Białoruskie Wielkie Księstwo Litewskie (3)

Plantacje pomidorów w szklarniach pod Mińskiem są prawie stuprocentowo rentowne… tak musi być i tak jest
Plantacje pomidorów w szklarniach pod Mińskiem są prawie stuprocentowo rentowne… bo tak musi być

Przed wyjazdem grupy dziennikarzy na Białoruś, ambasador tego państwa w Wilnie, Nikołaj Drażin, zażartował wobec jednego z nas, że po powrocie „uwierzy wreszcie w państwo białoruskie”, bo rzekomo dziennikarz ów był dotąd totalnym niedowiarkiem. Czas naglił i nie było miejsca na ripostę, tym bardziej dyplomatyczną, czego sytuacja i ranga rozmówcy wymagały.

Odpowiedź na „żart” nastąpiła więc znacznie później podczas kolejnego gościnnego przyjęcia naszej grupy, tym razem w przedsiębiorstwie rolniczym „Żdanowiczi”. Wznosząc toast podczas pożegnalnego przyjęcia z gospodarzami przedsiębiorstwa i przypominając słowa ambasadora, jego adwersarz z wyjazdu zauważył, że w każdym państwie najważniejsi zawsze są ludzie i to w nich trzeba zawsze wierzyć, a przede wszystkim odnosić się do nich z pełnym szacunkiem, na jaki Białorusini na pewno zasługują.

I rzeczywiście, czy to zwiedzając monumentalne pomniki architektoniczne Wielkiego Księstwa Litewskiego na ziemiach białoruskich, czy też goszcząc w białoruskich „kołchozach” (bo to określenie absolutnie nie pasuje w rzeczywistości do potężnych przedsiębiorstw rolnych) „Snów” i „Żdanowiczi”, czy wreszcie zwiedzając, aczkolwiek krótko i powierzchownie (o czym za tydzień w 4-tej części reportażu) białoruską stolicę Mińsk, wszędzie spotykaliśmy szczerych i serdecznych ludzi, nad wyraz skromnych, nieunoszących się dumą gospodarzy wszak pokazowych obiektów.

Co najważniejsze, najciekawsze i najdziwniejsze zarazem, obok pospolitych życzeń szczęścia i zdrowia, często też słyszeliśmy od nich życzenie „nam wszystkim, żeby nie doznać więcej okrucieństwa wojny”.

Życzenie to wcale nie dziwi, bo gdy ma się świadomość, że podczas ostatniej wojny większość miast i miasteczek tego kraju były doszczętnie zniszczone, a naród białoruski poniósł ogromne straty ludzkie. W tym wśród najwybitniejszych jego synów i cór. Dlatego tylko z szacunkiem można patrzeć, jak Białorusini na każdym kroku czczą pamięć poległych w II wojnie światowej, bo dla nich to oni byli i pozostają tylko i wyłącznie wyzwolicielami spod okupacji niemieckiej. Aczkolwiek, my tu, na Litwie albo w innych krajach bałtyckich, czy też Polsce, możemy i mamy prawo sądzić też inaczej.

Z szacunkiem i pasją do tego, co robią, odnoszą się wszyscy ci, których spotkaliśmy na drodze swojej podróży: czy zauroczona historią para przewodników przebranych w średniowieczne szaty i udających ówczesnych gospodarzy dworu na Zamku Lidzkim; czy też przewodnicy, a zarazem pracownicy muzealni w Nowogródku, którzy nie tylko pamiętają najdrobniejsze skrawki przeszłości Grodu Mendoga, ale też czynią starania (zbierają środki publiczne) na odrestaurowanie przynajmniej zachowanych elementów Zamku Nowogródzkiego.

Niemniejszymi pasjonatami swojej miejscowości są snowianie, bo chyba tak się muszą zwać mieszkańcy miasteczka Snów, które znajduje się na Nowogródczyźnie. I chociaż tu też można odnaleźć kawałek wspólnej polsko-litewsko-białoruskiej historii, i jak głoszą dziejopisy, iż nazwa może pochodzić od starosłowiańskiego słowa „snow”, co oznacza dziś zwyczajnie „szwagier”, a miasteczko przez wieki należało do potężnego litewskiego rodu Kiszków, później do rodu Radziwiłłów, aż w końcu przypadło marszałkowi Kazimierzowi Rdułtowskiemu, który postanowił zawstydzić Radziwiłłów i kazał architektowi Tyczeckiemu wybudować w Snowie pałac nie gorszy niż u Radziwiłłów w Nieświeżu.

Zawdzięczając więc pysze szlachcica, mamy w okolicach dwie perły architektury, dwa pałace, które, aczkolwiek diametralnie różnią się od siebie, to jednak są podobne do siebie przez swój majestat i piękno. Pałacem w Snowie można tak samo zachwycać się bez końca i podziwiać ten zabytek spuścizny historycznej trojga narodów.

Warto jednak pomówić o ludziach, którzy dbają o tę spuściznę. Tak trafiliśmy do miejscowego farmera w Snowie, Nikołaja Radomana. Sam on nie lubi ani tego określenia, ani też gardzi samymi farmerami, bo uważa, że to na Zachodzie jest dobre, gdzie tradycje farmerskie kształtowały się przez stulecia.

— Farmerstwo u nas to przede wszystkim przykrywka dla komercji i handlu. Słowem, nigdy farmer kraju nie nakarmi — mówi krytycznie Nikołaja Radoman. Ale i dla farmerów daje on pole do popisu: „Niech hodują króliki albo strusie”.

