalnie ze sobą związane przedmioty — język polski, literaturę i historię.

Choć nie marzyła o pracy pedagoga, bardzo ją pokochała i nigdy nie żałowała wyboru, choć niewątpliwie zawód nauczyciela to wcale niełatwy chleb powszedni, a odpowiedzialność wielka. O tym się przekonała już od pierwszego dnia w szkole. Jako młody specjalista, na starcie swej kariery pedagogicznej, otrzymała największą liczebnie wówczas w szkole klasę. Jak się wkrótce okazało, również — bardzo niezdyscyplinowaną. Musiała sobie poradzić i poradziła. Mówi, że pewnie dlatego, że była bardzo odważna.

Bardzo się ucieszyła, kiedy otrzymała możliwość pracy właśnie w tej placówce. Zdawała sobie jednak sprawę, że to nie tylko zaszczyt, ale również bardzo duża odpowiedzialność, bo w tej szkole zawsze stawiano bardzo wysokie wymagania wobec nauczycieli. Była już wtedy mamą niespełna rocznego synka Wojciecha. Nie zraziła się, że nie będzie mogła się skupić tylko na rodzinie i synku. Postanowiła wykorzystać szansę.

Ucieszyła się, kiedy zaproponowano jej stanowisko wicedyrektora ds. zajęć pozalekcyjnych. Czuła się w tym jak ryba w wodzie. Jak mówi, scena to jej żywioł, a z nią wówczas miała wiele do czynienia jako wicedyrektor. Dlatego nie myślała o nadgodzinach, angażowała się w pracę bez reszty. Zdolności organizacyjne i pracowitość zostały docenione i wkrótce awansowała na stanowisko dyrektora.

Otrzymała szkołę z tradycjami i dziś chętnie je pielęgnuje i tworzy nowe.

— Nasza szkoła to nie tylko placówka oświatowa, ale również ośrodek polskości w Nowej Wilejce. Staramy się angażować w nasze przedsięwzięcia również społeczność naszej dzielnicy. Nasz bal zapustowy, rozmowy sąsiedzkie cieszą się dużą popularnością.

Podkreśla, że swój sukces zawodowy zawdzięcza w dużej mierze rodzinie. Cieszy się, że syn i mąż zawsze ze zrozumieniem się odnosili do tego, że większość swego czasu poświęca szkole.

— Cudów nie ma, gdyby nie pomoc najbliższych, zapewne bym nie mogła sprawować takiej funkcji. Mąż obiecał mnie wspierać i dotrzymał słowa. Wiem, że nie było łatwo — opowiada.

Wyjazdy, szkolenia, wreszcie dodatkowe studia… Ciągle się dokształcała — ukończyła studia magisterskie na kierunku edukologii i zarządzania oświatą, w Polsce — 3-letni kurs metodyki wspierania dzieci. Jak mówi, zdobyła spore doświadczenie i chciała się przekonać, czy zmierza jako kierownik we właściwym kierunku. Potwierdziło się, że stosowany przez nią sposób zarządzania zgadza się z opracowaną teorią. A do tego przecież doszła sama poprzez praktykę. Trudności, z którymi trzeba było się zmierzyć, nigdy przecież nie brakowało.

Określa siebie jako tolerancyjnego, ale jednocześnie wymagającego kierownika.

— Może jestem zbyt tolerancyjna — zastanawia się, ale zaraz dodaje, że ma szczęście do ludzi, z którymi pracuje. Bo cóż jest ważniejsze dla nauczyciela niż zdolność wyczuwania potrzeb dziecka. A nauczyciele, z którymi współpracuje, posiadają taką zdolność.

Syn Wojciech też jest absolwentem szkoły Kraszewskiego. Ukończył kierunek handlu międzynarodowego i zarządzania na Uniwersytecie Wileńskim i obecnie realizuje się w zdobytym zawodzie.

Również męża zawdzięcza tej samej szkole. Uczyli się w jednej klasie.

— Zafascynował mnie inteligencją, wiedzą z literatury i historii. Bardzo mi imponowało, że jest oczytany. No, i potrafił mnie ze sobą ożenić! — śmieje się kokieteryjnie pani Helena.

Na pytanie: „Czy jest Pani szczęśliwą kobietą?” — odpowiada bez chwili zastanowienia: „Tak! Niczego mi nie brakuje. Mam dom, rodzina jest moją ostoją. Jestem spełnioną żoną, matką, odniosłam sukces zawodowy”. Ale to bynajmniej nie oznacza, że nie poniosła nigdy porażki. Jest przekonana, że o powodzeniu w życiu w większym stopniu decyduje stosunek do porażek i umiejętność przekształcania ich w sukcesy.

— Były łzy, niepowodzenia. Są nieodłączną częścią życia. Przyjmuję je jednak z pokorą, wiem, że trzeba to wszystko przełknąć. Są potrzebne, bo nie dają spocząć na laurach, tylko mobilizują i bardzo często pomagają znaleźć odpowiedzi na wiele pytań — dzieli się swoją filozofią życiową pani Helena.

