Polak Roku 2015 ks. Józef Aszkiełowicz: Nasze trzy filary to wiara, nadzieja i miłość

115
Polak Roku 2015 ks. Józef Aszkiełowicz: Nasze trzy filary: wiara, nadzieja i miłość
Ks. Józef Aszkiełowicz, proboszcz parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Mejszagole Fot. Marian Paluszkiewicz

Co Ksiądz czuł jak się dowiedział, że został Polakiem Roku 2015 Plebiscytu Czytelników „Kuriera Wileńskiego”?

W głowie był pewien chaos, nie bardzo chciałem w to uwierzyć. Nie wiedziałem nawet co powiedzieć, gdy z redakcji do mnie zadzwonili i zapytali o pierwsze wrażenia. Ale gdy już nieco ochłonąłem i uświadomiłem, co zaszło, to przede wszystkim ukląkłem przed Bogiem, dziękując Mu za takie wyróżnienie, następnie schyliłem czoła przed wszystkimi tymi, którzy oddali za mnie swe głosy. I dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, jak bardzo to mnie zobowiązuje. Zobowiązuje być większym patriotą, lepszym kapłanem i człowiekiem. Zobowiązuje nie tylko na ładnych i górnolotnych deklaracjach, ale przede wszystkim na bardzo konkretnych czynach.

Jak były podzielone role wychowawcze w rodzinie. Kto bardziej czuwał nad wychowaniem moralnym i religijnym, a kto nad patriotycznym?

Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to mama Jadwiga była tą kapłanką domu i wyrazić słowami znanej polskiej pieśni: „Nad naszą (bo było nas dwoje urwisów) kolebką matuś się schylała i pacierz po polsku mówić nauczała”.
Tato Józef bardziej się interesował polityką. W owym czasie należał do Armii Krajowej. Utrzymywał dobre kontakty z wieloma księżmi i wspólnie pomagali zesłańcom, którzy powracali z Syberii. Wielu ustrzegli od zesłania, dostarczając im cywilne ubrania, przechowując we własnym domu, jeśli istniała taka potrzeba. I choć materialnie nie przelewało się, dzieliliśmy się każdą kromką chleba z potrzebującymi. W pewnym momencie tato też został pojmany, ale dzięki opiece Boga udało się mu ujść cało. Wiele musieli przejść rodzice, ale my, dzieci, też. Byliśmy niejednokrotnie wytykani palcami za to, że chodziliśmy do kościoła. Szczególnie z nas, dzieci, wyśmiewano się w szkole i pytano: „A co wam ten wasz Bóg daje?”.
I choć nie rozumieliśmy jeszcze wówczas, co daje, to jednak coś nas tak bardzo ciągnęło do kościoła, modlitwy i Boga. Przeszliśmy przez to wszystko i dziś widzę, że postawiliśmy wówczas na właściwego „jeźdźca”.
Zawsze dewizą w naszym domu było: „Bóg, Honor i Ojczyzna”. I nie były to puste słowa, według tego się żyło. Nie dotyczą te słowa także tylko i wyłącznie Polaków, ale każdego narodu. Bowiem mowa ojczysta i wiara, w której człowiek się urodził, są największymi wartościami i największym skarbem w życiu.

A jakie są, Księdza zdaniem, podstawowe filary dobrego i o zdrowym rozsądku patriotyzmu oraz człowieka wierzącego?

To właśnie i są podstawowe filary, o których wyżej wspomniałem. Jednak same one się nie rodzą. Trzeba je wypieścić i wypielęgnować. A do tego są potrzebne kolejne trzy filary: rodzina, kościół i szkoła. To one formują i pielęgnują w dzieciach te podstawowe cechy moralne.

Ksiądz zaraz po wyróżnieniu na Polaka Roku powiedział, że ten tytuł zobowiązuje. Jak Ksiądz to zobowiązanie osobiście odbiera?

