Wspomnienia wilnianki o Cmentarzu Bernardyńskim

Dla wielu ludzi cmentarz jest miejscem tak samo świętym, jak kościół, że wchodząc na niego i czapkę uchyli Fot. Marian Paluszkiewicz

200 lat, czyli dwa wieki, obfitujące w bardzo różne karty historii: jasnej i tej, niestety, najciemniejszej. I nie zawsze związanej z tragicznymi wydarzeniami w życiu narodu. A mówiąc o dwóch wiekach, mam na myśli Cmentarz Bernardyński, jedną z dwóch najstarszych nekropolii wileńskich, z którą łączy mnie tyle wspomnień. Dlatego niektórymi w przededniu Dnia Zmarłych chciałabym się podzielić.

15 lutego 2010 r. nekropolia, z którą jestem związana od dziecięcych lat, miała swoje 200-lecie. W latach 40. mój wuj był kierownikiem tego cmentarza, który należał do kościoła Bernardyńskiego, a opiekunem był proboszcz tego kościoła ks. kanonik Jan Kretowicz. Wówczas cmentarz był zadbany, ogrodzony murem, w nocy oświetlony latarniami, z wygracowanymi alejkami i tonący w kwiatach. Przy wejściu na cmentarz stał słup, a na nim wisiała tablica informacyjna, co wolno, a czego nie wolno robić na cmentarzu.

Na cmentarzu po dziś dzień zachowała się 180-letnia 2 kondygnacyjna kaplica. W dolnej jej części, do której prowadziły schody, znajdują się nisze, w których pogrzebani zostali zasłużeni ludzie. Pośrodku kaplicy stał katafalk, na którym na noc stawiano trumnę ze zmarłym, a nazajutrz przenoszono ją do górnej kaplicy. Tam przychodził ksiądz i odprawiał Mszę św. Nad ołtarzem na ścianie przedstawiającej Jerozolimę wisiał duży krucyfiks z figurą Ukrzyżowanego Chrystusa. W kaplicy znajdował się czarny katafalk z baldachimem, obok z drewna stały anioły ze świecami, ławki, była maleńka zakrystia i nieduży chórek z fisharmonią, na której często grywałam. Podłoga była drewniana, przed katafalkiem pokryta czarnym kirem. Przy wynoszeniu zmarłego przez centralne drzwi do grobu dzwoniły 3 dzwony wiszące w murach bramy cmentarnej. Dzwonnikami były starsze kobiety mieszkające wspólnie w dużej sali w drewnianym domku przy cmentarzu należącym do kongregacji św. Marcina, którego obraz wisiał we wnęce domu. Poczciwe te samotne kobiety opiekowały się grobami, upiększały girlandami kaplicę. Żyły z ofiar ludzi odwiedzających cmentarz, one też dzwoniły wieczorem na Anioł Pański, a stróż z ręcznym dzwonkiem i psem chodził po alejkach, oznajmiał, że czas opuszczać cmentarz.

Wiele nagrobków opuszczonych, ukrytych pod pokrywą mchu Fot. Marian Paluszkiewicz

W czasie działań wojennych, podczas okupacji niemieckiej mieszkańcy ulicy znajdującej się przy cmentarzu z małymi dziećmi chronili się od bomb i kul w podziemiach kaplicy. Na cmentarzu ukrywali się również Żydzi. Taki porządek na cmentarzu trwał do czasu, gdy w końcu lat 40. po zamknięciu kościoła Bernardyńskiego władzę nad cmentarzem przejął rząd sowiecki. Byłam świadkiem, jak rozwalano kolumbaria i wszystkie szczątki z nisz wielce zasłużonych ludzi wrzucano do wspólnego dołu. W swoim czasie postawiłam tam krzyż z odpowiednim napisem na tabliczce, lecz on się nie zachował. Nastał okres niszczenia grobów. Polacy wyjeżdżali, więc zadbanych grobów stawało się coraz mniej. Po śmierci wuja, opiekę nad cmentarzem sprawowała 13 lat moja ciocia. Po jej śmierci w roku 1963 kierownictwo nad cmentarzem razem z 13 innymi osobami przejęłam ja. Od 1963 do 1971r. — cmentarz dla pochowków był zamknięty. Te lata były dla mnie najgorszym okresem. Chuligani plądrowali cmentarz, przewracając pomniki, rozbijając krzyże. Zdewastowana została kaplica cmentarza. Figurę Chrystusa bez krzyża mocno uszkodzoną znalazłam pod ścianą kaplicy. Oddałam ją znajomemu księdzu do kościoła w rejonie. Chrystusowi wiszącemu w małej kapliczce obcięto głowę. Szukałam jej wszędzie, lecz bez skutku. W Dniu Zadusznym grupa komsomolców siadała przy wejściu na cmentarz, grając na gitarach, dziko wykrzykując, gasząc świece na grobach. Ludzie bali się wejść na cmentarz. Po nocach znajdowaliśmy otwarte grobowce, kapliczki. Swoimi siłami zamykaliśmy je, uszczelnialiśmy cementem, w miarę sił ustawialiśmy przewrócone pomniki. Zamurowaliśmy również wejście do podziemnej kaplicy, ponieważ wandale rozbijali nisze. Cmentarz nie miał już ogrodzenia, więc zaczęły się kradzieże pomników. W latach 70. zginął pomnik z brązu — Anioł śmierci, który był pracą mistrza Jeziorańskiego. Podobno widziano go na grobie na Litwie…

W latach 60. zdjęto 3 dzwony cmentarne. Mąż mój przewidując, że tak się może stać, zdążył jeden dzwon zdjąć. Oddaliśmy go do potrzebującego kościoła.

