Komu wszystko i więcej, a Polakowi — nic

165
— Właśnie tu nasz dziadek przed wojną miał kilkadziesiąt hektarów ziemi — mówi nam Czesław Kamiński Fot. Marian Paluszkiewicz

Gdyby państwo Kamińscy żyli w normalnym, demokratycznym kraju, przestrzegającym konstytucyjną zasadę nietykalności własności prywatnej, to chyba już nie musieliby do końca dni swoich troszczyć się o dobrobyt swój i swoich przyszłych pokoleń.

Potencjalnie mogliby bowiem założyć biznes rodzinny i pracując w nim pomnażać dorobek swój, jak też majątek i dobrobyt kraju. A ich dzieci i wnuki mogłyby pobierać naukę w najlepszych uniwersytetach świata, by po ich ukończeniu wrócić do domu i kontynuować pracę na rzecz swojej rodziny i kraju.

Niestety, państwo Kamińscy mieszkają na Litwie, w podwileńskich Gudelach i już prawie od 20 lat, odkąd istnieje niepodległe i ponoć demokratyczne państwo litewskie, muszą walczyć o każdy skrawek rodzinnego majątku przedwojennego, który to państwo litewskie — ponoć konstytucyjne — jeszcze im do końca nie odebrało.

— Właśnie tu nasz dziadek przed wojną miał kilkadziesiąt hektarów ziemi. Nic nie oddali, wszystko zabrali… — mówi nam Czesław Kamiński stojąc nad głębokim wąwozem.

„Tu” to połacie na obrzeżach wileńskich Karolinek, a głębokim wąwozem ma przebiegać trasa południowej obwodnicy Wilna.

— W normalnym państwie musieliby najpierw oddać zagrabioną przez sowietów ziemię jej prawowitym właścicielom, a dopiero potem, rozliczywszy się z nimi, mogliby  planować budowy. Ale nie to, że nie oddali, nawet słowem dobrym nie podziękowali, że tę naszą ziemię pod budowę zabrali! — rozpacza jeden ze spadkobierców przedwojennego majątku w podwileńskich Gudelach.

Zabrali, czy nie oddali (na jedno wychodzi), bo może papiery były nie w porządku? Jeszcze do niedawana była to bowiem ulubiona wymówka litewskich urzędników, w tym głów państwa, kiedy tłumaczyli swoim polskim kolegom, dlaczego na Litwie nie zwraca się ziemi Polakom. Okazuje się jednak, że „bumagi” Kamińskich są w porządku, nawet jak najbardziej.

— Nawet sami urzędnicy nieraz nam mówili, że nasze dokumenty na zwrot ziemi są najbardziej skompletowane i najmniej budzące wątpliwości w całym rejonie wileńskim — mówi nam Czesław Kamiński. Ale okazuje się, że nawet tak „porządne papiery” nie gwarantują, że miejscowi Polacy ojcowiznę swoją odzyskają.

Może więc pan Czesław czymś podpadł tym urzędnikom, dlatego złośliwie nie chcieli zwrócić ziemi? Okazuje się, że nie.

To tu, na obrzeżach wileńskich Karolinek ma przebiegać trasa południowej obwodnicy Wilna Fot. Marian Paluszkiewicz

— Nikomu tu nie zwrócili. Tam dalej — pan Czesław pokazuje na dalszy połać ziemi patroszony szczękami kilku potężnych koparek — ziemia Truchanowiczów. Im też nie oddali. Nikomu nie zwrócili, kto miał jakąś ziemię na trasie obecnej budowy — wyjaśnia podwileński Polak wciąż stojący na skraju przepaści, gdzie na dole buldożery i koparki tonami pochłaniają ziemię, jakby im mało było tego, że zabrali. Okazuje się bowiem, że państwo litewskie nie mogło zwrócić ziemi podwileńskim Polakom, bo od dawna planowano tu budowę strategicznego obiektu dla miasta — obwodnicy, która ma okalać Wilno wzdłuż jej zachodnich obrzeży. I wydawałoby się, że sprawa jasna, dlaczego ziemię Polakom nie oddano. To też potwierdzają nam w samorządzie, aczkolwiek mgliście o tym przypominają. Bo było to kilka lat temu, kiedy jeszcze powiaty funkcjonowały, których naczelniki ziemię zwracali, a najczęściej nie zwracali miejscowym Polakom. Powiatów już ponad rok nie ma, dlatego dziś nam nikt nie odpowie dokładnie, dlaczego — jeśli państwu Kamińskim ziemi w tym miejscu nie zwrócili, to czemu nie oddali w innym miejscu, albo chociażby zrekompensowali finansowo. Bo co, że Polacy?

