Białorusini — „paradoksalna świadomość narodowa”

Akcja młodych Białorusinów na Placu Łukiskim
Akcja młodych Białorusinów na Placu Łukiskim

Wiosną tego roku w kawiarni na Zarzeczu odbył się, w dużym stopniu improwizowany, wspólny happening artystów z Polski, Litwy i Białorusi, w czasie którego swój występ miała legenda białoruskiego rocka Pit Pawłow.

— Bardzo lubię to miasto, które przez 800 lat było białoruskie, a tylko przez 20 lat nad Ostrą Bramą wisiała polska flaga, a teraz wisi litewska — wyznał wówczas ten wykonawca, po raz kolejny udowadniając, że spór o Wilno dotyczy nie tylko narodów polskiego i litewskiego…

Girl in a jacket

Wilno było stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego, które Białorusini uznają za „swoje”, argumentując, że językiem oficjalnym księstwa był starobiałoruski i słynne Statuty Litewskie były napisane w tym języku. Po 1905 r., gdy rozpoczęło się na dobre białoruskie odrodzenie narodowe, Wilno odegrało swoją kluczową rolę dla białoruskiej kultury, między innymi dlatego, że Wilno chociaż należało do Rosyjskiego Imperium, było mniej zrusyfikowane niż Mińsk. Tu działali i tworzyli klasycy białoruskiej literatury: poeta Janka Kupała (Iwan Łucewicz) czy publicysta, pisarz i reżyser teatralny Franciszek Alachnowicz. Tu zaczęto wydawać pierwszą białoruską gazetę — „Nasza Niwa”. Gazeta ukazywała się w Wilnie aż do wkroczenia armii radzieckiej w 1939 r. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości została reanimowana, ale po kilku numerach redakcja przeniosła się do Mińska. Obecnie jest to jedno z nielicznych niezależnych pism na Białorusi o orientacji liberalno – konserwatywnej.

Sporo racji w wypowiedzi Pita Pawłowa widzi Galina Siwołowa, dyrektorka jedynej na Litwie szkoły z białoruskim językiem nauczania im. Franciszka Skoryny. — Nie chcę być adwokatem tego człowieka, ale częściowo z nim się zgadzam. Uważam jednak, że zapomniał dodać tylko jedno słowo „i”. Wilno jest miastem „i białoruskim”. Wilno — to Mekka dla wielu narodów, w której bez większej krwi oni mogli współżyć i rozwijać się — tłumaczy Galina Siwołowa. Dla dziennikarki „Radia Swobody” z Białoruskiego Towarzystwa Oświatowego (Baltarusių švietimo draugija) na Litwie Tatiany Pokład jest czymś oczywistym, że wielu Białorusinów w Wilnie czuje się jak „u siebie”. — Tak naprawdę od wieków tutaj nigdy nie było granicy. Dlatego dla ludzi z Oszmiany, Lidy czy Grodna Wilno zawsze było bliższe niż Mińsk — twierdzi Tatiana Pokład. Wilno z zasady nie może nie podobać się, uważa Wiktorija Ignatenko, Białorusinka studiująca w Wilnie oraz kierowniczka studenckiego teatru „EST”. — Jest to miasto, o którym dorośli mówili najczęściej, czy to kontekście historycznym, czy w kontekście własnych wspomnień — przyznała się nam Wiktorija Ignatenko.

Białorusini są jednym z tych narodów, którym w XX wieku po prostu się nie powiodło. Ogłoszona 25 marca 1918 r. Białoruska Republika Ludowa przetrwała zaledwie kilka miesięcy. Próba federacji z Polską nie powiodła się m. in. dlatego, że część elit białoruskich obawiała się, że Białorusini jako słabszy element zostaną pochłonięci przez Polaków. Z perspektywy lat można stwierdzić, że ich obawy nie były całkiem bezpodstawne. O błędnej polityce II Rzeczypospolitej wobec mniejszości białoruskiej pisał wielce znany polski pisarz Józef Mackiewicz. Zarazem świadomie podawała się za Białorusinów tylko nieduża grupa inteligencji, skupiająca się w kilku większych miastach, niemająca oparcia w zwykłych ludziach. Sytuacja nie zmieniła się również po upadku Związku Radzieckiego, zwłaszcza po dojściu do władzy na Białorusi Aleksandra Łukaszenki, który przywrócił sowiecką symbolikę i język rosyjski jako drugi państwowy. Dlatego obecnie niezależne białoruskie życie kulturalno – społeczne rozwija się przede wszystkim poza jej granicami: na Litwie, w Polsce czy Wielkiej Brytanii. — Sądzę, że zagranica będzie tym potencjałem, który pomoże odrodzeniu w kraju — nie traci nadziei Tatiana Pokład.

