Wileńszczyzna: rocznice zaprzepaszczonych szans

264
31_styczen_front_1
O jednostce administracyjnej na Wileńszczyźnie zapomniano na długie lata Fot. Marian Paluszkiewicz

29 stycznia litewski Parlament niespodziewanie sprawnie uchwalił regulację praw mniejszości narodowych, która spełnia szereg polskich postulatów, m. in. w zakresie używania języka ojczystego w urzędach i w nazewnictwie topograficznym oraz dopuszcza pisownię polskich nazwisk w litewskich paszportach.

Co więcej, Parlament przyjął też specjalną uchwałę, która reglamentuje wyodrębnienie Wileńszczyzny — jako jednostki samorządowej — na której terenie mniejszościom narodowym gwarantuje się szereg praw. Niestety, wydarzenie to, choć prawdziwe, miało miejsce w roku 1991.

Dziś, po 24 latach po przyjętej wówczas uchwale nie zostało nawet śladu. Uchwalona wtedy nowa redakcja Ustawy o Mniejszościach Narodowych była długo stawiana jako wzór do naśladowania przez inne państwa. Na Litwie przez lata pozostawała również wzorem i tylko wzorem, którego nigdy nie spełniono.
W 2010 roku ustawa ta została wreszcie wyjęta z obiegu prawnego i trafiła do archiwum wygasłych akt. Żywot uchwały o odrębnej jednostce administracyjnej był jeszcze krótszy. Bo choć prawdopodobnie nigdy nie została ona odwołana, to też nigdy nie doczekała się po ustawowych aktów wykonawczych, umożliwiających realizację jej założeń. Te, zgodnie z uchwałą z 29 stycznia 1991 roku, którą asygnował ówczesny prezes Rady Najwyższej-Sejmu Restytucyjnego Vytautas Landsbergis, miały być opracowane przez rząd, parlamentarne komitety i Komisję ds. Litwy Wschodniej do końca maja tegoż roku. Nie powstały nigdy. A te, zaproponowane wtedy przez polskie organizacje społeczne, na zawsze utonęły w sejmowych szufladach.

— Zgodnie z przyjętą wówczas uchwałą o jednostce samorządowej Wileńszczyzny miał być opracowany Statut tej jednostki. Ponieważ instytucje, które były zobowiązane do przygotowania tego dokumentu nie wykazywały inicjatywy, to zaproponowaliśmy swój projekt Statutu. Osobiście przekazałem go ówczesnemu prezesowi Rady Najwyższej-Sejmu Restytucyjnego Vytautasowi Landsbergisowi – wspomina Stanisław Pieszko, były deputowany w Radzie Najwyższej-Sejmie Restytucyjnym, członek  polskiej frakcji. Dodaje też, że przekazaniu go — ten dokument nigdy już nie ujrzał światła dziennego, a ślad po nim zaginął.
— Być może wciąż spoczywa gdzieś w sejmowych szufladach – przypuszcza nasz rozmówca.

Sytuacja społeczna i polityczna na Litwie w tamtym okresie była zarówno tak samo skomplikowana, jak i dramatyczna. Litwa, dążąca do wyzwolenia się spod okupacji sowieckiej, 11 marca 1990 roku uchwaliła Akt Odrodzenia Niepodległości. Jednocześnie zaczęła wzmacniać podstawowe filary państwa niepodległego, zwłaszcza język państwowy, czyli litewski. Zobligowano też mniejszości narodowe do nauczenia się języka państwowego w nieprzyzwoicie krótkim terminie. Nielitewska część społeczeństwa odebrała tę decyzję jako dyskryminacyjną, która potwierdzała już wcześniejsze obawy polskiej mniejszości, że powstające państwo litewskie będzie dążyło do asymilacji mniejszości narodowych. Dlatego działające już wtedy polskie organizacje, w odruchu obronnym, zaczęły generować ideę powstania polskiej narodowo-terytorialnej autonomii na Wileńszczyźnie.

Stanisław Pieszko, były deputowany w Radzie Najwyższej-Sejmie Restytucyjnym, członek  polskiej frakcji  Fot. Marian Paluszkiewicz
Stanisław Pieszko, były deputowany w Radzie Najwyższej-Sejmie Restytucyjnym, członek polskiej frakcji Fot. Marian Paluszkiewicz

