Okradani z ziemi po raz „enty”

639
Kazimierz Wołodko czuje się pod presją urzędników służby ziemskiej Fot. Marian Paluszkiewicz

Polacy Wileńszczyzny może niekoniecznie dobrze znali prawo rzymskie czy inne konstytucje, ale zawsze wiedzieli, że nikt nie ma prawa zabrać im ziemi krwią i potem praojców zroszoną.

Wiedzieli to z natury. Z nakazu Bożego — nie kradnij i nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego. Dlatego bogobojnie pielęgnowali ten zwyczaj, przecież wszechmocą prawem na ziemi ustanowiony.

Byli wierni temu zwyczajowi nawet pod okupacją sowiecką, kiedy im ziemię znacjonalizowano i samych razem z ziemią do kołchozów zabrano.

Nawet wtedy, gdy w kołchozach przyznawano im po kilkadziesiąt arów na poczet działki przyzagrodowej i kiedy mogli te działki wybierać w dowolnym miejscu, na najbardziej żyznych glebach, to zawsze wybierali w miejscu byłej ojcowizny, nawet jeśli ta gleba piaskiem była zwyczajnym. Nikt nie ośmielał się pójść na ziemię sąsiada, nawet jeśli „priedsiedatiel” kołchozu do tego nakłaniał i zmuszał. Nie ośmielali się, nawet tymczasowo, po cudze sięgnąć.

Wiedzieli, że prawo do własności jest wieczyste, władza sowiecka zaś — niekoniecznie. Dlatego, po cichu, często po nocach oprowadzali swoich potomków po polach kołchozowym zbożem zasianych, bez nawigacji satelitarnych wskazując dokładnie, gdzie kopiec wyznaczający granicę ich ojcowizny „przed sowietami stał” i po nich ma stać. Nawet wtedy i nawet w koszmarnych snach Polacy Wileńszczyzny nie przypuszczali, że kiedykolwiek, ktokolwiek im ojcowiznę na zawsze zabierze. I nie wierzyliby dalej, aż przyszła na Litwie demokratyczna, niepodległa i ponoć prawem stanowiona władza.

Renata Cytacka

— Więc, który raz Polacy Wileńszczyzny będą okradani z ojcowizny? — pytamy wprost Renatę Cytacką, sekretarz samorządu rejonu wileńskiego, która od lat zajmuje się problematyką zwrotu ziemi. Pytamy w kontekście nowelizacji, kolejnej zresztą, „Ustawy o restytucji praw własności do pozostałości nieruchomości obywateli Republiki Litewskiej”.

Nowelizacja weszła w życie z dniem 1 lutego i przewiduje możliwość rekompensaty pieniężnej za niezwróconą ojcowiznę. Zmiana zakłada, że tzw. pretendenci, którzy jeszcze nie otrzymali zwrotu znacjonalizowanej ziemi w naturze, czy zabrany majątek nie został im zrekompensowany w inny sposób przewidziany w ustawie, mogą ubiegać się o rekompensatę pieniężną.

— Trudno dokładnie policzyć — odpowiada nieco speszona pytaniem prawniczka. Bierze jednak kartkę papieru i zaczyna liczyć. Nic jednak nie wychodzi. Zabrakło kartki i palców na rękach.

— Faktycznie cały proces zwrotu ziemi na Wileńszczyźnie jest jednym wielkim okradaniem miejscowej ludności z ich ojcowizny… — wreszcie mówi zrezygnowana. I dodaje, że nowelizacja zakładająca rekompensaty pieniężne za niezwrócony majątek jest kolejnym w świetle prawa sposobem na obdarcie litewskiego Polaka z jego ojcowizny.
— Bo Polacy są okradani w pionie i poziomie, czyli na podstawie ustaw i aktów prawnych, jak też w sposób nieoficjalny — tłumaczy Cytacka. I wyjaśnia, że dotychczas nie został ukrócony proceder kupowania wniosków przyznających prawo własności do ziemi, aczkolwiek bez ziemi. Bo tej zwyczajnie brakuje.

