Reżim Łukaszenki nadal pozostaje u władzy

Zdaniem obserwatorów, represje wobec opozycji białoruskiej w noc powyborczą pokazuje, że reżim Łukaszenki nie jest skłonny do jakichkolwiek zmian w kierunku demokratyzacji kraju Fot. EPA-ELTA

Niedzielne wybory prezydenckie na Białorusi zakończyły się oficjalnym zwycięstwem urzędującego prezydenta Alaksandra Łukaszenki oraz krwawą rozprawą w noc powyborczą z opozycją, która protestowała przeciwko, jej zdaniem, sfałszowanym wynikom wyborów.

Użycie siły przeciwko demonstrantom oraz pobicie opozycyjnych kandydatów na prezydenta i dziennikarzy, w tym mediów zagranicznych, oburzyło przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Jerzego Buzka. Powiedział on, że te fakty stawiają „w najgorszym możliwym świetle” niedzielne wybory prezydenckie.

Girl in a jacket

Jak wynika ze wstępnych danych,  które wczoraj ogłosiła Centralna Komisja Wyborcza w Mińsku po podliczeniu 100 proc. głosów, wybory wygrał Alaksandr Łukaszenka, który zdobył 79,67 proc. poparcia. Drugim za nim, według CKW, zaledwie z 2,41-procentowym poparciem był kandydat opozycyjnego zjednoczenia „Za Europejską Białoruś”, Andrej Sannikau. Poparcie dla pozostałych 8 kandydatów, według oficjalnych danych, nie przekroczyło 2 proc.

Tymczasem według sondażu exit pool podanym przez telewizję Belsat TV, obecny prezydent Białorusi zdobył w tegorocznych wyborach 30,5 proc. głosów, zaś jego najbliżsi kontrkandydaci Uładzimir Niaklajeu, Andrej Sannikau i Jarosław Romanczuk zdobyli odpowiednio 13,7, 10,9 i 8,7 proc. głosów. Pozostali kandydaci mogli liczyć na 1-2 proc. poparcia.

Również wyniki exit pool niezależnej rosyjskiej pracowni INSIDE dają Łukaszence najwyżej 37,8-procentowe poparcie, a opozycyjni kandydaci mogli liczyć na 42 proc. głosów. Wyniki INSIDE wskazują też, że około 12,5 proc. respondentów nie zgodziło się na udzielenie wywiadu, a nieco ponad 6 proc. oświadczyło, że głosowało przeciwko wszystkim kandydatom.

Frekwencja w tegorocznych wyborach wyniosła nieco ponad 90 proc., przy czym 23 proc. głosujących głosowało w głosowaniu przedterminowym, które trwało 5 dni i poprzedzało dzień wyborczy.

Właśnie na podstawie wyników niezależnych sondaży oraz informacji swoich obserwatorów o naruszeniu ordynacji wyborczej, oraz możliwości fałszowaniu wyników przedterminowego głosowania, opozycyjni wobec Łukaszenki kandydaci wyprowadzili swoich zwolenników na place Mińska, gdzie domagali się od CKW anulowania wyników wyborów i rozpisania nowych wyborów prezydenckich, ale bez udziału Łukaszenki.

Ludzie początkowo zaczęli gromadzić się na Placu Październikowym skąd tłum liczący według różnych źródeł od 20 do 40 tys. osób, przeszedł na Plac Niepodległości, przed budynek parlamentu, gdzie mieści się również siedziba CKW. Planowano tu przeprowadzić pokojową manifestację, lecz niebawem niektórzy z jej uczestników zaczęli wybijać szyby w oknach i drzwiach parlamentu. Posłużyło to pretekstem do działań specjalnym oddziałom milicji — OMONu, który brutalnie rozprawił się z demonstrantami, aresztując sześciu kandydatów na prezydenta. Jeszcze wcześniej został pobity kandydat Uładzimir Niaklajeu, którego pobito do utraty przytomności, gdy prowadził tłum swoich zwolenników na Plac Październikowy. Niaklajeu został odwieziony do szpitala, gdzie udzielono mu pomocy medycznej. Jednak jeszcze w nocy został on zabrany prosto z łóżka szpitalnego do aresztu. Żona Niaklajeua opowiedziała dziennikarzom, że milicjanci wdarli się na salę, gdzie przebywał jej mąż, owinęli go w koc i wynieśli do samochodu. Milicja w Mińsku pobiła i zatrzymała też dziennikarzy, w tym również mediów zagranicznych.

