0
Plecak szykować czas (2)

KWW nawiązuje do przedwojennej tradycji Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich (1923–1939)

Powracam z nostalgią do zdjęć, notatek i reportaży, wspomnień z włóczęg bliższych i dalszych, czym nieraz dzielę się na Facebooku. Nie tylko przeszłością żyję, wciąż powstają plany ruszenia w siną dal. To już prawie 30 lat takiego życia… życia włóczęgi. Oto druga i ostatnia część opowieści o Klubie Włóczęgów Wileńskich.

Wiele wypraw odbyliśmy wspólnie z Akademickim Klubem Turystycznym „Kroki” ze Szczecina. Zabawne sytuacje powstawały, gdy do przyjaciół z Polski zwracaliśmy się „mową wileńską”, co wywoływało konsternację u towarzyszy wspólnych włóczęg. Oczywiście nie rozumieli, gdy prosiliśmy ich o podanie „trapeczki”, „kociołka” albo „wirówki”. Bardziej komicznie i dwuznacznie zabrzmiało, kiedy jadąc przez Słowację, jeden z naszych oznajmił szczeciniakom: „Jeszcze dwie sutki i będziemy na Rumunii”.
Czym pociąga podróż? Odkrywaniem świata, poznawaniem krajów i ludów. A w górach wysokich lub na rzekach bystrych – pokonywaniem swoich słabości, także adrenaliną.

Na wyprawach poznawało się świat i siebie samego – gdyż turystyka w KWW to tylko sposób osiągnięcia celu

Przeczekać roczek w głuszy
Minuta na porohu pozwala zapomnieć o całym świecie – istnieje tylko rwący między kamieniami prąd rzeki, w dłoniach wiosło oraz towarzysz w kajaku. Spieniona woda zalewa kajak, a nawet twarz, ledwo nadążasz zanurzać wiosło i kierować… Po chwili, stojąc na brzegu, wracasz do rzeczywistości, z satysfakcją spoglądając na pokonane niebezpieczeństwo.
Innym razem zagrożenie może przyjść ze strony ludzi. – Idziemy na polowanie. Lecz nie my, a na nas będą polować… złodzieje – oznajmił Walerian, kiedy wychodziliśmy na słynny bazar w La Paz w Boliwii. – Musimy być ostrożni.
Kiedyś w dalekiej Karelii mieliśmy spotkanie z miejscowymi chłopcami o blond włosach. Było widać, że bardziej lub mniej zrusyfikowanymi Karełami. Obiecali nam klej do kajaków w zamian za spirytus.
Dzisiaj długo bym się zastanawiał, czy powinienem sam udawać się do nieznanych mi wcale osób. Jednak odpłynąłem kajakiem z wyspy, opuściłem przyjaciół, a potem szedłem z nowo poznanymi nocą przez bagna i karelską tajgę do ich wsi po ten… klej. Wówczas wszystko wydawało się błahostką.
Już było po karelskiej północy, wokół szarówka, a do pokonania mieliśmy około 15 km w jedną stronę. Następnie czekała mnie droga powrotna. Oczywiście jeżeli się uda…
Uświadomiłem to sobie, gdy moi towarzysze podróży zaczęli się znęcać nad najmłodszym z nich, nazywanym Sawok. Mimo że był tuż po wojsku, żartowano z niego, wymawiano mu, że nie zna karelskiego języka, i nie zmieniano go w niesieniu dużego aluminiowego pojemnika z maliną moroszką. Tamten w końcu się zbuntował, rzucił pojemnik i złorzecząc, zaczął się oddalać. Najstarszy zareagował błyskawicznie – zwinnie podskoczył, odwrócił go za ramię i rąbnął w twarz. Sawok zatoczył się i runął. Nie dawał jednak za wygraną. Wyskoczył, próbował uderzyć nogą, lecz machnął ją ociężale i niezręcznie, a więc zaliczył kolejny cios w szczękę, od którego pokoziołkował do przydrożnego rowu.
Pozostali z uśmiechem się przyglądali. Dla mnie była to chwila zastanowienia – teraz biją się między sobą, a cóż będzie dalej, ze mną, z obcym? Miałem przecież przygotowany do wymiany spirytus… Niedługo jednak sytuacja się rozładowała. Były przeprosiny, objęcia, ocieranie łez i krwi.
Znów szliśmy. Z tym najstarszym się rozgadałem. Wytłumaczył, że w „głuszy” przebywa, aby nie trafić do aresztu. „Kiedy popiję, różnie bywa, »bujny« jestem. Często do mordobicia dochodzi, a zdarzyło się, że strzeliłem w człowieka”. Dalej od ludzi, od konfliktów chciał przeczekać roczek, aby dostać się do pracy w… milicji.
W końcu dobrnęliśmy. Okazało się, że ich klej nie nadaje się do użytku. Za spirytus odwdzięczyli się w inny sposób. Wypiekli świeży chlebek. A ja miałem dużo szczęścia, że na bagnistych ścieżkach odnalazłem właściwą drogę i przed południem wróciłem do swoich, zaniepokojonych moją długa nieobecnością.

