„Gryf” stanął na wiecznej warcie. Pamięci płk. Ryszarda Filipowicza

184
Jako działacz związków kombatantów płk Ryszard Filipowicz „Gryf” czynił starania, aby ci, co położyli wszystko, co najdroższe na karcie Niepodległości, nie poszli w zapomnienie

10 lipca cmentarz Świętego Wawrzyńca we Wrocławiu zapłonął w biało-czerwonych barwach na niezliczonych pocztach sztandarowych i żołnierskich mundurach. Echo patriotycznych przemówień z ust wysokich urzędników płynęło daleko za teren nekropolii…

Organizacje społeczne i kresowe, przedstawiciele szkół rodzin Armii Krajowej oraz sędziwe wiarusy z opaską AK. Winowajcą tej patriotycznej manifestacji był wieloletni czołowy działacz organizacji kresowych i kombatanckich, honorowy prezes Okręgu Dolnośląskiego Światowego Związku Żołnierzy Związku Armii Krajowej, wybitny i swojemu miastu wielce zasłużony wrocławianin, a przede wszystkim Wilniuk, płk Ryszard Filipowicz, który pomimo „repatryjacji” i granic nigdy nie opuścił rodzimej Wileńskiej Kolonii Kolejowej.

Młode pokolenie Filipowiczów
Ryszard Filipowicz urodził się 1 sierpnia 1929 r. w Wilnie, w rodzinie Teofilii i Ryszarda Filipowiczów. Ryszard Filipowicz senior piastował stanowisko wysokiego urzędnika administracji kolei, toteż skorzystał z okazji wykupienia ziemi z Osiedla Spółdzielczego „Kolonia Wileńska”, w której pierwszeństwo do nabycia było kolejarzom.
Rodzina Filipowiczów mieszkała w Wileńskiej Kolonii Kolejowej (Górnej), z powodu swego uroku nazywanej Wileńską Szwajcarią, głównie zamieszkaną przez kolejarzy, w typowej dla Kolonii wilii: domu z drewna z uroczym sadem obsadzonym szlachetnymi sadzonkami drzew i krzewów sprowadzonych z renomowanych szkółek w kraju. Ponieważ kolejarze należeli do zamożniejszej części społeczeństwa, ogrodów w Kolonii prawie nie było – wszystko tonęło w tęczy kwiecia.
Rodzeństwo Ryszarda juniora składało się z dwóch sióstr i brata. Ryszard był trzecim w czworodzietnej rodzinie. Młode pokolenie Filipowiczów rosło w tradycjach religijno-patriotycznych. Ojciec Ryszard Filipowicz brał aktywny udział w życiu społecznym Kolonii, był także członkiem chóru kościoła pw. Chrystusa Króla i św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Kolonii Wileńskiej – jedynym do dziś drewnianym kościele w mieście Wilnie i jedynym kościele w stylu zakopiańskim na terytorium Republiki Litewskiej. Sam Rysiek chętnie pełnił posługę ministrancką pod pieczołowitym okiem pierwszego proboszcza ks. Lucjana Pereświet-Sołtana, późniejszego wykładowcy i wychowawcy Ryśka na tajnych kompletach w Kolonii oraz kapelana AK – „Żniwiarza”, moralnego autorytetu Kolonii, kilkakroć zesłańca „na białe niedźwiedzie”, którego szczątki spoczywają daleko w cudzej Incie. Rodzina i otoczenie formowały w młodym Ryszardzie osobę zrównoważoną, szlachetną, a zarazem ambitną i inteligentną, która w godzinie próby nie zawaha się zachować jak trzeba…

Odznaczeni przez gen. „Wilka”
Długo czekać jednak nie przyszło… 14-letni Rysiek po złożeniu przysięgi i wybraniu kryptonimu „Gryf” został żołnierzem Armii Krajowej. Służył w patrolu dywersyjnym Kedywu Bazy „Miód” w Kolonii Wileńskiej. Zajmował się głównie sabotażem, niszczeniem sprzętu czy przecinaniem przewodów.
Jego pierwszym zadaniem było utrudnianie przejazdu pociągom, które z Wilna jechały na Wschód. W 1944 r. wziął udział w operacji „Ostra Brama”. Aktywnie pomagał w lazarecie AK w Kolonii Wileńskiej składającego się z mniej więcej dziesięciu domów, włączając plebanię i miejscową szkołę. Osobno był szpital, sala operacyjna, nawet „szpital infekcyjny”.
Koloniści odznaczyli się ogromnym zapałem, toteż po zakończeniu operacji do Kolonii przybył gen. Aleksander Krzyżanowski „Wilk”, aby osobiście im podziękować, i wręczył odznaczenia najbardziej zaangażowanym osobom. Aktywny udział w lazarecie i pomocy AK podczas prześladowań brała też mieszkanka Kolonii, harcerka, kryptonim „Iskierka” – Stanisława Kowalewska, po mężu Kociełowicz, późniejsza podpułkownik oraz wiceprezes Stowarzyszenia Łagierników Armii Krajowej.

