Halo, jestem w kościele…

141

Księżom widocznie już ręce opadły w walce z plagą włączonych telefonów podczas Mszy świętej przez parafian i gościnnych owieczek.

„Dobrze”, jeżeli ktoś zapomniał i melodyjka wesoła „urozmaiciła” liturgię, a zawstydzona osoba szybko (w przypadku przepastnych toreb pań, to trochę potrwa) wyłączy podskakujący aparat. Gorzej, że tak delikatnie powiem, jest w przypadku indywiduów wystukujących sms-y, a już całkiem nie mieszczą się w głowie przypadki rozmawiających – choćby nawet przyciszonym głosem.
Taki widoczek nie raz i nie dwa widziałem, ale skupiony na własnym odbiorze niedzielnego wydarzenia, starałem się tego nie zauważać. Ale kiedy pewnej soboty, w jednym z wileńskich kościołów, podczas uroczystego bierzmowania (no, bądź co bądź długiego czasowo) nastąpił zmasowany atak stuków w komórki, to już tylko się w język gryzłem, żeby nie zrobić choć jednej uwagi sąsiadom po wierze.

No, mogę w jakiś sposób zrozumieć młode pokolenie, które już się urodziło z telefonem w ręku (notabene, komórka pojawiła się przed 45 laty i miała wielkość pudełka na dziecięce buty) i które na ulicy można poznać po tym, że chodzi z wlepionym wzrokiem w swój fetysz, co rusz zerkając, aby nie palnąć w napotkany słup czy drzewo.
Ale żeby starsi! Podczas wspomnianego bierzmowania pewna pani w bardzo słusznym wieku, dwa metry od szeroko rozwartych drzwi kościoła, intensywnie używała swoich strun głosowych. Choć byłem dosyć daleko, to usłyszałem treść rozmowy. Od razu myślałem, że wnuk się późni na uroczystość, ale potem zszokowany usłyszałem: „Jasieńka, ty nie wyobrażasz, jak tu pięknie! Nawet biskup przyjechał, choć się spóźnił”.
P.S. Z telefonu w kościele można jednak korzystać, ale chyba tylko w przypadku alarmu o palącym się garnku w domu…