Oficjalnie na Litwie Białorusinów jest prawie 43 tysięcy, co stanowi ok. 1,2 proc. mieszkańców. W odróżnieniu od Polaków nie mieszkają w zwartym skupisku, a raczej są rozsiani po całej Litwie. Prezes Stowarzyszenia Organizacji Społecznych Białorusinów Litwy (Lietuvos gudų visuomeninių organizacijų susivienijimas) Roman Woinickij uważa, że litewskich Białorusinów można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to są tak zwani autochtoni, czyli ludzie, którzy mieszkają na tych terenach od dziada pradziada, tych najwięcej jest w Wilnie, w rejonach wileńskim i solecznickim. Druga grupa — to element napływowy z Białorusi; ludzie, którzy przyjechali tutaj po wojnie do pracy. Najprężniejsze ośrodki ich są w Wisagini i Kłajpedzie. — Między tymi dwoma grupami są pewne różnice. Autochtoni są bardziej przywiązani do białoruskiego języka i tradycji. Natomiast dla tych, którzy przybyli po wojnie te rzeczy często są obojętne. Sam pochodzę z Zachodniej Białorusi, ale bliżsi są mi autochtoni — powiedział „Kurierowi” Roman Woinickij, który na Litwę przybył w 1981 roku. Spod Grodna pochodzi również Galina Siwołowa, która o sobie mówi, że jest typową „ofiarą miłości” jak wiele obecnych litewskich Białorusinek. Na Litwę przybyła pod koniec lat 70. na dwa lata, aby nauczyć się strzelać z łuku i języka polskiego. Los jednak chciał, aby przed samym wyjazdem spotkała swego przyszłego męża. O ile odrodzenie Białorusinów na Litwie pod koniec lat 80. ubiegłego wieku zapoczątkowali „miejscowi”, w dużym stopniu absolwenci przedwojennego gimnazjum białoruskiego w Wilnie, to obecnie większość działaczy białoruskich — to „przybysze” z Białorusi.

W ciągu ostatnich kilku lat można zaobserwować jeszcze jedną grupę Białorusinów na Litwie, są to studenci Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego. Europejski Uniwersytet Humanistyczny (EUH) założyła w 1992 r. w Mińsku grupka intelektualistów jako alternatywę wobec skostniałego sowieckiego systemu edukacyjnego. W 2004 r. białoruskie władze zamknęły uczelnię, więc w roku następnym EUH przeniósł się on do Wilna. Wykłady tutaj odbywają się po białorusku, po rosyjsku i po angielsku. — Większość studentów mówi między sobą po rosyjsku, ale ze znajomością białoruskiego nie ma problemu. Gdy ktoś zaczyna rozmawiać po białorusku, to nie ma problemu, generalnie panuje u nas atmosfera liberalno-demokratyczna — powiedział „Kurierowi” Kirił Atamanczik, student III roku Kulturowego Dziedzictwa i Turystyki oraz członka akademickiej organizacji StudAliance. Chociaż na Litwę przybywa dużo młodzieży z Białorusi, to raczej nie planuje tutaj osiedlić się na stałe. — Albo jadą dalej na Zachód, bo uniwersytet jest dobrym startem przed Europą, albo wracają do kraju, bo trzeba pamiętać, że wyjazd z Białorusi za granicę nadal jest kłopotliwy — wyjaśniła sytuację Tatiana Pokład.

Stosunki między nowymi „przybyszami z ojczyzny” a istniejącymi organizacjami białoruskimi są poprawne, ale do serdecznych na pewno nie należą. — Spotykamy się, pomagamy sobie nawzajem, ale wielkiej przyjaźni w naszych relacjach nie ma — powiedział „Kurierowi” Roman Woinickij. Dla Tatiany Pokład taka sytuacja jest naturalna i nie widzi tu żadnego problemu. — Te organizacje stały się zbyt tradycyjne. One mają swoją niszę i zbytnio nie idą na kontakt. Jednak młodzież sama zaktywizowała się — mówi Tatiana Pokładt. Wadzim Wileita z Zjednoczonego Centrum Inicjatyw Białoruskich (Jungtinis Baltarusijos Iniciatyvu Centras) przyczynę pewnej nieufności między młodymi a starszymi przedstawicielami białoruskich działaczy na Litwie widzi we wrodzonym „białoruskim konserwatyzmie”. — Coś sobie robię, coś robią inni, nie wiem jednak co, ale ze sobą kontaktujemy rzadko. To musi się zmienić — uważa Wadzim Wileta.

