Marian Paluszkiewicz. Fotoreporter z duszą artysty

Marian Paluszkiewicz podczas dobierania prac na wystawę Fot. Brygita Łapszewicz
Marian Paluszkiewicz podczas dobierania prac na wystawę Fot. Brygita Łapszewicz

Kłębiące się nad dzwonnicą wileńską chmury rozświetla słońce, które „wcisnęło się” między stare wileńskie budowle — symbole naszego grodu, który nie zważając na lata, wieki, przemiany — jest ciepły, przytulny i tak bliski.

Dla wielu. W tym też dla autora tej nadzwyczaj artystycznej pracy fotograficznej — jednej z ponad siedemdziesięciu, które można obecnie obejrzeć w wileńskim Domu Kultury Polskiej na pierwszej wystawie autorskiej znanego na Litwie fotoreportera Mariana Paluszkiewicza, naszego kolegi redakcyjnego, w pokazie fotograficznym pt. „Litwa w obiektywie Mariana Paluszkiewicza”.
Piszemy pierwszej, bo autorskiej, chociaż faktycznie już kilka razy wystawiał swe prace wraz z innymi polskimi fotografikami pracującymi na Litwie.

Liczbą wystaw nie zadziwi, ale nie ma bodajże żadnego Polaka na Litwie, który by się nie zetknął z jego pracami, pracami będącymi udokumentowaniem codziennego życia Litwy, ludzi, rzemiosł artystycznych itd. itp.
Jest świetnym obserwatorem. Potrafi zauważyć to, czego wielu z nas, niestety, nie widzi. Widzi urok starego bierwiona, na którym się zatrzymała kropla deszczu — jak ta łza za przeszłością, czasami tak bezmyślnie poprzez zburzenie utraconą.
Widzi piękno Wileńszczyzny w jej kiermaszach, nie tylko tych kaziukowych, na których to można dostrzec czasami jakże już dziś zabytkowe do niedawna wyplatane ręcznie kosze wiklinowe. Takie, jakie to pleciono prawie w każdej wsi. Widzi piękno w straganach rynku Kalwaryjskiego, „słyszy” grajka ludowego, który przycupnął ze swym akordeonem w Szydłowie…

Ale dla niego najładniejszy obraz wsi podwileńskiej tkwi na pewno w rodzinnych Stanowiszczach, co to niedaleko Turgiel leżą. I jak tylko trasa reporterska wiedzie w te strony, stara się choć na chwilę wstąpić do murowanego domku tuż pod laskiem, by samotnie mieszkającą dziś mamę ucałować.
Na szczęście ziemia rodzinna nie leży odłogiem. Brat uprawia, on z rodziną też pomaga. Więc nic dziwnego, że oglądając zaorany ugór na zdjęciu Mariana odnosi się wrażenie, że pachnie on ziemią.

Kiedy się zaczął interesować fotografiką, dokładnie nie pamięta, ale kiedy już jako uczeń klasy X zaczął uczęszczać do kółka fotograficznego, jakie utworzono w Szkole Średniej w Turgielach, do której chodził — był doświadczonym na tle początkujących, miał już aparat „Smena 8M”, no i sporą wiedzę o tej dziedzinie. Znał doskonale swój sprzęt i dobrze wiedział, co z nim zrobić. Jak działa światło, jaka ma być kompozycja, no i jak się zdjęcia wywołuje. Bo przecież były to czasy fotografii czarno-białej, czyli analogowej.
Ten pierwszy aparat pozostał u niego we wspomnieniach jako chyba najdroższy prezent w jego życiu. Jak na owe czasy był to wydatek dla rolnika dosyć spory. Może tam ktoś z wiejskich i podśmiewał po cichu, że nie oszczędzają, że zadowolili zachciankę dziecka. Rodzice wiedzieli, jak chłopak do tego się garnie, a on docenił ten dar, bo wiedział i wie, że rodzice dali nie tylko pieniądze, ale i rąbek własnego serca.

Zbierał wiedzę do swej młodej głowy, skąd tylko mógł: z radia, gazet, czasopism. I szykował się do zrealizowania swego marzenia. Zostania… operatorem filmowym. Ale doskonale wiedział, że taki zawód można zdobyć tylko w Moskwie. Napisał nawet list z zapytaniem o warunki przyjęcia do Wszechzwiązkowego Instytutu Kinematografii, który na owe czasy był najbardziej prestiżową uczelnią w całym Związku. Owszem, odpowiedź otrzymał, ale wtedy zrozumiał, że nie wytrzyma konkurencji — on, nikomu nieznany chłopak z Wileńszczyzny, bez znajomości, protekcji, ze swym skromnym aparatem fotograficznym.

