
Sprawdziły się najgorsze oczekiwania, że likwidacja powiatów wcale nie usprawni procesu zwrotu ziemi na Wileńszczyźnie. Jest nawet gorzej, przynajmniej na razie, niż było, przyznają osoby zainteresowane. A są nimi głównie miejscowi Polacy, którzy od 20 już lat czekają na zwrot ojcowizny.
Proces zwrotu ziemi praktycznie jest wstrzymany, choć formalnie nieustannie trwa.
— Nic się nie dzieje, bo Narodowa Służba Ziemska, która powinna była od 1 lipca przejąć po powiatach kompetencje w zakresie zwrotu, wciąż przejmuje te kompetencje. Jest duży chaos, brak informacji oraz dokumentacji — mówi nam prawnik Jarosław Skuder ze Związku Prawników Polaków na Litwie, który od lat pomaga Polakom w dochodzeniu sprawiedliwości w procesie restytucji praw własności na ziemię.
Jak na państwo prawa przystało, Republika Litewska zobowiązała się wobec swoich obywateli do zwrotu zagrabionej przez sowietów ziemi jeszcze w okresie odrodzenia niepodległości, czyli na początku 90. lat ubiegłego stulecia. I jak na państwo prawa przystało, spełniła też swoje zobowiązania prawie w 100 procentach wszędzie indziej w kraju oprócz Wileńszczyzny, gdzie polska mniejszość na Litwie stanowi większość mieszkańców. W Wilnie restytucja praw własności została zakończona zaledwie w około 14 proc. od podań byłych właścicieli o zwrot ojcowizny. W większości są to miejscowi Polacy. Nieco lepiej, ale wciąż daleko od średniej krajowej (powyżej 97 proc.) jest sytuacja w podwileńskich rejonach. Tu na zwrot ojcowizny wciąż czeka około 1/3 byłych właścicieli ziemskich lub ich potomków. Od prawie roku ten wskaźnik nie drgnął, bo wydziały regulacji rolnej w gminach pozamykano tu już ponad rok temu, chociaż likwidacja samych powiatów, którym te oddziały podlegały, miała nastąpić dopiero z dniem 1 lipca 2010 r.
— Sprawdziły się nasze najgorsze oczekiwania, bo dziś pretendenci do zwrotu ziemi nie mogą nawet uzyskać potrzebnej informacji o przebiegu ich spraw. Wiele osób zgłasza się do nas o pomoc, bo nie dają sobie rady. Gdzie nie pójdą, czy gdzie nie zadzwonią, to słyszą jedno, żeby zgłaszali się później — mówi w rozmowie z „Kurierem” Maria Rekść, mer samorządu rejonu wileńskiego.
Zgodnie z założeniem reformy administracyjnej, samorządy niewiele jednak mają do powiedzenia, bo wszystkie kompetencje w sprawie ziemi przekazano Narodowej Służbie Ziemskiej. I chociaż jej kierownictwo jeszcze przed dwoma miesiącami zapewniało „Kurier”, że proces przekazania kompetencji przejdzie składnie i najwyżej w ciągu dwóch pierwszych tygodni mogą występować problemy, dziś po dwóch miesiącach już wiadomo, że problemy dopiero się zaczynają. Po zweryfikowaniu kwalifikacji byłych kierowników terenowych wydziału regulacji rolnej przez Służbę okazało się, że prawie połowa z nich nie ma wystarczających kwalifikacji do zajmowania tego stanowiska. Dopiero teraz Służba rozpisała konkursy na nowych kierowników, lecz ich wyniki może opóźnić zawiązujący się spór o słuszność decyzji Służby. Protestują przeciwko temu pozwalniani z powodu braku kwalifikacji byli kierownicy oddziałów. W ich obronie staje opozycja, co upolitycznia spór. W okresie zbliżających się wyborów samorządowych może ona przerodzić się w prawdziwą batalię wyborczą, co w rzeczy samej oznacza wstrzymanie procesu restytucji praw własności aż do wiosny przyszłego roku, czyli po wyborach samorządowych. Ludzie jednak nie chcą czekać i szukają pomocy już dziś.
Oprócz Związku Prawników pomagają im w tym podwileńskie samorządy.
— Sprawami tych ludzi zajmuje się pan Czesław Olszewski, jeden z moich doradców. Pomaga im dochodzić, na jakim etapie są poszczególne sprawy. Ale nawet to nie jest sprawą łatwą — zauważa mer Maria Rekść. Mówi też, że w rozpaczy ludzie zwracają się nie tylko do doradcy, ale też bezpośrednio do niej oraz innych pracowników administracji samorządu rejonu wileńskiego.
Narodowa Służba Ziemska przyznaje, że sprawy po 1 lipca nie idą tak sprawnie jak wielu oczekiwało, ale też twierdzi, że specjaliści służby pracują nawet po godzinach, żeby zdążyć z pracami, ale nie jest łatwo.
— Podstawowy problem polega na tym, że po powiatach otrzymaliśmy w spadku ogromną ilość spraw niezałatwionych, które wymagają nie tylko zakończenia, ale też sprawdzenia, czy dopełniono w nich wszystkich wymagań i formalności — wyjaśnia nam starsza specjalistka Remigija Žemaitienė z wydziału Reformy Rolnej Departamentu Regulacji Rolnej Narodowej Służby Ziemskiej. Statystyka, jaka przytacza urzędniczka, jest wprost szokująca.
— Tylko niezałatwionych do 1 lipca spraw dotyczących osób prywatnych otrzymaliśmy po powiecie 14,6 tys., z czego najwięcej — 11 tys. dotyczy Wilna i rejonów podwileńskich. W samym Wilnie takich spraw mamy ponad 6 tys., w rejonie wileńskim kolejne 3 tys., zaś w Trokach jeszcze 1,6 tys. Do tego dochodzi ponad 9 tys. niedokończonych spraw dotyczących pomiarów. I oczywiście wszystko to idzie równolegle ze sprawami bieżącymi. Czynimy więc wszystko, żeby jak najszybciej uporać się z tymi zaległościami — zapewnia nas Remigija Žemaitienė. Urzędniczka mówi, że na poziom spraw bieżących planują wyjść do listopada, a w mniej „zaległych rejonach” jeszcze wcześniej. Jak dowiadujemy się, listopad nie jest terminem przypadkowym, bo jak okazuje się, właśnie tylko do listopada przewidziano środki na finansowanie prac służby rolnej oraz terenowych jej oddziałów. Nakłada się na to ogromny brak specjalistów. Bo w porównaniu z administracją powiatów liczbę zatrudnianych dziś przez Służbę osób do wykonywania tej samej pracy zmniejszono o ponad 40 proc. Tymczasem Remigija Žemaitienė dodaje, że jednak z obecnych stanowisk nie wszystkie są obsadzone również z powodu braku środków.
Urzędnicy Służby mają nadzieję, że sytuacja poprawi się dopiero po zatwierdzeniu asygnacji budżetowych na przyszły rok. I choć, w porównaniu z rokiem bieżącym, raczej trudno liczyć na większe finanse, urzędnicy liczą, że przynajmniej na początku roku, jakiekolwiek finanse jednak będą.