Przewodniczący PE Jerzy Buzek nazwał atak na opozycjonistów „tchórzliwym i haniebnym” czynem władz.

Swój protest przeciwko brutalności władz wobec opozycji i mediów wyraziły USA i Polska. Prezydent polski Bronisław Komarowski powiedział, że będzie rozmawiał z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim w sprawie wypracowania wspólnego stanowiska UE wobec reżimu Łukaszenki.

Zaniepokojenie brutalnym stłumieniem wystąpień opozycji wyraziło też MSZ Litwy. Działania milicji potępiła również prezydent Dalia Grybauskaitė, która jeszcze niedawno chwaliła ewentualne zwycięstwo Łukaszenki, jako gwarancję stabilności Białorusi.

Nie brakuje jednak opinii, które oceniają wybory białoruskie w samych superlatywach. Na przykład misja obserwatorów Wspólnoty Niepodległych Państw już oświadczyła, że wybory odpowiadają zasadom demokracji i ich wyniki zostaną uznane.

„Dostatecznie sympatycznymi oraz dobrze zorganizowanymi” wybory nazwała była premier, obecnie prezes Partii Ludowej Kazimira Prunskienė. W wywiadzie dla telewizji państwowej „Bełaruś” powiedziała ona też, że nie zauważyła żadnych naruszeń ordynacji wyborczej oraz oskarżyła opozycję za eskalację sytuacji po wyborach.

— Wybory te wcale nie były takimi, jak mówi pani Prunskienė, bo były to wybory dwuznaczne. Podstawowym problemem było liczenie głosów, bo większość z obserwatorów nie miało możliwości obserwować tego procesu, co daje podstawy sądzić, że dochodziło tam do falsyfikacji wyników –— mówi w rozmowie z „Kurierem” poseł Petras Auštrevičius, który z grupą kilku innych posłów był obserwatorem misji OBWE na Białorusi. Zdaniem posła, poważne wątpliwości budzą też wyniki głosowania przedterminowego, które zdecydowanie różnią się od wyników w dniu wyborów.

Wobec tych wątpliwości oraz wobec powyborczych represji władz przeciwko opozycji, demokratyczny świat stoi przed poważnym dylematem — jak dalej układać relacje z Białorusią.

Musimy ocknąć się z zaczarowania Białorusią, bo wybory pokazały, że byliśmy naiwni i mieliśmy wygórowane oczekiwania wobec tamtejszych władz — mówi nam Petras Auštrevičius.

Jego zdaniem, Europa, a w szczególności Litwa, która od nowego roku przejmuje przywództwo w OBWE, nie musi zamykać się na Białoruś.

— Musimy zdecydowanie oddzielić sobie Białoruś jako kraj oraz jego władze. Musimy dalej współpracować z Białorusią w zakresie realizacji przyjętych przez Mińsk zobowiązań międzynarodowych, ale odtąd musimy być bardziej srodzy w ocenie, a przede wszystkim sprawdzać odrobienie prac domowych. Bo dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że patrzenie na to z pobłażliwym uśmiechem daje przyzwolenie władzom Białorusi na nie wywiązywanie się z zobowiązań — mówi nam poseł Auštrevičius. Dodaje, że po tym, co wydarzyło się w Mińsku, z trudem wyobraża, żeby OBWE wystawiło pozytywną ocenę białoruskim wyborom.