W tych czasach architekt litewski Gediminas Baravikas, który przyczynił się do likwidacji zabytkowego cmentarza ewangelickiego i zamienił go na park miejski, nosił się z zamiarem uczynić to samo z Cmentarzem Bernardyńskim, ponieważ teren jest ładnie położony nad rzeką. W Zarządzie Gospodarki Miejskiej miałam życzliwych ludzi, którzy uprzedzili mnie, że ma przyjść specjalna komisja, która zadecyduje o ekshumacji zwłok Heleny Dzierżyńskiej matki Feliksa. Spotkałam się z tą komisją i wiedząc, o co chodzi, sama zadałam im pytanie: dlaczego zamierzają to zrobić. Zapytali mnie, czy jest rodzina matki Feliksa, na co odpowiedziałam: —Tak, krewni przyjeżdżają z Polski i gdy grobu nie będzie, to będzie skandal na całą Polskę. Zapytali mnie, również, czy Feliks był na pogrzebie matki, na co odpowiedziałam twierdząco, zaznaczając, że oczywiście, przecież to był wiek XIX. Po tej wizycie napisałam do Moskwy na Kreml, opisując o wszystkim. Przyjechała grupa ludzi, która naocznie sprawdziła stan cmentarza. Cieszyłam się ogromnie, bo po ich odjeździe przystąpiono do porządkowania cmentarza. Owszem, robotnicy oczyścili zarośnięte krzakami ogrodzenia, wypiłowali stare walące się drzewa. Ale był to czas, kiedy organizacje, przedsiębiorstwa miały plan na zbieranie metalu i dostarczania na złom, dlatego też poszły w ruch żeliwne, metalowe dekoracyjne ogrodzenia. Nie tylko na naszym Bernardyńskim, ale też na cmentarzach Rossa, św. Piotra i Pawła…

Stanęłam na straży i powiedziałam, że nie dopuszczę do zniszczenia cmentarza, zamykałam na kłódkę bramę, nie wpuszczałam ciężarówek, za co nazywano mnie wariatką.

Dziś jestem dumna, że moja walka codzienna nie poszła na marne, że zachowały się stare zabytkowe ogrodzenia.

W tym czasie byłam jedyną Polką pracującą na cmentarzu i bolejącą za polskie groby, więc postanowiono sprawdzić mnie, czy takie groby są. Spodziewałam się tego, więc na tych grobach bez tablic wieszałam własnoręcznie wykonane nowe tablice.

W końcu lat 80. na pomoc przyszła firma „Budimex”. W tym samym okresie rozpoczęto budować domy przy cmentarzu dla pracowników MWD (z ros. — Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) — woda spod ziemi płynęła całe lato i zimę. Zmyła ogrodzenia, pomniki, a nawet drzewa. Codziennie zbierałam ludzkie kości i zakopywałam. Ludzie do dziś nie odnajdują tam grobów, bo wsiąkły w ziemię. W ostatnich latach mojej pracy wyraźnie chciano się mnie pozbyć. Pisano oszczercze donosy, stałam się dla wielu bardzo niewygodną. W końcu, bez ogródek, pewien jegomość wypalił: „Tu jest potrzeby Litwin, a nie Polka”.
Dzięki Polsce ostatnio odnowiono niemało pomników, lecz nadal napotyka się zwalone pomniki, krzyże, zaniedbane groby profesorów. W opłakanym stanie jest grób Ślendzińskich, Strumiłły i wielu, wielu innych, a przede wszystkim cmentarna kaplica. Dobrze, że na pomoc przed Dniem Zadusznym na moją prośbę od lat przychodziła Szkoła im. Syrokomli, a po uzgodnieniu z proboszczem parafii św. Ducha po dziś dzień odbywają się w Dniu Zadusznym procesje żałobne.

W ostatnich latach zaczęły pojawiać się nowe mogiły niemające żadnego pokrewieństwa ze starymi nazwiskami. Jeżeli tak będzie nadal się działo, to cmentarz straci oblicze historycznego i zabytkowego, bo miejsc nowych nie ma, a chowając na starych grobach, te znikną, tak jak przez szereg lat działo się na Cmentarzu św. Piotra i Pawła.

Jestem szczęśliwa, że za swą miłość do cmentarza i 30 lat pracy miałam dużo uznania od ludzi. Nadal prowadzę korespondencję z Polską, skąd otrzymuję listy pełne uznania, że w ciągu swojej pracy zachowałam ten cmentarz, tak prawdziwie polski. W 1992 r od szanownej pani Barbary Wachowicz otrzymałam książkę z dedykacją: „Wspaniałej pani Jadwidze Pietkiewicz, która czuwa nad godnym snem Polaków złożonych na cm. Bernardyńskim”.

Książkę z dedykacją otrzymałam również od aktora śp. Zygmunta Kęstowicza oraz pisarki Ewy Zakościelnej. Oboje wilnianie.

Jestem dumna, że nieraz gościła i brała wywiad z moją skromną osobą Telewizja Polska, w tym roku Radio Polskie i dziennikarze z Senatu.

Zmarli są tak długo z nami, jak długo trwa w nas pamięć o nich. Ci, którzy odeszli, których szczątki leżą w grobach — żyją. Żyją w świecie, do którego i my zdążamy.

Przy okazji chcę serdecznie podziękować uczniom Gimnazjum im. Jana Pawła za porządkowanie Cmentarza św. Piotra i Pawła, na którym 2 listopada chodzi z kościoła polska procesja żałobna.

Jadwiga Pietkiewicz
wilnianka, wieloletnia opiekunka zabytkowych cmentarzy wileńskich