Wojna między… patelnią a talerzem

188

Rosyjsko-ukraiński konflikt zbrojny, ale także polityczny i propagandowy, wszedł na ścieżkę wojenną do… kuchni.

Otóż rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych wprowadziło embargo na ukraińskie dania. W tamtejszej stołówce nie da się już zamówić kotleta po kijowsku. Takie danie faktycznie jest serwowane jako
poprawne politycznie – kotlet po krymsku! Żeby nie utknął w gardle superpatriotom?

Moskiewskie restauracje też poszły za ciosem. Zaczął znikać „wrogi” barszcz ukraiński. To znaczy danie takie można tam uświadczyć, ale kelnerowi w menu trzeba palcem tknąć w pozycję „zupa z korzenia buraczanego po rosyjsku”

A na okupowanym przez Rosję ukraińskim Krymie jeszcze ciekawiej, to znaczy śmieszniej. Kiedy państwa zachodnie ogłosiły sankcje gospodarcze w odwecie za zbrojne zagarnięcie półwyspu, wycofał się stamtąd m.in. McDonald’s, zamykając swoje bary. No, ale Rosjanie, jak to się mówi, nie pozwolili plunąć sobie w twarz i na ich miejscu szybciutko sklecili swoją sieć „Rusburgerów”, a w kulinarną modę slangową wchodzi „krymburger”.

Na szczęście, polsko-litewskie stosunki podobno mają się ocieplić. Chyba więc nie będzie „odgrzewania zimnych kotletów”. Jest nadzieja, że z polskich książek kulinarnych nie zostaną wydarte kartki z przepisami litewskich kołdunów, a w litewskich masarniach nie zmienią nazwy kiełbasy krakowskiej…

P.S. Dla nieobeznanych w temacie. Telegraficzny skrót przepisu na „zakazany owoc” rodem z Ukrainy, kotlet po kijowsku: złożona na pół pierś kurczaka w panierce, nadziewana serem, masłem i zieleniną. Mniam!