O nas wciąż bez nas

176

Od zakończenia tegorocznego Zjazdu MIDAS-u (Stowarzyszenia Dzienników Mniejszości Narodowych i Etnicznych) w Wilnie minął już czas wystarczający, by można było na to wydarzenie spojrzeć z pewnym dystansem, i zdobyć się na refleksję.

Jeśli się powtarza, że Polacy się nie integrują, to będzie się hołubionym przez media i władze ekspertem Fot. Andrzej Piwnicki

Trudno na Litwie mówić o zjeździe dzienników mniejszości narodowych, pomijając kwestię traktowania polskiej mniejszości przez władze litewskie. Tym trudniej mówić o prasie mniejszości, nie mówiąc o polityce informacyjnej, jaką prowadzą wobec nas Litwini.

Piszę „Litwini”, a nie „władze Litwy”, nieprzypadkowo. Zjazd bowiem, o którym zostały poinformowane wszystkie liczące się media i przedstawiciele związanych z mniejszościami resortów i komisji sejmowych, został przez Litwinów całkowicie zignorowany.

Na konferencji w centrum prasowym agencji BNS było obecnych tylko dwóch dziennikarzy. Wymowne są słowa prezesa MIDAS, Toni’ego Ebner’a, że w dziesięcioletniej historii organizacji Zjazd został całkowicie zignorowany przez przedstawicieli władz i mediów większości narodowej po raz pierwszy.

Zademonstrowana postawa nie przeszkodziła jednak wspomnianym mediom w ciągu dni trwania Zjazdu pisać o ukaraniu Zygmunta Marcinkiewicza za dwujęzyczne napisy na autobusach, czy też oburzać się, że nadano imię prof. Andrzeja Stelmachowskiego szkole w Starych Trokach. Także w tych kwestiach nie zadając sobie trudu, by porozmawiać z osobami bezpośrednio tym dotkniętymi — dyrekcją szkoły w Starych Trokach czy panem Marcinkiewiczem. Bo i po co?

Przecież każdy doskonale wie, co Polacy (lub, jak zazwyczaj media podają — „osoby uważające się za Polaków”) myślą, czego chcą, co jest im potrzebne. I wszyscy wiedzą o rzeczy najważniejszej — Polacy się nie integrują, a przeszkadzają im w tym polskie szkoły (zdaniem, między innymi, ministra spraw zagranicznych RL Audroniusa Ažubalisa) i Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (zdaniem, znów między innymi, aktywistów „Vilniji”, uważanej przez belgijskiego badacza ekstremizmu Cas’a Mudde za organizację ekstremistyczną). I pal licho, że nikt nie wie, jaka to miałaby być integracja — ważne jest, że się nie integrują. I mniejsza nawet o to, że to właśnie Polacy najaktywniej biorą udział w wyborach, że 97 proc. uczniów szkół polskich dostaje się po ich ukończeniu na wyższe studia, czy że duża część młodych Polaków zna poprawny język litewski lepiej niż niejeden ich rówieśnik narodowości litewskiej. Prawdą obowiązującą jest, że nie jesteśmy zintegrowani, i tą właśnie tezę lansują media.

Można być półanalfabetą, złodziejem, psychicznie chorym czy byłym komunistycznym fanatykiem, ale jeśli się powtarza, że Polacy się nie integrują, to będzie się hołubionym przez media ekspertem.

Nawet jeśli się w życiu Polaka widziało tylko na obrazie podczas wycieczki na Uniwersytet Wileński.

Mimo że obowiązująca poprawność polityczna nakazuje inaczej, nie można pominąć pewnej rzeczy. Gdyby w którymś w bardziej cywilizowanych państw Unii Europejskiej jakiś polityk lub działacz społeczny bezzasadnie, jednostronnie i nie popierając się żadną argumentacją, oskarżał jakąś mniejszość o nieintegrowanie się, w dodatku winę za taki stan rzeczy zwalając na jej tożsamość (szkoły z wykładowym językiem mniejszości są właśnie jednym z narzędzi podtrzymania tożsamości), wywołałoby to skandal, a delikwent by zasiadł na ławie oskarżonych w procesie o sianie waśni na tle narodowościowym. Na Litwie natomiast takie podżeganie jest w dobrym guście i świadczy o obeznaniu „eksperta” z poruszanym przezeń tematem.

Zjazd, na którym byli obecni dziennikarze trzydziestu dzienników mniejszości narodowych, i ani jednego przedstawiciela mediów większości litewskiej, może posłużyć jako doskonała ilustracja litewskiej „tolerancji”, praktycznie przyrównującej mniejszości narodowe mniejszościom seksualnym: „Niech sobie będą, ale się nie pokazują”. Można czasem popisać o obnoszeniu się mniejszości ze swoją „innością” (oczywiście z zachowaniem należytej dawki pogardy i dystansu), o dwujęzycznych napisach, szkołach czy pisowni nazwisk. Ale w żadnym wypadku nie należy pytać ich przedstawicieli o cele tego obnoszenia się, czy tym bardziej informować odbiorców o przykładach doskonałej i przede wszystkim prawdziwej integracji (która wymaga wysiłku także ze strony większości), jak na przykład w Południowym Tyrolu. Mogłoby to przecież wywołać zrozumienie wobec dążeń mniejszości, czy też niezdrową dyskusję w społeczeństwie, z której mogłoby nawet wyniknąć, że dbanie o mniejszości narodowe i zachowanie ich kultury nie jest szkodliwe. A to by mogło się wiązać dla wspomnianych wcześniej „ekspertów” z końcem eksperckiej kariery i potrzebą znalezienia prawdziwej pracy. Zatem wyprodukowani w poprzednim systemie „eksperci” już przez 20 lat utrzymują w tej sferze polityki medialnej poprzedni system przy życiu, a decyzje w sprawie mniejszości zapadają bez ich pytania o zdanie. O nas, a bez nas.