Autonomia. 30 lat później

481
Dziś już wiemy, że powstanie polskiej autonomii terytorialnej na Litwie było niemożliwe. Władze Litwy, nawet w najtrudniejszym okresie w styczniu 1990 r., nie zaakceptowały tego pomysłu. Nie popierała tego postulatu także Warszawa, a i Polakom z Wilna koncepcja ta nie dawała żadnych wymiernych korzyści.

Przed 30 laty, 12 maja 1989 r., w Mickunach obrady rozpoczął I Zjazd Deputowanych Wileńszczyzny. Zjazd powołał Radę Koordynacyjną ds. Utworzenia Polskiego Obwodu Autonomicznego w składzie Litewskiej SRS.
Ta data jest uważana za symboliczny początek tzw. polskiej autonomii na Litwie, chociaż pierwsza „gmina autonomiczna” powstała niemal pół roku wcześniej – 28 grudnia 1988 r. Suderwa w rejonie wileńskim ogłosiła się polską radą narodową. Dlaczego mobilizacja polityczna Polaków na Litwie przybrała właśnie postać żądania polskiej autonomii narodowo-terytorialnej?

Polska historiografia odpowiada na to pytanie jednoznacznie: autonomia była odpowiedzią na wzmacniające się w litewskim ruchu narodowowyzwoleńczym nastroje nacjonalistyczne i antypolskie. Litewska publicystyka sprowadza zazwyczaj kwestię polskiej autonomii do działań Kremla, dążącego do torpedowania niepodległościowych litewskich tendencji. I jedna, i druga odpowiedź jest po części prawdziwa, jednak relacje polsko-litewskie w dobie odrodzenia narodowego były o wiele bardziej skomplikowane niż te czarno-białe schematy.

Od oddolnej inicjatywy do (pro)moskiewskiej dywersji
Ruch autonomiczny rzeczywiście rozpoczął się jako oddolna inicjatywa w odpowiedzi na politykę władz Litwy, które nie chciały dopuścić do używania języka polskiego jako urzędowego na Wileńszczyźnie. Jednak polscy autonomiści od samego początku upatrywali w Moskwie arbitra w rodzącym się konflikcie polsko-litewskim. Nieprzypadkowo już mickuński Zjazd Deputowanych Wileńszczyzny swoje odezwy wzywające do „utworzenia Polskiego Narodowego Obwodu Autonomicznego w składzie Litewskiej SRS” kieruje nie tylko do władz Litwy, ale i do Zjazdu Deputowanych Ludowych ZSRS.
Tymczasem przed 11 marca 1990 r. Moskwa działalność autonomistów traktowała z dużą rezerwą. Dopiero tuż przed ogłoszeniem niepodległości Moskwa i KGB zainteresowały się nią, upatrując w autonomistach instrumentu nacisku na dążące do niepodległości litewskie elity. W styczniu 1990 r., podczas wizyty na Litwie, Michaił Gorbaczow, odpowiadając na pytanie o stanowisko wobec polskiej autonomii, nieoczekiwanie rzekł: „Gratulowałbym poszukiwań w tym kierunku”. Polscy autonomiści, rekrutujący się przede wszystkim z szeregów Partii Komunistycznej i Komsomołu, na Wileńszczyźnie uznali to za przyzwolenie na politykę faktów dokonanych.
W dobie wybijania się Litwy na niepodległość taka polityka przez Litwinów została uznana za (pro)moskiewską dywersję. Szczególnie że wśród autonomistów nie brakowało twardogłowych stalinistów, jak np. drugi sekretarz solecznickiego oddziału Partii Komunistycznej Czesław Wysocki.

Czerwony rejon Czesława Wysockiego
Jeszcze 6 września 1989 r. kierowana przez Czesława Wysockiego solecznicka rejonowa Rada Deputowanych Ludowych ogłasza rejon solecznicki „Polskim Terytorialnym Rejonem Narodowościowym w składzie Litewskiej Sowieckiej Republiki Socjalistycznej”. 15 maja 1990 r. posuwa się jeszcze dalej – uchwala, że na terenie rejonu obowiązują wyłącznie konstytucja i akty prawne ZSRS, zakazuje w rejonie działalności funkcjonariuszom litewskiego Departamentu Obrony Państwa, Departamentu Kontroli Granicznej i innych organów Republiki Litewskiej oraz zwraca znacjonalizowane przez niepodległościowe władze w Wilnie mienie Partii Komunistycznej.
24 maja 1990 r. na posiedzeniu Rady Najwyższej Litwy Czesław Wysocki stwierdza wprost, że jedynym sposobem na zmniejszenie napięcia pomiędzy Litwinami i Polakami jest… odwołanie Aktu Niepodległości Litwy: „Nasz rejon pozostaje w składzie Litewskiej SRS jako część Związku Radzieckiego”. I nie były to tylko słowa. Soleczniki jako prawdopodobnie jedyny rejon w całej Pribałtyce przeprowadzają pobór do sowieckiej armii. „W środkach masowego przekazu byliśmy nazywani czerwonym rejonem” – po latach z dumą wspominał Wysocki.
Czesław Wysocki wyróżniał się na tle pozostałych autonomistów swoim radykalizmem. Większość Rady Koordynacyjnej starała się grać bardziej zachowawczo i nie palić mostów z niepodległościowymi władzami Litwy. W przeddzień plebiscytu niepodległościowego z 9 lutego 1991 r. Rada Koordynacyjna wezwała Polaków do głosowania za niepodległością Litwy, jednak Polacy w rejonach plebiscyt de facto zbojkotowali. Natomiast aktywnie uczestniczyli w referendum za zachowaniem ZSRS w marcu 1991 r., mimo że wszystkie polskie organizacje wzywały do jego bojkotowania. Lider solecznickich autonomistów Czesław Wysocki doskonale te nastroje wyczuwał.