„Kurier” już niejednokrotnie opisywał ten bandycki sposób przejmowania od Polaków Wileńszczyzny niezwróconej nieruchomości. Mechanizm jest prosty — były właściciel otrzymuje wniosek o przyznaniu mu prawa własności do ziemi, ale nie otrzymuje tej ziemi, bo jej albo już zabrakło, albo jest zajęta. Pojawiają się „kupcy” (dotychczas nikt nie ustalił, skąd otrzymują wszystkie namiary, łącznie z numerami telefonów, właścicieli), którzy proponują szybko i sprawnie załatwić zwrot ziemi w zamian za odstąpienie połowy, albo i więcej (zależy od miejsca i wartości rynkowej ziemi do odzyskania). Wielu ludzi, wykończeni trwającym już 20 lat chodzeniem po urzędach, zgadzają się na takie warunki i podpisują wszystko, co im owi „kupcy” podsuną. W końcu, wielu z nich pozostało z ochłapami ojcowizny albo wcale bez niej, bo całość przejęli „dobroczyńcy”.

— Zastanawiające jest to, że prokuratura, czy inne instytucje praworządności wcale nie reagują na ten grabieżczy proceder — zauważa Renata Cytacka.

Ale wracamy do podliczania.

— Więc jeśli nie możemy już dokładnie podliczyć, ile razy Polacy zostali już okradzeni z ojcowizny, to może policzmy, ile tym razem mogą stracić na kolejnej grabieży? — proponujemy Renacie Cytackiej. Prawniczka znowu sięga po kartkę papieru i znowu zaczyna liczyć. Po jakimś czasie znowu rezygnuje z powodu braku miejsca na papierze.

— Wiemy jedynie, że rekompensata będzie naliczana na podstawie postanowienia rządu jeszcze z 1999 roku i według zawartej w niej metodyce obliczania wartości ziemi. Metodyka ta w żadnym przypadku nie odzwierciedla jednak dzisiejszej realnej ceny majątków — zaznacza Cytacka.

Po dłuższym kombinowaniu wychodzi nam w końcu, że za hektar niezwróconej ziemi w Wilnie państwo będzie gotowe zapłacić (w zależności od położenia działki) od kilku, do kilkunastu tysięcy litów… za hektar! Tymczasem według ceny rynkowej, tyle w Wilnie kosztuje 1 ar. A więc litewscy Polacy znowu zostaną oskubani z grubych miliardów, czyli z dobrobytu, dobrego wykształcenia dla swoich dzieci i wnuków, rozwoju gospodarczego?

— Wychodzi, że tak! — mówi nam Kazimierz Wołodko z Niemenczyna. Siedzi właśnie nad lekturą listu, jaki na początku lutego (zadziwiająca operatywność!) otrzymał z Narodowej Służby Ziemskiej, która teraz zajmuje się (nie)zwrotem ziemi na Wileńszczyźnie. W liście urzędniczka Anželika Rastenienė zachęca pana Kazimierza, żeby nie zwlekał i jak najszybciej złożył podanie o rekompensatę za niezwróconą ziemię. Ma z tym zdążyć do czerwca. Więc zastanawia się, co ma począć, bo po 20 latach ubiegania się o swoje, już nie wierzy, że kiedykolwiek odzyska swoją ojcowiznę. Boi się też, że jeśli nie napisze podania do czerwca, to potem w ogóle nic nie otrzyma. A tymczasem Rastenienė zachęca go, że wszystko to robi się dla jego dobra.

Przeczucie starego wilniuka mówi, że kłamie, bo skąd raptem taka troska o jego dobro, skoro przez 20 lat jej nie było.
„Informujemy, że dążąc do przyśpieszenia procesu restytucji praw własności do ziemi w miastach oraz chcąc jak najszybciej wywiązać się ze zobowiązań wobec obywateli, Sejm Republiki Litewskiej zmienił »Ustawę o restytucji praw własności do pozostałości nieruchomości obywateli Republiki Litewskiej«… (…)” — pisze urzędniczka do Wołodki.

Władze Litwy wymyśliły kolejny sposób na okradzenie Polaków Wileńszczyzny Fot. Marian Paluszkiewicz

A on swoje. Podejrzewa, skąd też taka życzliwość Sejmu, skoro wcześniej zmieniał on ustawy tylko po to, żeby oskubać swoich obywateli polskiego pochodzenia z ziemi, a teraz chce o nich zadbać. Okazuje się, podejrzewa nie bez powodu. Państwo mu powinno zwrócić jeszcze prawie 2,4 ha ziemi w podwileńskim Antowiliu (wcześniej zwróciło mu 12 arów, ale w 4 kawałkach fantastyczno-geometrycznej konfiguracji i na dodatek, jako współwłasność jeszcze z kilkoma właścicielami w jednym kawałku ziemi).