Druga przyczyna dotyczy poglądów politycznych. O ile starsza część działaczy białoruskich nie jest być może wyraźnie „prołukaszenkowska”, jest jednak za współpracą z władzami w Mińsku, natomiast młodzież pod tym względem jest bardziej radykalna w swych poglądach. — To są propaństwowe organizacje, mają stały kontakt z białoruską ambasadą, więc nasze stosunki z zasady nie mogą być zbytnio przyjazne — tłumaczy, na czym polega różnica między studentami EHU i miejscowymi działaczami Kirił Atamanczik. Obecnie na Litwie działa kilka młodzieżowych organizacji białoruskich. Jedną z najbardziej prężnych jest wyżej wspomniany Zjednoczone Centrum Inicjatyw Białoruskich, które organizuje koncerty białoruskich zespołów rockowych i bardów. Zorganizowali szereg akcji, które miały zwrócić uwagę świata na liczne fałszerstwa, których dopuściła się władza w Mińsku podczas ostatnich wyborów. — Nie jesteśmy organizacją białoruskiej mniejszości na Litwie, dążymy do zjednoczenie ludzi różnych narodowości, zawodów oraz przekonań politycznych, których podstawowym celem jest demokratyczna Białoruś — wyłuszcza podstawowe założenia Centrum Wadim Wileta. Przy EHU działa też klub filmowy oraz studencki teatr eksperymentalny „EST”. Teatr powstał w 2006 r., dotychczas wystawiono tylko jeden spektakl, ale teatr przeprowadził masę happeningów na wileńskich ulicach czy stołecznych klubach.

Obecnie Stowarzyszenie Organizacji Społecznych Białorusinów Litwy, które powstało przed 12 laty, zrzesza 19 organizacji. Są to przede wszystkim oddziały regionalne Stowarzyszenia. Prezes Stowarzyszenia jest również członkiem Rady ds. Mniejszości Narodowych przy Rządzie RL. Stowarzyszenie Białorusinów nie prezentuje jakiejś jednej opcji politycznej, co prawda kilku posłów z ubiegłej sejmowej kadencji — Wacław Stankiewicz czy Wiaczesław Wołcziok — przyznawało się do białoruskich korzeni, to jednak władze tej organizacji raczej stronią się od polityki, za główny cel stawiając kulturę i oświatę. Z kolei Stowarzyszenie Języka Białoruskiego im. F. Skoryny aktywnie uczestniczy w życiu politycznym Litwy. Przedstawiciele tej białoruskiej organizacji od lat startują w wyborach zarówno parlamentarnych, jak i samorządowych z listy Akcji Wyborczej Polaków na Litwie.

— Rozmawiamy zarówno z władzami w Mińsku, jak i z opozycją. Są w naszych szeregach ludzie o różnych poglądach politycznych — wytłumaczył „Kurierowi” Roman Woinickij. Kontakty i pomoc z Mińska są regularne, ale raczej należą do sztywnych i oficjalnych. — Jesteśmy dla nich trochę politycznie podejrzani — dodaje z uśmiechem Galina Siwołowa.

Szkoła im. Franciszka Skoryny jest jednym z ważniejszych ośrodków życia miejscowych Białorusinów, tu działa kilka dziecięcych zespołów ludowych, tu odbywają się liczne białoruskie imprezy kulturalne. Obecnie do szkoły uczęszcza 164 uczniów, jest zatrudnionych 30 pedagogów. Lekcje są prowadzone po białorusku i częściowo po litewsku. W języku państwowym naucza się matematyki i fizyki w starszych klasach. Do szkoły uczęszczają uczniowie nie tylko z Wilna i okolic, ale niektórzy dojeżdżają z takich odległych miejsc jak Wisaginia, Troki czy Soleczniki. Pod tym względem dużą pomocą służą dwa podarowane przez mera Mińska mikrobusy. — Prawdziwy problem — to paliwo, bo o nie musimy zadbać sami. Coś dają rodzice, coś białoruscy biznesmeni — opowiedziała „Kurierowi” Galina Siwołowa.