Autonomia terytorialna vs. autonomia kulturowa
W latach 1988–1991 w polskim środowisku na Litwie ścierały się dwie koncepcje autonomii. Promoskiewscy komuniści, tacy jak Czesław Wysocki czy Jan Ciechanowicz, korzystając z polsko-litewskich konfliktów chcieli po prostu wykroić na Wileńszczyźnie, przy wsparciu Kremla, minipaństewko dla siebie (na wzór Górskiego Karabachu, Naddniestrza czy Abchazji) i zakonserwować w nim stare sowieckie porządki. Tymczasem Związek Polaków na Litwie walczył o autonomię kulturową, czyli prawa językowe i oświatowe Polaków w całej Litwie, a nie tylko w kilku podwileńskich gminach.
Dziś już wiemy, że powstanie polskiej autonomii terytorialnej na Litwie było niemożliwe. Władze Litwy, nawet w najtrudniejszym okresie w styczniu 1990 r., nie zaakceptowały tego pomysłu. Nie popierała tego postulatu także Warszawa, a i Polakom z Wilna koncepcja ta nie dawała żadnych wymiernych korzyści. Natomiast niewątpliwie możliwy był scenariusz pośredni – utworzenie powiatu wileńskiego (na bazie rejonów wileńskiego i solecznickiego; taki pomysł został w styczniu 1991 r. wstępnie zaakceptowany przez litewski parlament) lub autonomii kulturalnej z przyznaniem pewnych szczególnych praw językowych dla mniejszości polskiej. Jednak Litwini gotowi byli go zaakceptować tylko za cenę rezygnacji z autonomii, a autonomiści parli pełną parą… ku przepaści.
Gdy 19 sierpnia 1991 r. w Moskwie doszło do próby komunistycznego puczu GKCzP, Wysocki wysłał do Giennadija Janajewa telegram gratulacyjny oraz wciągnął na maszt przy gmachu solecznickiego samorządu flagę ZSRS. Trzy dni później pucz upadł, Wysocki i kilku jego kompanów salwowali się ucieczką na Białoruś. Ale i dziś wierzy on niezłomnie w zwycięstwo… komunizmu, zaś polska autonomia to dla niego tylko etap walki o sowiecką Litwę: „W ’41 również się cofaliśmy. Oddaliśmy Wilno, Mińsk, Kijów, Kiszyniów… Ale potem był Stalingrad. I było Zwycięstwo. Jestem pewien: nasza bitwa się jeszcze nie skończyła. U nas będą jeszcze i swój Stalingrad, i swoje 9 maja. A Litwa znów się stanie sowiecką i socjalistyczną”.

Bez przelewu krwi
Praktycznie żaden z autonomistów, którzy pozostali na Litwie, nie został za swoją działalność osądzony. Wielu z nich dotychczas prowadzi aktywną działalność polityczną i społeczną. W grudniu 1999 r. nieduże kilkumiesięczne wyroki – nie za autonomię, ale za działalność w antypaństwowych organizacjach (KPL/KPZR) oraz wyrządzenie materialnych szkód instytucjom państwowym – dostali: Leon Jankielewicz, Alfred Aliuk, Jan Jurolajć, Jan Kucewicz i Karol Bilans (Jankielewicz otrzymał najwyższy wyrok – dwa lata kolonii karnej, ale już w kwietniu 2000 r. został ułaskawiony przez prezydenta Valdasa Adamkusa).
W latach 1990–1991 niejednokrotnie litewscy radykałowie wzywali do „marszu na Wileńszczyznę”, a polscy – do tworzenia „oddziałów samoobrony”, jednak na szczęście konflikt polsko-litewski nigdy nie stał się też konfliktem zbrojnym. Relacje polsko-litewskie nadal pozostają zakładnikami tych autonomicznych koncepcji sprzed 30 lat, ale bez przelanej krwi i represji problemy, które kładą się na nie cieniem, są nadal możliwe do rozwiązania.

Aleksander Radczenko
Fot. Marian Paluszkiewicz

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 18(52); 11-17/05/2019