Z dziejów wileńskiego harcerstwa: Słowo o wileńskich harcerkach

Wioślarstwo i kajaki — pokonane szlaki Niemna, Werek, Zielonych Jezior Fot. archiwum osobiste

Wybuch drugiej wojny światowej nie przeraził harcerek i harcerzy, odwrotnie wyzwolił olbrzymi zapał do społecznej pracy i wiarę w zwycięstwo Polski. Zrywałam kwiaty w ogródku przydomowym, aby je rzucić pod żołnierskie buty, oddziałów maszerujących na wojnę.

Pierwszy Pułk Piechoty Legionów maszerował ulicą Kalwaryjską, prowadzony przez dowódcę pułku pułkownika Kazimierza Burczaka. Orkiestra wojskowa grała marsza „My pierwsza brygada, strzelecka gromada”. Kopano schrony przeciwlotnicze przy Kalwaryjskim Rynku — blisko mnie, mieszkałam na Łosiówce. Pełniłam dyżury w szkole nr 7 koło cerkwi, rozdawałam ulotki i udzielałam instrukcji jak używać maski przeciwgazowe, aby uchronić się przed zabójczym gazem „iperytem”. Wieczorami z kolegami pilnowałam obowiązku zaciemniania okien w mojej okolicy. Pierwsze dni września 1939 pozostały w pamięci jako ciepła pora, z nocnym niebem ozdobionym tysiącami gwiazd.

Zaskakujące wejście bolszewików do Wilna było ciosem, po którym rana do dzisiejszego dnia nie może się zagoić. Jakbym nagle ociemniała, jakbym nie mogła trafić do własnego domu. Bardziej przeczuwałam niż rozumiałam, że coś się skończyło. Ale trzeba było walczyć o lepsze jutro. Nie przerywaliśmy harcerskiej pracy, której energicznie przewodziła druhna Janina Hlebowiczówna. Z oddaniem opiekowaliśmy się rannymi i bezdomnymi żołnierzami września. Mój podopieczny był pacjentem wojskowego szpitala na Antokolu. Pochodził z Warszawy, w Wilnie nikogo nie znał, bardzo chciał powrócić do swojej rodziny. Po zakończonej kuracji mama zaprosiła go na obiad do naszego domu, wręczyła mu porządne cywilne ubranie i złoty pierścionek na koszty podróży. Udało się szczęśliwie — około Bożego Narodzenia przyszedł od naszego żołnierza list z Warszawy.

Wcześniej, w październiku, kolejna zmiana władzy, do Wilna weszli Litwini, którzy dogadali się ze Stalinem.
Policja litewska i „szaulisi” — z prohitlerowskiej organizacji młodzieżowej wzorowanej na Hitlerjugend, demolowali polskie symbole, nazwy ulic, zrywali tabliczki z urzędów i instytucji.
Nas — młodzież szkolną, napastowali na ulicach za noszenie orzełków i mówienie po polsku. W niedługim czasie zaszły zmiany w szkole: wyrzucono polskich nauczycieli, a na ich miejsce przyszli niekompetentni Litwini, oczywiście stali się przedmiotem drwin. Wybuchł strajk szkolny we wszystkich wileńskich placówkach.
Za radą druhny Hlebowiczówny przebrałam się w mamy kostium i koło Zielonego Mostu rozdawałam ulotki. Wieczorem nowe władze zorganizowały na ulicy Mickiewicza (obecnie Gedimino prospektas — red.) potężną łapankę. Pojmano dziesiątki ludzi, miałam szczęście, wyrwałam się z rąk żołnierza i uciekłam. Ten ciemny okres upamiętnił się częstymi manifestacjami młodzieży polskiej, które najczęściej miały miejsce na cmentarzu Rossa przy Mauzoleum Marszałka Józefa Piłsudskiego. Rozpoczyna się działalność konspiracyjna na rzecz odzyskania niepodległości. Samorzutnie powstają grupy oporu, zajmujące się gromadzeniem i przechowywaniem broni, między innymi pozostawionej przez polskie oddziały przechodzące do obozów internowania na Litwie i Łotwie we wrześniu 1939. Obowiązki harcerskie wykonywałam zgodnie z tradycją i przed Dniem Wszystkich Świętych porządkowałam żołnierskie groby na Rossie i cmentarzu wojskowym. Szczególną opieką otaczałam grób Andrzeja Chilewskiego — harcerza, który poległ w 1920 roku podczas walk o wyzwolenie Wilna.

11 listopada 1939 roku przy Mauzoleum Józefa Piłsudskiego odbyła się manifestacja patriotyczna młodzieży, którą zaatakowało litewskie wojsko i policja na koniach. Próbowano nas rozgonić kilkakrotnie, ale rozproszeni po lesistych i pagórkowatych terenach cmentarza, zbieraliśmy się ponownie w innym miejscu. Przyrzekliśmy tłumnie na pamięć Marszałka walczyć o wolność Polski. Harcerstwo działało coraz intensywniej, konspiracyjne zbiórki odbywały się w mieszkaniu druhny Hlebowiczówny przy ulicy Wiwulskiego 8, a także przy ulicy Wileńskiej i na Zarzeczu w domu Ninki Mieczkowskiej, która wywodziła się z zastępu „Żurawie”.