Jeśli więc Kazimierz Wołodko podda się namowom urzędniczki i zgodzi się na rekompensatę pieniężną i jeśli metodyka wyceny wartości gruntów z 1999 roku nie zostanie zmieniona (a nic nie wskazuje na to, że zostanie zmieniona, chociażby dlatego, że podania będą składane przy obowiązującej metodyce), to pan Kazimierz może liczyć najwyżej na 30 do 50 tys. litów rekompensaty za swoje 2,4 hektara. Tymczasem co najmniej dwa razy tyle kosztują zwróconych mu 12 arów, nawet w 4 kawałkach i przy kilku współwłaścicielach. Nie trudno więc obliczyć, że jeśli więc państwo przekona pana Kazimierza i ten się podda, to skarb państwa zaoszczędzi na tym co najmniej parę milionów litów. Czyż nie stąd wywodzi się ta uprzejmość urzędniczki i troska Sejmu o interesy Kazimierza Wołodki?

Okazuje się, że i na tym się jeszcze nie kończy okradania podwileńskiego Polaka. Bo jeśli pan Kazimierz w naiwności swoje, czy w obawie, że zostanie z niczym, podpisze podanie o rekompensatę, to nawet tych 30-50 tysięcy nie otrzyma natychmiast ani za rok, czy dwa. Narodowa Służba Ziemska ogłosiła sprytnie, że rekompensata zostanie wypłacona w całości, jeśli wynosi mniej niż (sic!)… 1 000 litów! Czyli pan Kazimierz musiałby czekać na ewentualne ostateczne rozliczenie się z nim skarbu państwa kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat? Cóż, jeśli się zgodzi, to daj mu Boże zdrowia i długich lat życia.

— Na pewno nie należy spieszyć z tym podaniem, bo państwo ma obowiązek wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec obywateli i będzie musiało to zrobić, i musi to zrobić w sposób sprawiedliwy, niekrzywdzących swoich obywateli — mówi nam Renata Cytacka. I zauważa, że osoby, wobec których państwo ma zobowiązania majątkowe, mogą na razie skorzystać z innych sposobów rekompensaty. Wyjaśnia, że jest 5 takich sposobów, ale większość z nich są raczej formalne, bo trudne, wręcz niemożliwe do zrealizowania.

— Właściciele, którzy nie otrzymali ziemi w całości, mogą ubiegać się o przydzielenie w ramach rekompensaty parceli pod budowę domu o powierzchni do 12 arów — tłumaczy nam Cytacka.

Tymczasem urzędnicy w służbie ziemskiej tłumaczą nam, że to jest możliwość raczej teoretyczna, bo podobno Wilno nie ma takich parceli i mieć nie będzie.

Jarosław Kamiński

— To nieprawda — zapewnia nas wicemer Wilna Jarosław Kamiński. I dodaje, że miasto nie wycofało się z formowania działek w ramach rekompensaty za niezwrócony majątek. O tym byli poinformowani też urzędnicy służby ziemskiej, więc wicemera zaskakuje ich zachowanie się.

Nas nie, bo znowu liczymy i ustalamy, że wypłacanie pieniężnych rekompensat za niezwrócony majątek będzie odbywało się z funduszu zasilanego ze (sic!) sprzedaży aukcyjnej (czyli według ceny rynkowej) wolnych lasów państwowych i ziemi.

— Owszem zostały ogłoszone dwa przetargi na sprzedaż lasów państwowych w centralnej Litwie, ale raczej niewiele za nie można otrzymać. Tymczasem najdroższa ziemia jest właśnie w Wilnie — zauważa Renata Cytacka.
Nie dziwi więc aktywność urzędników w nakłanianiu byłych właścicieli do przyjęcia rekompensaty pieniężnej, bo sprzedając chociażby wolną ziemię w Wilnie (a takiej jest około 70 hektarów, aczkolwiek niektórzy eksperci oceniają, że ziemi tej w Wilnie jest nawet kilkakrotnie więcej, tylko jest ona skrzętnie ukrywana), służba ziemska z łatwością pozyska środki, aby pokryć „zobowiązania państwa wobec swoich obywateli”, a przy okazji jeszcze nieźle zarobi dla państwa.

Jak wynika z obliczeń, do rozliczenia się z właścicielami ziemi według obowiązującej metodyki, państwo powinno wyasygnować około 320 mln litów. Tymczasem wartość rynkową nieodzyskanych majątków szacuje się nawet na 40 mld litów. Co najmniej większa część tej sumy stanowi właśnie wartość, z której Polacy Wileńszczyzny zostaną ograbieni. Po raz kolejny. Powiedzmy „enty”.