To trudne pytanie, ponieważ sam codziennie nad tym się zastanawiam i nie bardzo jeszcze wiem, czy mam na ten temat dostatecznie konkretny, dobry i zgodny z bożą wolą plan. Tak sobie w ciszy serca myślę, że najważniejsze mieć jakieś swoje zgodne z sumieniem i wolą Boga ideały. Ktoś bardzo trafnie powiedział, że umierają ideały, jeśli za nie nikt nie umiera. Dla mnie osobiście wielkim wzorcem są Koptowie, wschodni chrześcijanie, którzy od wielu lat umierają za swoją wiarę, za swoje ideały. O, gdyby z nami tak było, to z pewnością osiągnęlibyśmy Królestwo niebieskie.

Fot. Marian Paluszkiewicz
„Wielkim skarbem jest nasza Wileńszczyzna” — mówi ksiądz Józef Aszkiełowicz Fot. Marian Paluszkiewicz

Na szczęście za wiarę ani za polskość nie musimy dziś umierać, ale z pewnością dla tych dwóch idei musimy i możemy wiele jeszcze zrobić. A więc co?

Urodziliśmy się jako ludzie. Jednak mało urodzić się człowiekiem. Człowiekiem trzeba być. A to znaczy, że należy nauczyć się kochać Boga, bliźniego i siebie. Ignorując bowiem Boga, krzywdząc bliźniego, ignorujemy przede wszystkim także siebie i sobie wyrządzamy największą krzywdę. Trzeba być Polakiem i trzeba być wierzącym. Tak, nie zawsze to jest łatwo, ale zwykle wszystko, co łatwe jest mało wartościowe. Jest to odwieczna prawda, że co łatwo przychodzi, nie ma dobrego „smaku”. Jeśli np. chcemy, żeby ugotować smaczny obiad, to musimy włożyć w to przynajmniej trochę wysiłku. A jeśli chodzi o życie duchowe, to musimy podłączyć się do tego centralnego generatora, jakim jest Bóg i z Niego czerpać energię na każdy dzień.
Rok 2016 jest dla mnie osobiście poniekąd rokiem szczególnym. Po pierwsze, to wyróżnienie od czytelników „Kuriera Wileńskiego”, po wtóre, jest to Rok Miłosierdzia Bożego i nie tylko dla mnie, ale dla całej ludzkości. A po trzecie, Dni Młodzieży w Polsce z udziałem papieża Franciszka. Wszystko to nie tylko dopinguje, ale i zobowiązuje do częstej i bardziej gorliwej modlitwy, ale także do większej i aktywnej działalności.

A w jaki sposób ma się ta działalność wyrazić. Czy to oznacza, że wybieracie się ze swoją młodzieżą do Krakowa?

Właśnie tak. Wybieramy się do Krakowa z młodzieżą szkolną i parafialną. Rozpoczęliśmy już odpowiednie przygotowania, ale pracy jest jeszcze wiele. Na szczęście mam dobrych pomocników. To przede wszystkim Gimnazjum im. Józefa Obrembskiego z jego dyrektorką Alfredą Jankowską oraz całym gronem nauczycielskim, to chór parafialny pod kierownictwem organistki — niestrudzonej Wiolety Leonowicz. No i sama młodzież. Bez jej zaangażowania i zapału niewiele dałoby się zrobić. I tu właśnie chcę podkreślić te zdrowe korzenie naszej wileńskiej młodzieży. Pamiętam, jak podczas jednej z pielgrzymek, dziś już święty nasz Rodak Jan Paweł II mówił:
„Nie podcinajcie swoich korzeni i mężnie brońcie swego Westerplatte”.
A tym naszym Westerplatte jest mowa ojczysta i wiara. Jeśli będziemy mężnie stać u wrót tych dwóch najcenniejszych dla nas twierdzy, to nic i nikt nas nie złamie.

Ale wówczas polskie Westerplatte runęło, a jego uczestnicy „czwórkami do nieba szli”. Co mamy robić, żeby z nami tak się nie stało?

