O Wilnie okiem „obcego”

157
Więc co do diabła robi tu szyld w języku Goethe'go, skoro odpowiednika w języku polskim nie wolno? Fot. Piotr Apolinarski

Chyba wszystkie miasta na świecie mają jedną i absolutnie wspólną cechę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zapyta Cię o pieniądze. Ba, ten przedmiotowy pieniądz burzy wszelkie granice, nawet te językowe.

Londyn, dwie i pół godziny lotu, kontrola paszportowa i jestem przed lotniskiem w Wilnie, celu mojej podróży, a ostatnio arenie polsko-litewskich sporów narodowościowych.

Próbuję sobie przypomnieć wszystko, co wiem o tym kraju, zamyślam się więc na chwilę, uparcie drążąc zakamarki mojej pamięci. Nagle orientuję się, że ktoś coś mówi i najwyraźniej to ja jestem celem pytającego. Coś po litewsku, pojęcia nie mam co. Odruchowo odpowiadam „Sorry, I don’t speak Lithuanian”. W odpowiedzi słyszę „OK, some change please?”. Mój kolega w międzyczasie tłumaczy, że mówię po polsku, na co nasz bohater łamaną polszczyzną pyta wprost: „Czy macie jakieś drobne?”. „Hmmm, niestety nie” — odpowiadam zgodnie z prawdą. I zapadam w przerwane mi rozmyślania, choć tym razem zupełnie innej natury.

Stolica Litwy powitała mnie pochmurnym niebem i smutnymi twarzami ludzi na ulicach. To chyba dwie pierwsze rzeczy, które zapadną w mojej pamięci. Miasto swoim obrazem przypomina o czasach, kiedy było jeszcze częścią Związku Radzieckiego, i z każdą chwilą utwierdzam się w przekonaniu, że wielu z jego mieszkańców chyba się z tym pogodziło. Litwa, będąca od pewnego czasu członkiem Unii Europejskiej, rysowała się w moich myślach jako kraj, w którym inwestycje z funduszy europejskich wyrastają jak grzyby po deszczu. Kraj, w którym akcesja do UE zmieniła nie tylko oblicze miast, ale również wartości i standardy społeczne. Dziwi mnie więc, jak to możliwe, że inne nowo przyjęte kraje członkowskie radzą sobie dużo lepiej w tej materii.

Mój przewodnik oprowadza mnie po Wilnie, odkrywając arkana lokalnej kuchni i pokazując perełki na turystycznej mapie tego miasta.

Nagle staję jak wryty. Przede mną w odległości zaledwie kilku metrów wisi zapraszająco szyld. Jakby nie patrzeć, w języku innym niż litewski. Chwila, moment, przecież od pewnego czasu śledzę uważnie szczegóły litewskiej krucjaty na rzecz ich języka ojczystego i nawet pewne jej argumenty jestem w stanie zrozumieć. Więc co do diabła robi tu szyld w języku Goethe’go, skoro odpowiednika w języku polskim nie wolno! Czyżby cel uświęcał środki, a może należy wręcz powiedzieć „po trupach do celu”?

Na to pytanie muszą odpowiedzieć chyba sami mieszkańcy krainy znad Willi. Dla mnie ten lingwistyczny puryzm zaczyna trącić hipokryzją, tym bardziej że mieszkam na emigracji w kraju, którego tolerancja jest rzeczą normalną, a tablice i szyldy istnieją w dwóch lub nawet kilku językach.

Moje pytanie brzmi: dlaczego Litwa tak bardzo dążyła do integracji z UE, skoro teraz swoimi działaniami udowadnia, że wartości wypracowane przez lata w innych krajach wspólnoty zdają się nie mieć tu prawa bytu? Czy wreszcie jest to część przemian młodej skądinąd demokracji, czy raczej działanie długofalowe? Mój ojciec zwykł mawiać „pożyjemy, zobaczymy” — czy i w tej sytuacji należy czekać, czy może znajdzie się ktoś, kto zakopie kość niezgody i wypracuje nić porozumienia?

Był czas na zwiedzanie i naturalnie przyszedł czas na odpoczynek. Wieczorem wybrałem się z moim przewodnikiem do jednej z wielu w tej części miasta restauracji. Z litewskim jadłem i napitkiem zaskoczyła mnie również wystrojem i klimatem. Zdecydowałem się na tradycyjny litewski przysmak przy kuflu z miejscowego browaru. Składając zamówienie, okazało się, że przemiła pani kelnerka włada litewskim, polskim i angielskim (sic!) podczas gdy politycy, również i ci, którzy tak usilnie psują relacje pomiędzy naszymi narodami, potrzebują zwykle tłumacza, ot choćby podczas sesji parlamentu europejskiego. Chciałoby się rzec „O tempora, o mores”, ale zachowawczo napiszę tylko, że historia lubi się powtarzać.

Czy kolejny raz zwyczajni obywatele stali się piłeczką w rozgrywkach kapryśnych włodarzy? Przecież ich kadencje kiedyś się skończą, przyjdą inni, a niesmak pozostanie. Tylko dlaczego i po co jak zwykle normalni, szarzy ludzie cierpią z powodu niezrozumiałych działań polityków?

Piotr Apolinarski