Władze litewskie lubią powtarzać, że to niewłaściwy argument, bo chodzi o zwykłości prawne, a nie o narodowość pretendentów do ziemi. Dlatego — władze dalej tłumaczą — wszyscy: i Polacy i Litwini mają jednakowe problemy z odzyskaniem własności.

Czyżby jednakowe? Śmiemy wątpić. Jak też można wątpić, że zawiłości prawne stwarzają jakieś problemy. Otóż z naszych ustaleń wynika na odwrót — im większe zawiłości, tym łatwiej ich unikać.

Z materiałów, zresztą oficjalnych, do jakich dotarliśmy, wynika jednoznacznie, że na trasie planowanego przebiegu zachodniej obwodnicy, tam gdzie nie było prawowitych pretendentów do ziemi, administracja powiatu ochoczo parcelowała i zwracała ziemię tym, którzy poprzenosili ją z głębi Litwy pod Wilno (mniejsza o nazwiska tych nowych właścicieli, bo wiadomo i tak, że rzadko które z nich kończyło się na -ski, lub -wicz). Co więcej, ziemię tam — ale w żadnym przypadku nie tu, gdzie wciąż nad przepaścią wąwozu stoimy z prawowitym jej spadkobiercą — powiat zwracał nawet po tym, jak samorząd zwrócił się o powstrzymanie procesu restytucji praw własności na trasie przebiegu planowanej obwodnicy zachodniej. W konsekwencji, miasto, czyli my wszyscy podatnicy, musieliśmy za grube miliony odkupić te parcele albo oddać ich właścicielom równowartościowe parcele w innym miejscu Wilna. Jak wynika z dokumentów, do których dotarliśmy, w ten sposób „obłowiło się” co najmniej kilkadziesiąt osób, które przy szczodrej pomocy administracji powiatu w latach 2005-2007 przeniosły swoją ziemię skądś na trasę planowanej obwodówki. Co ciekawe, nikt, a tym bardziej któryś z państwowych organów praworządności wcale nie zainteresował się tym wyraźnie korupcyjnym, jeśli nie przestępczym procederem.

Może nikt nie wiedział?

Otóż nie, bo jak wynika z materiałów narad odbywających się w samorządzie m. Wilna, z udziałem ministrów i innych przedstawicieli rządu, włodarze stolicy nieraz alarmowali, że chociaż plan budowy obwodnicy został zatwierdzony jeszcze w 2005 roku, powiat jeszcze co najmniej przez dwa następne lata zwracał ziemię w miejscu przyszłej budowy drogi.

„Przejęcie na potrzeby publiczne zwróconych parceli nie tylko opóźnia proces budowy drogi, ale też staje się kilkusetmilionowym (sic!) obciążeniem dla miejskiego budżetu (budżet miasta wtedy wynosił zaledwie kilkaset milionów litów — przyp. red.). Zwracamy też uwagę, że po tym, jak Rada miasta Wilna zatwierdziła plan detaliczny zachodniej obwodnicy i dokładnie wytyczyła terytorium przyszłej drogi, na tym terytorium zwrócono kolejnych 16 parceli byłym właścicielom i ten proces nadal trwa” — w połowie 2007 roku samorząd Wilna apelował do rządu prosząc o kolejne dotacje na wykupywanie przeniesionych pod Wilno parceli. A tymczasem państwo Kamińscy, czy też Truchanowiczowie cierpliwie wciąż kompletowali papiery na zwrot ojcowizny i czekali na litewską sprawiedliwość, wierząc, że nie rozróżnia ona narodowości i każdego obdarza po równo i zgodnie z konstytucyjną zasadą — własność prywatna jest nietykalna.

A póki Kamińscy wierzyli w tę równość, państwo litewskie, na początek, oskubało na swoją korzyść potomków Józefa Kamińskiego z kilku hektarów, które zabrano im z tytułu mienia spadkobierców Józefa, którzy repatriowali do Polski. Bo według prawa litewskiego, takim spadkobiercom na Litwie nie należy się nic. Potem, nie powiedziawszy nawet „dziękuję” zabrało ziemię pod budowę drogi. Po 20 latach od początku starań państwu Kamińskim zwrócono dotychczas zaledwie kilka z kilkudziesięciu hektarów ojcowizny.