Białoruska szkoła powstała w roku 1994, za nim jednak do tego doszło, na początku lat 90. Galina Siwołowa razem z innymi działaczami białoruskimi zaczęła prowadzić białoruskie szkółki niedzielne. Później powstały białoruskie klasy przy dwóch szkołach rosyjskich. W 1994 dla wspólnoty białoruskie zostały przekazane pomieszczenia po byłym przedszkolu. Komputery przysłano z Mińska, a państwo litewskie dało pieniądze na szkołę. Pomieszczenie potrzebowało jednak gruntownego remontu, a środków katastroficzne nie brakowało. Nieoczekiwanie z pomocą przyszli Żydzi, którzy wynajęli część pomieszczeń pod swoje przedszkole. Dzięki ich pieniądzom białoruska szkoła przetrwała i mogła normalnie funkcjonować. — Bardzo dobrze nam się współpracowało. Przez pięć lat miałam całkowity spokój. Nikt nas się nie czepiał, natomiast gdy oni przenieśli się do własnych pomieszczeń, to w ciągu następnego roku miałam 17 wszelkiego rodzaju inspekcji. Wtedy zrozumiałam jak jest ważne przyjaźnić się z Żydami —żartuje dyrektorka.

Współpraca białorusko–żydowska ma zresztą dłuższą historię. 1 lutego 1919 roku, gdy w Wilnie powstało białoruskie gimnazjum — niezamożnym Białorusinom nieoczekiwanie z pomocą przyszli wileńscy Żydzi. W zamian mieli nieograniczony wstęp i całkowitą tolerancję w białoruskim gimnazjum, czego nie było w innych wileńskich szkołach. — Gdy się o tym dowiedziałam, to zrozumiałam, że historia lubi się powtarzać — powiedziała Galina Siwołowa.

Przedwojenne gimnazjum białoruskie w Wilnie funkcjonowało aż do roku 1944. Jednym z powodów do zamknięcia gimnazjum posłużył fakt, że część profesorów w czasie wojny kolaborowała z hitlerowcami. Duża część kadry pedagogicznej oraz uczniów była represjonowana: aresztowana, zesłana na Sybir lub nawet rozstrzelana. Przy gimnazjum działały muzeum i seminarium nauczycielskie. — Po wojnie unikalne zbiory muzeum zostały podzielony między trzy kraje: Litwę, Polskę i Białoruś. Dlatego dotychczas bardzo ciężko jest znaleźć pewne rzeczy — ze smutkiem wyznaje Galina Siwołowa.

Język jest jednym z podstawowych kryteriów, które wyróżnia naród lub grupę etniczną. Z tym na Litwie Białorusini mają pewien problem. Bardzo często w rodzinie czy dzieci w szkole między sobą rozmawiają po rosyjsku. Do rzadkości należą dzieci, które zarówno w domu, jak i z rówieśnikami rozmawiają tylko w ojczystym języku. — Wielki wpływ na to ma fakt, że oni nie słyszą na co dzień pięknego języka białoruskiego, którego na Litwie, a i często na Białorusi dziś nie usłyszysz. Zgoła inna sytuacja jest w Polsce, gdzie nadal można usłyszeć prawdziwą białoruską mowę — mówi „Kurierowi” Galina Siwołowa, dodając przy tym, że według niej polonizacja Białorusinów w Polsce jest jednak dużo szybsza niż na Litwie. Z Galiną Siwołową zgadza się Tatiana Pokład, twierdząc, że białoruska świadomość narodowa jest bardzo skomplikowana i często niezrozumiała dla obcych. —Na przykład, w ostatnim spisie ludności na Białorusi, aż 74 proc. zadeklarowało, że ich rodzimą mową jest język białoruski, ale po białorusku na co dzień rozmawia tylko 34 proc. Jest to bardzo ciekawy i paradoksalny przykład świadomości narodowej — powiedziała „Kurierowi” Tatiana Pokład.

Nie patrząc na dużą rusyfikację ludności białoruskiej, brak styczności z oryginalną mową ojczystą, liczne problemy chociażby z dojazdem, wielu rodziców Białorusinów oddaje jednak swoje latorośle do białoruskiej szkoły. Roman Woinickij dostrzega w wyborze rodziców nie tylko patriotyzm, ale i pewne względy pragmatyczne. Bo szkoła im. Franka Skoryny oferuje bardzo dobre wykształcenie, 80 – 90 proc. absolwentów tej uczelni trafia na studia wyższe. Mają ułatwiony dostęp do wyższych uczelni na Białorusi. — Nasza szkoła należy do 10 najlepszych na Litwie. Tu panuje prawie rodzinna atmosfera — uważa Roman Woinickij, który jest również dyrektorem do spraw technicznych w tej szkole. Dobry poziom oraz możliwość studiowania na Białorusi są czymś bardzo ważnym, według Tatiana Pokład, ale ona nie bagatelizuje również aspekt moralny. — Na Litwie, czy w ogóle za granicą, aby być kimś, trzeba się określić, kim się jest — uważa Tatiana Pokład.