W wigilię 1939 r. pod kierunkiem druhny Hlebowiczówny wystawiliśmy Jasełka, w której występowałam z Jolą Jankowską i Anką Pawłowską. Po występie śpiewaliśmy kolędy i dzieliliśmy się opłatkiem. Ostatnie lekcje w Gimnazjum Kupieckim, w którym byłam w ostatniej klasie, miały miejsce 26 maja 1941 roku. W tym czasie, w czerwcu, Rosjanie na dużą skalę rozpoczęli aresztowania i deportację ludności polskiej. Po ulicach jeździły samochody ciężarowe, w których — twarzami na podłodze — leżeli sterroryzowani ludzie.

Szarża II Drużyny Wileńskiej. Kolonia Kolejowa 17. V. 25 r. Fot. archiwum osobiste

23 grudnia w przeddzień Bożego Narodzenia 1941 pachnące jedliną i świeżymi śleżykami mieszkanie Ninki Mieczkowskiej, stało się azylem polskości. Anioł na szczycie choinki miał biało-czerwoną sukienkę, na amarantowych bombkach srebrzyły się orzełki, biało-czerwone kokardki rozrzucone po świerkowych gałązkach były symbolem naszych okupacyjnych tęsknot i nadziei. Głodna, w dziurawych butach, dzieliłam się opłatkiem i miałam tylko jedno pragnienie: aby następna wigilia była w wolnej Polsce. Z druhnami Szarych Szeregów, pod kierunkiem Janiny Hlenowiczówny, składałam harcerskie przyrzeczenie, stojąc obok Ninki Mieczkowskiej i Anki Pawłowskiej.
Serce aż skoczyło mi do gardła, łamał się głos, gdy za druhną Jasią powtarzałam: „Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce”.

Na mojej piersi widniał harcerski krzyż: cztery ramiona połączone słowem „czuwaj”. Śpiewałyśmy kolędy i pieśń „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Nie było wesołych zabaw i opychania się smakołykami, ale pod choinką musiały znaleźć się prezenty i to nie byle jakie! Na białych, zwiniętych karteczkach widniały wiersze, cytaty, życzenia. Na mojej przeczytałam: „Będziemy pracowały nad sobą z myślą o wolnej Polsce i jej przyszłych obywatelach. Będziemy pracowały dla Polski, która tak bardzo potrzebuje naszej pomocy”.
Drżały nam dłonie, wilgotniały oczy, ale postawiłyśmy na swoim, harcerska wigilia odbyła się na przekór złu ze swastyką, dla podtrzymania wiary w lepszą przyszłość, pomimo zakazów okupanta, grożących karą śmierci.
Poza opieką nad grobami polskich żołnierzy, do stałych obowiązków należało obchodzenie rocznic takich jak: 3 maja, 11 listopada, 12 maja (rocznica śmierci J. Piłsudskiego), 6 sierpnia (wymarsz Pierwszej Kompanii Kadrowej). Uroczystości związane z tymi datami, przeważnie odbywały się w kościele św. Jerzego. Msze celebrował ksiądz Sylwester Małachowski, filozof i teolog, który pozostał w Wilnie po włączeniu do ZSRR. Pamiętam jego ostatnie słowa:
„Ktoś tu musi zostać, aby pilnować języka polskiego i polskich grobów. Wy, młodzi, musicie przetrwać, aby kiedyś tu do nas powrócić. My zawsze będziemy na was czekać”.

Dla zamanifestowania polskości przypinaliśmy do klap płaszcza biało-czerwone kokardki, rzucaliśmy przez mur kwiaty na czarną płytę z napisem „Matka i serce Syna”. W prywatnych mieszkaniach odbywały się spotkania, na których wygłaszano odczyty, czytano wiersze i podziemne wydawnictwa. Jako harcerki dostarczałyśmy pod wskazane adresy ciepłą odzież i paczki żywnościowe. Pod osłoną nocy malowałyśmy na murach czarną farbą słowo „Wawer”, które było kryptonimem antyhitlerowskiej organizacji młodzieżowej, nazwanej od miejscowości Wawer pod Warszawą, gdzie Niemcy rozstrzelali 107 Polaków. Malowano też inne symbole Polski Walczącej — zwłaszcza „kotwicę”. Pod murem więzienia na placu Łukiskim zbierałyśmy wyrzucane przez więźniów grypsy, w których najczęściej proszono o chleb, cebulę i papierosy, a także o powiadomienie rodziny, że więźniowie żyją. Do mieszkania druhny Hlebowiczówny często zaglądałam, przynosząc tekturowe paczki. Nosiłam meldunki dosyć daleko, za rzekę Niemen, którą przepływałam promem. Docierałam do leśniczówki, gdzie zetknęłam się z mężczyzną o złej opinii wśród miejscowej ludności, z którym miałam przykre przejście — o czym powiadomiłam druhnę Janinę. Na jej reakcje nie długo czekałam. Wybrała się do leśniczówki, a po powrocie wezwała mnie do siebie. Powiedziała:

„Mów mi druhno Jasiu i już ani słowa o leśniczówce”. Meldunki ukryte we włosach, nosiłam w inne miejsce do Puszczy Rudnickiej. Ukrywałam je w wyrwie kamiennego nagrobka powstańca z 1863 r. W 1943 r. byłam tam z Anką. Nie przypuszczałam, że za rok, w 1944 pójdę tą samą drogą, lecz jako partyzantka VII Brygady AK „Wilhelma”.

Wspomnienia dh. Teodozji Mrukówny-Piaskowskiej