Cząstka Wilna widzianego przez naszego fotoreportera–artystę Fot. Marian Paluszkiewicz
Cząstka Wilna widzianego przez naszego fotoreportera–artystę Fot. Marian Paluszkiewicz

Spasował. Ale na wsi nie został. Po zdobyciu matury przyjechał do Wilna i jako szesnastoletni chłopak (bo do szkoły poszedł jako sześciolatek) rozpoczął pracę w Projektowo-Konstrukcyjnym Biurze Meblowym przy ulicy Smoleńskiej. Pracował w laboratorium w charakterze asystenta operatora filmowego — szykował foldery o meblach.
A potem służba wojskowa. 12 tysięcy kilometrów od Wilna, na Dalekim Wschodzie, trzy kilometry od granicy chińskiej.
Kiedy czasami w redakcji zaczyna się dyskusja o tych latach niby niepotrzebnie spędzonych — Marian nigdy nie narzeka i zawsze mówi: „Dla każdego mężczyzny taka szkoła jest konieczna”. A że było to tak daleko, no to czasy były takie. Tam, w wojsku, dał się poznać również jako fotografik.
Po powrocie do Wilna zaczął pracować na budowach, w charakterze tynkarza. Jak sam mówi, z najzwyklejszej racji — trzeba było myśleć o życiu, jak zarobić na mieszkanie, no i na rodzinę.
A ta dla niego — żona Danuta, jak też trójka dzieci: Andrzej, Sławek, Jola — zawsze była i jest bardzo ważna.
Niby na pierwszy rzut oka surowy i wymagający do dzieci — takie wrażenie odniesie człowiek, kto go nie zna. Ale my, pracujący obok, wiemy, jaką miłością obdarza każdego członka swojej rodziny, jak dbał, by dzieci naukę ukończyły, zawody zdobyły.

Andrzej już własną rodzinę założył, Sławek jeszcze jest z rodzicami, no, a najmłodsza pupilka Jola — obecnie studiuje na polonistyce  Uniwersytetu Warszawskiego.
Jest bardzo wymagający i względem siebie. Żartujemy, że wracając z każdego prawie zadania redakcyjnego mówi sakramentalne: „Nic nie mam”. A po chwili zadziwia nas widokami, które utrwalił swoim aparatem, które zauważył będąc obok nas. Na przykład tego prezentowanego na wystawie portretu rolnika — prawdziwego gospodarza z taką czcią i taką oszczędnością krającego na skromne kawałeczki, jak ten opłatek, duży bochen razowca.
A te kontrasty supernowoczesnego obserwatorium i niedużej cieplarni pod folią, gumowych opon na cmentarzu wiejskim, współczesnej kobiety wiodącej kozę…
72 utwory fotograficzne. Jaki to mały skrawek jego pracy. Ile w ciągu życia zrobił zdjęć? Dokładnie nie wie, ale tylko na dyskach ma zapisanych… 300 tysięcy!

A gdzież jeszcze jego fotografia analogowa, te wyprawy śladami Sienkiewiczowskiego „Potopu”, kiedy to wraz z koleżanką redakcyjną Alwidą Bajor przewędrował całą Litwę — od Birż do Bałtyku. I całą Laudę. A to tylko jedna wyprawa z wielu.
Każdy z nas, dziennikarzy, zawdzięcza mu także sukces swego reportażu, wywiadu, szkicu, bo udane zdjęcie jest nie mniej ważne od tekstu.
Ileż to razy podsuwa nam temat, bo wie, co ludzi interesuje, czym żyją, bo przecież nie ma miejscowości, nie ma szkoły, szczególnie na Wileńszczyźnie, której by ze swym aparatem nie odwiedził. Od lat już cyfrowym, który m. in. miał jako pierwszy fotoreporter na Litwie, wzbudzając zainteresowanie i podziw kolegów z innych wydań.

Czasami wraca wspomnieniami do tego okresu, kiedy to na ulicy wileńskiej przypadkowo spotkał swego kolegę z Technikum Technologi, które ukończył między innymi z wyróżnieniem. Czyli, Tadeusza Ważniewicza, który pracował u nas, w jedynej polskiej gazecie, i ten mu powiedział: „Jest wolne miejsce fotoreportera, spróbuj”.
Pokazał kilka prac naczelnemu „Kuriera”. Od razu został przyjęty. Naczelny zauważył, że jest nie tylko świetnym fachowcem, ale że posiada duszę artystyczną, dzięki czemu w jego fotografiach doskonale widać to, co chce przekazać odbiorcy, umie wyrazić swoje odczucia i emocje. A to potrafi tylko człowiek, który się urodził z talentem.
Od tego też dnia — poprzez codzienną pracę — prezentuje je najwierniejszemu odbiorcy — czytelnikowi „Kuriera Wileńskiego”.
Helena Gładkowska