„Jesienią 1988 roku podczas posiedzenia ZPL rejonu solecznickiego pierwszy raz głośno mówiłem o potrzebie utworzenia autonomii w rejonie, aby obronić interesy narodowe, kulturalne, społeczne i ekonomiczne mieszkańców. 12 maja 1989 roku w Mickunach odbył się I zjazd deputowanych Wileńszczyzny, który ogłosił deklarację i zgłosił postulaty do władz Litwy, dotyczące rozstrzygnięcia problemów politycznych i gospodarczych Wileńszczyzny. Deputowani wówczas stwierdzili, że bez jednostki narodowo-terytorialnej nie będą rozstrzygnięte nasze sprawy. Utworzono więc Radę Koordynacyjną ds. utworzenia takiej jednostki” – czytamy na łamach „Kuriera” z roku 1991 wypowiedź deputowanego Stanisława Pieszki.
Dziś, w rozmowie z „Kurierem”, przypomina, że planowana autonomia miała być w składzie wychodzącej na drogę niepodległości Litwie i większość polskiego społeczeństwa aprobowało takie postanowienie. Byli jednak i tacy, którzy pod wpływami działającej wówczas tzw. Komunistycznej Partii Litwy na platformie KPZR pod dowództwem Mykolasa Burokevičiusa, próbowali realizować swój plan tzw. polskiej autonomii, który zakładał oderwanie Wileńszczyzny od Litwy i pozostawienie jej w składzie Związku Sowieckiego.

— Jednak byli oni w mniejszości – wspomina w rozmowie z nami Stanisław Pieszko. Przypomina też, że podczas sesji rady samorządu rejonu solecznikiego przybyły na nią jeden z sekretarzy Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego chciał na osobności porozmawiać z radnymi należącymi do jego partii.
— Stanął w drzwiach do sali i oświadczył, że tu mogą wejść tylko członkowie partii komunistycznej. Usunąłem go z przejścia, żeby do sali mogli wejść wszyscy deputowani – wspomina nasz rozmówca. Działo się to 6 września przed powołaniem solecznickiego polskiego rejonu samorządowego. I nie zważając na presję KC Komunistycznej Partii, taki rejon został powołany.

15 września 1989 roku również w Niemenczynie deputowani ogłosili rejon wileński jako polski narodowościowy. Z kolei 6 października 1990 roku, w Ejszyszkach, odbył się II zjazd deputowanych terenowych rad samorządów Wileńszczyzny.
Zebrani przegłosowali uchwałę o utworzeniu Polskiego Narodowościowo Terytorialnego Kraju na Wileńszczyźnie w składzie niepodległej Litwy. Komunistyczna opcja oderwania Wileńszczyzny od Litwy przegrała, jednak jeszcze nieostatecznie, bo powróciła w połowie roku 1991, podczas tzw. puczu moskiewskiego.
Wtedy część polskich deputowanych do rad, głównie rejonu solecznickiego na czele z ówczesnym prezesem rady Czesławem Wysockim stanęła po stronie tzw. puczystów. To ostatecznie zaważyło na sposobie, w jaki sposób została później załatwiona kwestia polska na Wileńszczyźnie.

Po stłumionej moskiewskiej rewolty, Parlament na Litwie podjął decyzję o rozwiązaniu rad samorządowych rejonów solecznickiego i wileńskiego.
Na Wileńszczyźnie ustanowiono komisaryczne zarządzanie, a o zrealizowaniu polskich postulatów, przynajmniej w zakresie podjętych 29 stycznia 1990 roku uchwał o mniejszościach narodowych i o jednostce administracyjnej na Wileńszczyźnie zapomniano na długie lata. Potem wcale.
Aczkolwiek jeszcze w połowie 1991 roku, w wywiadzie dla „Kuriera Wileńskiego” jeden z ówczesnych symboli i architektów litewskiej niepodległości, lider socjalistów Aloyzas Sakalas przyznawał, że polskie postulaty są jak najbardziej słuszne i w drodze kompromisu muszą być spełnione.
„Otrzymaliśmy od polskiej frakcji projekt dokumentów w sprawie utworzenia jednostki administracyjno-terytorialnej. Uważam, że Litwini, jako większość, muszą uwzględnić słuszne postulaty mniejszości” – mówił wtedy Aloyzas Sakalas, ówczesny członek Prezydium Rady Najwyższej. Zapewniał też, że problemy Polaków będą rozwiązywane „drogą porozumienia”.

„Najważniejsze to, aby Polacy mieli takie same prawa, jak i inne narodowości, aby ich słuszne postulaty były uwzględnione. Chcemy spokojnie żyć na Litwie, chcemy popierać Polaków, mieć też poparcie z ich strony. Musimy wspólnie walczyć przeciwko złu, przeciwko tym, którzy przeszkadzają nam samodzielnie układać nasze życie. Wówczas wspólnie zwyciężymy” – mówił „Kurierowi” Aloyzas Sakalas.
Jego słowa bynajmniej nie były elementem patosu, bo wypowiedziane po zweryfikowaniu wydarzeń z 13 stycznia 1991 roku polsko-litewskiej jedności i wspólnego zwycięstwa.
W obliczu zagrożenia litewska społeczność oraz elita polityczna mogły przekonać się, że polska mniejszość nie jest wrogiem litewskości ani tym bardziej Litwy i jej suwerenności oraz jedności terytorialnej. Tysiące Polaków, którzy dwa lata wcześniej, z polskimi flagami obok stali z Litwinami na Szlaku Bałtyckim, tak też podczas wydarzeń styczniowych z polskimi flagami stali obok z Litwinami pod parlamentem i wieżą telewizyjną i bronili niepodległości kraju.