Nad szczeliną
Najlepszym sprawdzianem przyjaźni są góry. Tam szczególnie odczuwa się trudy i niebezpieczeństwa. Zwłaszcza gdy na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. trzeba się poruszać się po lodowcu, będąc uwiązanym jedną liną. Pojawia się wówczas poczucie jedności i odpowiedzialności za każdego w takiej grupie. Zdarzało się, że jeden poślizgnął się na lodowcu i pociągnął za sobą pozostałych – na szczęście nie do przepaści. Przeważnie reszta potrafi utrzymać pechowca.
Po raz pierwszy w górach Tiań-Szaniu, przez zejściem z przełęczy, „Niedźwiedź” uprzedził: „Uważajcie, trzymajcie się, no bo w dolinę od was dojadą tylko uszy…”. Po schodzeniu z lodowca czołówka naszej uwiązanej grupy miała poślizg, ale pozostali sprawnie powbijali w śnieg czekany i kijki i bezpiecznie wyhamowaliśmy.
Innym zagrożeniem dla alpinistów są niewidoczne pod warstwą śniegu szczeliny. Wpaść w taką – niechybna śmierć.
Z dziennika podróży: „Z przełęczy od deszczu i gradu uciekaliśmy jak tabun spłoszonych koni. Lecieliśmy tak, dopóki niektórzy nie zaczęli zapadać się w śniegu nad szczelinami w lodowcu. Wyciągnąłem Franię i uprzedziłem innych o niebezpieczeństwie. Mnie się powiodło. Gorzej Ani, która wpadła po pas i wisiała, merdając nogami w pustce. Wydostanie jej zajęło około 10 minut. Z tego powodu Krystian, Witek, Zosia i Michał związali się liną. Inne dziewczyny ruszyły za nimi. Mimo to trzy osoby po kolei zapadły się nad szczeliną”.

Pyłek trotylu
Najciekawszy incyndent z milicją mieliśmy z Romkiem Sieniuciem przed kilku laty w Moskwie. Sytuacja była napiętą, ponieważ dzień wcześniej eksplodowała bomba na Dworcu Kazańskim. Zdziwiło nas jednak to, że na tym dworcu nie spotkaliśmy żadnego milicjanta. Na Mińskim, skąd pociągi odchodzą na zachód, przeciwnie – co rusz milicja, OMON, wojsko.
„Musułmanin, chodź no tutaj” – zaczepił Romka milicjant. Co prawda nie powinno nas to zdziwić. Wracaliśmy z Kirgizji i na głowach mieliśmy narodowe nakrycia nazywane dobuszkami. Po za tym brody, a zwłaszcza czarny zarost Romka czynił pewne aluzje. Funkcjonariusz miał jednak pecha – paszporty, wizy, zameldowania, bilety – wszystko było w porządku.
Zwalniając nas, jednocześnie zaczepił innych, jak się okazało – Polaków wracających znad Bajkału. Mieli niezadługo pociąg, a brakowało zameldowania, więc nerwowo rozglądali się, szukając pomocy. Wstawiliśmy się za nimi. Milicjant zbył nas krótkim zdaniem: „U was wszystko w porządku? Może przejdziemy na posterunek sprawdzić, czy nie macie na dłoniach pyłku trotylu?”. Wkrótce mieliśmy odjeżdżać, więc daliśmy spokój, a pechowych Polaków kosztowało to 30 dolarów.
Można sobie wyobrazić, ile kosztuje podróż, jeżeli w ciągu miesiąca co kilka dni będziesz miał styczność z milicją. Pozostaje jedno – sumienne przestrzeganie przepisów.

Zesłaniec?
Od miejscowych na Wyspach Sołowieckich przypadkowo dowiedzieliśmy się, że mieszka tam jeszcze pewien Polak. Zesłaniec lub potomek więźniów, pewnie już w sędziwym wieku, z brodą à la Sołżenicyn – nasunęły się pierwsze domysły.
Odnaleźliśmy jego dom. W sadzie, w altance, natknęliśmy się na świeży numer paryskiej „Kultury” – a więc pamięta język polski, interesuje się ojczyzną. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy spotkania.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy przed nami zjawił się mężczyzna w wieku 40 lat, w dżinsach, skórzanej kamizelce i z kolczykiem w uchu.
Mariusz Wilk, jak się przedstawił, okazał się pisarzem oraz akredytowanym korespondentem „Kultury”. Kiedyś w USA wydano jego autobiograficzną książkę o Solidarności. Pisał reportaże z wojny abchasko-gruzińskiej, w styczniu 1991 r. znajdował się w Wilnie, a w sierpniu, podczas puczu – w Moskwie. Zawsze gonił za sensacją, często poważnie ryzykując.
Ostatnio poświęcał się książce o Rosji. Jak opowiadał – to zawsze ciekawy temat dla Zachodu. Opisywał Wyspy Sołowieckie, bo, jak je określił, to Rosja w miniaturze. Ze swoim duchem, wadami i zaletami. Są tam sołowiecka elita intelektualna, urzędowa biurokracja i korupcja, milionerzy oraz mafia. Zbierał materiały, a urywki drukował w paryskiej „Kulturze”.

***
Wspólne pokonywanie trudów zbliża, tak się rodzą przyjaźń i zaufanie. Przygoda zostaje w ujęta ramach idei samokształcenia się i koleżeństwa. Klubowiczów czeka włóczęga duchowa i fizyczna. Ambitnej młodzieży zostaje zapewnione poczucie bezinteresownego, prawdziwego braterstwa, a równocześnie duchowej i fizycznej niezależności. Klub Włóczęgów Wileńskich to cześć naszego życia i część pięknej historii Wilna.

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 24(118); 22-28/06/2019

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.