Może wówczas zabrakło dobrego czuwania, a może doświadczonego sternika. Pomimo wszystko nie była to przegrana gra. My zaś dniem i nocą musimy czuwać jak owe roztropne panny z Ewangelii. Nieroztropnym zabrakło oliwy w lampach, gdy zjawił się pan młody i zostały odtrącone, a roztropne miały oliwę oraz zapalone lampy i zostały zaproszone na ucztę weselną. Musimy więc zawsze dbać o to, by nie zabrakło nam tej oliwy.
A tą oliwą jest wiara, nadzieja i miłość. Na tych trzech filarach opiera się cała mądrość ludzka. Ciągle płyniemy statkiem zarówno podczas przyjaznej pogody, jak i podczas burzy, a podczas burzy dużo zależy od kapitana. Naszym kapitanem jest Bóg. Bóg, który chodząc po ziemi, uciszał niejedną burzę, któremu ulegał każdy żywioł. Tylko zaufajmy Mu bez reszty i do końca, a i nasza barka szczęśliwie dotrze do brzegu, a bitwa o nasze niebiańskie Westerplatte na pewno nie będzie przegrana.

Powróćmy jednak do Dni Młodzieży. Czy nie zastanawiał się Ksiądz nad tym, żeby w tym roku zorganizować swoje, małe, parafialne takie Dni?

Krąży mi po głowie taka myśl i coraz bardziej mnie absorbuje. Myślę, że mogłaby to być bardzo ładna uroczystość, która pomogłaby jeszcze lepiej się poznać, bardziej zespolić i być silniejszymi, by bronić naszych ideałów, ideałów naszych dziadów i pradziadów, bronić wszystkiego tego, co wyssaliśmy wraz z mlekiem matki.

Rozumiem, że w każdym przypadku powinniśmy zaufać Bogu i tylko na Niego stawiać?

Tylko i wyłącznie jako wierzący powinniśmy stawiać na Boga. Tak, z Bogiem często się trudno zaczyna, ale zawsze się dobrze kończy. Tymczasem z diabłem lekko się zaczyna, ale smutno się kończy. I tu pozwolę sobie przytoczyć nigdzie nie zapisane XI przykazanie:
„Człowieku, nie bądź naiwny i nie daj się ogłupić byle jakimi błyskotkami”.

Księdzu tak bardzo leżą na sercu losy Polaków Wileńszczyzny i sama Wileńszczyzna. Na jakich wzorcach powinniśmy się głównie opierać?

Przede wszystkim na wierze, nadziei i miłości. A ten rok jest szczególny dla Wilna. Wilno ogłoszone Miastem Miłosierdzia.
Jakże bezcenne łaski możemy w tym roku uzyskać. Ten rok dla nas jest ogromną kopalnią skarbów, takich skarbów, jakich nikt nam nie może dać — tylko sam Bóg.
Moim zdaniem, wielkim skarbem jest już nasza Wileńszczyzna. Nigdzie tak pięknie wiosną nie zielenią się łąki, nie pachną polne kwiaty, nigdzie tak pięknie nie śpiewają ptaki.
I tu chyba jak najbardziej pasują słowa naszej polskiej poetki noblistki Wisławy Szymborskiej, która pisała: „Ziemio ojczysta, ziemio jasna/ nie będę powalonym drzewem/ Codziennie mocniej w ciebie wrastam/ radością, smutkiem, dumą, gniewem/ Nie będę jak zerwana nić/ Odrzucam pusto brzmiące słowa./ Można nie kochać cię – i żyć/, ale nie można owocować.”/

A co księdza smuci albo nawet boli, jeśli chodzi o Polaków Wileńszczyzny i czego Ksiądz chciałby nam życzyć?

Smuci i bardzo boli to, że często polskie rodziny wciąż jeszcze oddają swoje dzieci do rosyjskich lub litewskich szkół, że przy wielu kościołach dla polskich dzieci trzeba prowadzić katechezę w języku rosyjskim. Dzieci często dobrze znają język litewki i nawet angielski, ale jakiż wstyd, że nie znają swego języka ojczystego.
Tak często przy wielu okazjach lubimy śpiewać: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…”.
Nie rzućmy ziemi, ale nie rzućmy też naszej mowy. Każdy naród bowiem dopóty istnieje, dopóki istnieje jego język.
W przeciwnym razie jest skazany na zagładę. Brońmy nie słowem, lecz czynem swego małego Westerplatte!
„Wielkim skarbem jest nasza Wileńszczyzna” — mówi ksiądz Józef Aszkiełowicz
Fot. Marian Paluszkiewicz