Zaproponowane wtedy uchwały przez polskie organizacje społeczne, na zawsze utonęły w sejmowych szufladach Fot. Marian Paluszkiewicz
Zaproponowane wtedy uchwały przez polskie organizacje społeczne, na zawsze utonęły w sejmowych szufladach Fot. Marian Paluszkiewicz

„Wszystkie te czarne dnie i noce spędziłem wraz z żoną przy Parlamencie. W tą krwawą noc pojechałem do domu, by parę godzin wypocząć, żona została. Gdy się obudziłem, telewizja już była nieczynna. Szukałem jakiejś stacji radiowej. Niemal nad ranem »Wolna Europa« poinformowała o krwawych wydarzeniach. Udałem się na poszukiwanie żony. W autobusie ludzie płakali. Wszyscy powtarzali: sowieccy bandyci postrzelali ludzi. Na miejscu, w którym rozstaliśmy się, żony nie znalazłem. Gdy zawiodły poszukiwania wśród tłumu — pobiegłem do szpitala. Tam też jej nie było. Co chwilę dzwoniłem do domu, ale telefony nie działały, więc pojechałem sam. Była w domu, spłakana i wprost nieprzytomna. Po krótkim relaksie i odpoczynku, znowu oboje pojechaliśmy na noc. Było zimno, ale ludzie przynosili nam kanapki, kawę, herbatę. Na widok biało-czerwonej wielu serdecznie uściskało dłoń. Niektórzy pytali, dlaczego tak zawzięcie bronię Landsbergisa i Parlamentu, czy uważam, że oni są aż tacy święci? Całkiem nie święci i nieświętych przyszedłem bronić. Przyszedłem bronić świętej wolności, która mi się w tej chwili utożsamia z tymi ludźmi, których demokratycznie wybrano do Rady Najwyższej” — czytamy wspomnienia Józefa Sipowicza w artykule „Nie splamić biało-czerwonej”, który ukazał się w „Kurierze” po tragicznych wydarzeniach 13 stycznia. Zapytany, czy nadal wierzy w demokrację, rozmówca gazety powiedział: „Wierzę, ale nie w tę sowiecką i gorbaczowską. Ta »demokracja« kolejny raz pokazała swoje prawdziwe oblicze. Opowiadam się za prawdziwą demokracją i w imię jej oraz wolności gotów jestem na każdą ofiarę”.

W obliczu styczniowego zagrożenia dla litewskiej niepodległości Polacy stanowczo stanęli w jej obronie. 11 stycznia frakcja polska w Radzie Najwyższej wystosowała odezwę do rodaków „Bądźmy nadal wierni hasłu »Za wolność naszą i waszą«”, w której, m. in. czytamy: „Puśćmy dziś w niepamięć to, co nas dzieli, darujmy tym, co nie zawsze nas chcieli zrozumieć, szukajmy tego, co nas łączyło i będzie łączyć – niechęć do dyktatu z pozycji siły, wspólne dążenia do wolności, demokracji i niepodległości”.
Zrozumienie z drugiej strony przyszło, ale jak się dziś okazuje, było tymczasowe, toteż nieszczere. Po wydarzeniach styczniowych w Parlamencie ruszyły prace nad nową redakcją Ustawy o Mniejszościach Narodowych i Samorządzie na Wileńszczyźnie.
Inicjatywę Parlamentu poparł też ruch „Sąjūdis”.

W swoim oświadczeniu z 22 stycznia 1991 roku „Sąjūdis” opowiedział się za uznaniem języków mniejszości narodowych za języki pomocnicze w administracji lokalnej, za prawem do pisowni nazwisk w języku ojczystym, za jego używanie w nazewnictwie. Poparł też założenia narodowej jednostki samorządowej na Wileńszczyźnie. Później te reglamentacje w pełni znalazły się w uchwałach przyjętych 29 stycznia.
„Decyzje, na które czekała spragniona Wileńszczyzna, zapadły. Sadzę, że 29 stycznia br. stanie się doniosłym dniem w historii Wileńszczyzny… (…)Tak, lody ruszyły. Zaznaczę, że nikt z obecnych deputowanych nie głosował przeciwko tym dokumentom. Powstrzymały się tylko dwie osoby” — czytamy na łamach „Kuriera” pełną radości relację z Parlamentu ówczesnej dziennikarki gazety Jadwigi Bielawskiej.
Dziś możemy tylko zastanawiać się, że te dokumenty były tak jednogłośnie przyjęte może właśnie dlatego, że głosujący „za” wiedzieli, że nigdy nie będą zrealizowane?