— Moje hobby — to również praca. Może to nie brzmi atrakcyjnie, ale faktycznie praca pochłonęła całkowicie mój wolny czas — opowiada, ale po chwili dodaje, że ostatnio trochę czasu poświęca ogrodnictwu. Zaczęła się również interesować ziołami leczniczymi: „Z mężem sprawiliśmy sobie nawzajem z okazji jubileuszy prezent. Wybudowaliśmy dom letniskowy 50 km od Wilna. Mam możliwość zająć się tam ogrodem. Tam zamierzam również zorganizować imprezę jubileuszową”.

18 KOMENTARZE

  1. no i miło,powodzenia dla tej Pani ale ja tutaj chce popelnic mala errate-cyt.,,Potem wyjechały do Konstancina Jeziornego,, a winno byc-Konstancina Jeziornej albo nie kombinowac i zwyczajnie napisac-do Konstancina.
    To niby,z przeproszeniem -pierdola,ale konstanciniacy mogliby sie poczuc urazeni z lekka 😉

  2. Z całym szacunkiem do pani Heleny. Ale mam pytanie, czy Szkole Średniej im. Kraszewskiego nie należy się nareszcie status GIMNAZJUM? Polacy w Nowej Wilejce stanowią około 40% mieszkańców, szkoła jest jedną z najstarszych szkół w dzielnicy z bogatą historią i doświadczeniem. Rosjanie i Litwinie mają gimnazja w tej dzielnicy, a Polacy nie. I czy to nie jest w tym przypadkiem Pani wina?

  3. kolejna kurierowa lurka. Czy gazzety nie stac na jakies problenmowe podejście do tematu. Czasami mi sie wydaje, że “Czerwony Sztandar” był bardziej profesjonalnie redagowany.

  4. No tak zamiast mieć pooddawali swych dzieci na wynarodowienie do litewskiego gimnazjum. A Polacy powinni mieć w tej dzielnicy gimnazjum.

  5. obywatel:rosjanie,stanowią mniejszą grupę narodowościową,są rozproszeni,brak im kilkuwiekowych korzeni i znacznie łatwiej się wynaradawiają niż Polacy.Ale należy im się gimnazjum,a Polakom dwa gimnazja się należą.

  6. wanda: Rosjanie mieli w tej dzielnicy dwie średnie szkoły 25 i 51 w której rozwijali się też klasy polskie. Ale z góry było rozporządzenie 25 zamknąć i oddać pod litewską gimnazję, a z 51 polskie klasy wyprawić do Kraszewskiego, a teraz nawet z 51 chcą zrobić podstawową. Wiadomo tym Rosjanom, których jest około 30% zostaje oddawać do litewskich szkoł w Nowej Wilejce, aby ich dzieci mieli perspektywę na przyszłość – tak i jest, chociaż mogliby mieć i swoją gimnazję. Niełatwo tam uczyć się powiadają, że za trochę słabszą naukę ciągle grożą wywaleniem z gimnazjum. Szkoła Kraszewskiego znajduje się w oddali od nowej dzielnicy, ale ma wysoki poziom nauczania i zasługuje na miano gimnazjum. Wyższy status szkoły przyciągnąłby znacznie więcej uczni do tej szkoły, chociaż ona i tak pustkami nie świeci, teraz podobno ponad 700 uczni ma. W Nowej Wilejce polska szkoła początkowa Zielone Wzgórze zaczęła w tym roku całkiem nieżle funkcjonować jako polska szkoła-przedszkole. Bardzo dużo jest rodziców, którzy oddają i chcą oddać swych maluchów do tej szkoły przedszkola, bo w polsko-rosyjskim przedszkolu, które jest przepełnione – zawsze brakowało miejsc. Szkoła przedszkole Zielone Wzgórze znajduje się na początku nowej dzielnicy w Nowej Wilejce i ma na przyszłość niezłą perspektywę do rozwoju.

  7. Szanowna Redakcjo, interesuje mnie postać ks. Tadeusza Makarewicza (ps. Kalina), jego działalność literacka. Czy może są jakieś publikacje na jego temat? Poza tym postać Jana Popławskiego , nauczyciela rysunków w Nowej Wilejce (1925 r.), czy może są w Wilnie jacyć regionaliści, którzy może mają stare zdjęcia z owego okresu? Proszę o pomoc. Z poważaniem: Tomasz Śmigielski

  8. Droga PANI Helenko !!!!! Widze na zdjeciu ze jest Pani piekna kobieta a z tresci artykulu ze rowniez bardzo aktywna i odwazna. Gratuluje jubileuszu i zycze wesolych Swiat Bozego Narodzenia oraz szczesliwego Nowego Roku 2o10 Pani jak rowniez calej szkole i wszystkim Polakom na Litwie. Warszawa jest z WAMI.

  9. Niestety miałam nieszczęście poznać p. Helenę osobiście. Łasa na łapówki od podwładnych jej nauczycieli i rodziców.

  10. Witam, chciałabym nawiązać kontakt z panem Tomaszem Śmigielskim (wypowiedź z 20 grudnia 2009 r.) w sprawie ks. Tadeusza Makarewicza, który był stryjem mego ojca. Mam dużo materiałów dot. Księdza oraz jego powojenne listy.
    Pozdrawiam.
    Barbara

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.