Uważa natomiast, że tylko coś, czym on zarządza od kilku lat, może sprostać oczekiwaniom współczesnej konsumpcji na Białorusi. To „coś”, powstało po byłym kołchozie im. Kalinina. Dziś ten „kołchoz” jest faktycznie przedsiębiorstwem rolno-spożywczym, który nie tylko hoduje zboże, ziemniaki, buraki cukrowe jak też bydło i trzodę chlewną, ale też przerabia to na artykuły spożywcze i sprzedaje swoją produkcję w sklepach własnej sieci. W planach jest też budowa własnego supermarketu w Mińsku. Sporo też produkcji sprzedaje w ramach tzw. zamówień państwowych, resztę zaś eksportuje już po cenach wolnorynkowych i za dewizy, głównie do Rosji. Chociaż dyrektor nie przyznaje się, że ostatni kryzys mocno uderzył też w jego przedsiębiorstwo i ludzi tam pracujących, to jednak fakty są bezlitosne. Jeszcze niedawno bowiem, średnie wynagrodzenie pracownicze (np. dojarki) wynosiło około 1,5 mln tamtejszych rubli. W przeliczeniu było to prawie 1,5 tys. litów, dziś zaś, po dewaluacji białoruskiej waluty, wynosi to zaledwie 450 litów, przy tym, że ceny produktów i towarów stale idą w odwrotnym kierunku.

Przewodniczący „Snowu”, Nikołaj Radoman (w środku) i przewodniczący lokalnego komitetu wykonawczego w Nieświeżu, Iwan Krupko (zlewej), mogą godzinami opowiadać o swoim przedsiębiorstwie, tym bardziej że opowiadać mają o czym
Przewodniczący „Snowu”, Nikołaj Radoman (w środku) i przewodniczący lokalnego komitetu wykonawczego w Nieświeżu, Iwan Krupko (zlewej), mogą godzinami opowiadać o swoim przedsiębiorstwie, tym bardziej że opowiadać mają o czym

Nikołaj Radoman wierzy jednak, że te kłopoty niebawem miną i sytuacja ustabilizuje się, toteż nikt z około 1 800 pracowników przedsiębiorstwa nie ucieknie w poszukiwaniu lepszego życia. Na razie na korzyść „Snowa” i Snowa przemawiają relatywnie wysokie zarobki i niskie koszta utrzymania się w mieście, jak też powiedzmy full servis dla mieszkańców miasteczka. Bo oprócz podstawowych obiektów sfery socjalnej, jak szkoły, przedszkola, przychodni (nowoczesna, a najważniejsze bezpłatna dla miejscowych pracowników i mieszkańców) przedsiębiorstwo utrzymuje tu basen kryty, salę sportową i fitness oraz buduje halę sportową.

— Gdybym tu mieszkała, to codziennie chodziłabym do fryzjera — mówi jedna z koleżanek podróży na wieść, że zrobienie fryzury w miejscowym zakładzie fryzjerskim kosztuje… około 4 litów!!!

— Mamy tu wszystkie usługi i to bardzo tanie, a to nas bardzo cieszy. Wielu nam zazdrości z innych przedsiębiorstw. Mają co nam zazdrościć, bo jesteśmy najlepsi — mówi nam jedna z miejscowych pań towarzyszących naszej wizycie. — Zresztą jesteśmy tacy jedyni w okręgu — dodaje szczerze i nie wiem czy niepotrzebnie.

Mimo to cieszy sam fakt, że przynajmniej w Sownie ludzie mają dobrze, jak w tym powiedzonku „u baćki za piecem”.

Drugie przedsiębiorstwo — „Żdanowiczi”, które odwiedziliśmy na krótko, również robi wrażenie, nawet zdając sprawę z tego, że chyba w okolicach nie jest za wiele podobnych przedsiębiorstw.

Jest to przedsiębiorstwo państwowe i zajmuje się głównie hodowlą warzyw w szklarniach — ogórki, pomidory, papryka, a nawet trzmiele na potrzeby opylania kwiatów (podobno są bardziej pracowite niż pszczoły i mniej natrętne). Cała technologia jest sprowadzona z Europy, toteż odwiedzając szklarnie w „Żdanowiczi” można poczuć się niczym w Holandii. I choć hodowla warzyw w większości bazuje się tu na komponentach zagranicznych, to kierowniczka produkcji cieplarnianej przedsiębiorstwa, Wiera Tryntowa, przekonuje nas, że produkcja pod szkłem w miejscowych warunkach ma prawie 100-procentową rentowność. Dziwimy się, ale wierzymy na słowo. Zresztą, jaka by to produkcja odważyłaby się nie mieć takiej rentowności, gdy przedsiębiorstwu patronuje sam prezydent. Tymczasem Wiera Tryntowa szczerze dziwi się, dlaczego upadły szklarnie na Litwie, do których jeszcze w okresie sowieckim przyjeżdżała z kolegami i koleżankami, by zasięgnąć wiedzy i doświadczenia. Na wyjaśnienie, że się nie opłaca, stanowczo mówi, że jako specjalistka wie, że się opłaca. I znowu wierzymy, bo jej szklarnie nie leżą w centrum miasta, jak to miało miejsce w przypadku wileńskich. Życzymy więc gościnnym gospodarzom zakładów w „Żdanowiczi”, by widniejące na horyzoncie wieżowce Mińska jak najdłużej pozostawały jak najdalej od ich szklarń, by raptem nie okazało się, że i u nich nie opłaca się…

Pocz. w nr. 168
Cd. w kolejnym wydaniu magazynowym