Porządny wrocławianin
Wojna, okupacja, uczestnictwo w partyzantce, walka o jutro: w czasie zimy zdobywanie deficytowego węgla z wagonów pociągu, często jadącego, nieraz pod wystrzałami sołdatów, handel ulubionymi przedmiotami czy wymiana na artykuły pozornie proste, a w czasie wojny deficytowe, jak np. olej z siemienia czy inne artykuły codziennej potrzeby, potajemne hodowanie w piwnicy zwierząt gospodarskich, obawa przed zapukaniem do drzwi bezpieki – tym wypełniony był romantyczny okres życia beztroskiego nastolatka z elitarnej rodziny urzędnika administracji kolei.
Transformacja ta dosięgła epilogu we wtorek 11 listopada 1945 r., gdy po wizycie NKWD rodzina Filipowiczów na zawsze pożegnała ojczysty dom w Wileńskiej Kolonii Kolejowej i z bólem serca przyłączyła do grona przyszłych „repatriantów”. 30 listopada 1945 r. Wrocław przywitał rodzinę Filipowiczów serią wyzwań – poszukiwaniem miejsca zamieszkania oraz pracy. To był tylko początek egzaminu, który Wilniucy w niezależności, od stopnia skomplikowania, musieli zdać, aby mogli się nazywać wrocławianami.
Biegły lata. Były Rysiek z „Górnej” został porządnym wrocławianinem. Zdobył wykształcenie ekonomisty, projektanta systemów EPD. Fotografik, twórca filmów amatorskich i juror w międzynarodowych konkursach filmowych, szybownik, podróżnik, społeczny opiekun zabytków, przedstawiciel inteligencji Wrocławia. Los „repatrianta” na własnym przykładzie oraz los powojennego Wrocławia Ryszard Filipowicz opisał w swojej ostatniej książce „Z rozstrzelanego miasta”.

Wywoływał klisze pamięci
Lata biegły, jednak czas nie zagoił ran. Pan Ryszard nigdy nie pogodził się z utratą rodzimego Wilna i Kolonii. Swój „ból i głód” koił aktywnym udziałem w organizacjach kresowych – członek Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, honorowy prezes Zarządu Krajowego Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna. Dopóki stan zdrowia pozwalał, nie przepuszczał okazji, aby powrócić do ukochanego Wilna, klęknąć u stóp Matki Ostrobramskiej i matki pochowanej na Starej Rossie, odwiedzić fundamenty domu w rodzimej Kolonii.
Do końca życia płk Filipowicz brał aktywny udział w działalności kombatanckiej. Od 1989 r. zasiadał we władzach Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, od 2012 r. kierował zarządem Okręgu Dolnośląskiego ŚZŻAK i redagował jego biuletyn – w każdym numerze publikował materiały o wileńskiej AK i AK w Kolonii Wileńskiej, czynił starania, aby ci, co położyli wszystko, co najdroższe na karcie Niepodległości, nie poszli w zapomnienie.
Pięknym przykładem tego jest książka autorstwa pułkownika „Rodzina Baranowskich” o konspiracyjnej działalności AK w Kolonii Wileńskiej, zaangażowanych w to osobach, a także o osobach tworzących patrol „Solcza”, którego trzon tworzyli chłopcy z Kolonii. Zdjęcia „Solczy” spotyka się często, ale informacji o nim jest bardzo mało.
W książkach „Klisze pamięci. Z wileńskiej Ojczyzny” i „Kolonia Wileńska – czas wojny” płk Filipowicz opowiada o powstaniu Kolonii, jej mieszkańcach, dzieli się wspomnieniami z lat młodzieńczych, a także dość systematycznie, przystępnie i obszernie opisuje przebieg akcji „Ostra Brama” w Kolonii Wileńskiej, patriotyczny zryw jej mieszkańców. Podaje też odpowiedzi na pytania od lat budzące dyskusje, np. o to, jakiego typu był pociąg, z którym doszło do potyczki w Dolnej Kolonii brygad „Szczerbca” i „Tura”. Pułkownik stawia konkretną odpowiedź – to był towarowy, częściowo opancerzony „bauzug”. Oparł ją na udokumentowanych faktach, nie wykluczył jednak, na podstawie dokumentów z niemieckiego archiwum, że mógł być i drugi pociąg – pancerny wojskowy.

Jego książki będą drogowskazem
W czasach najnowszych płk Ryszard Filipowicz mężnie stawiał czoła nowemu, groźnemu i podstępnemu okupantowi – bezgranicznemu egoizmowi, przesiąkniętemu apatią oraz nieczułością wobec bliźniego, ojczystej ziemi, dorobku pokoleń, a zarazem sławiącemu wszystko, co błyszczące, a kruche. Swoją działalnością społeczno-kresowo-kombatancką szczególnie w wspomnianych książkach nawoływał do tego, co prawdziwe, ludzkie i wbrew pozorom wieczne. I miał rację!
Wielu szlachetnych ludzi, świadków tych wielkich wydarzeń miało wątpliwości: „A czy to zaciekawi młodych?”. Płk Filipowicz wiedział, że zaciekawi, że nastąpi dzień, gdy nasuną się właściwe pytania, i dał na nie odpowiedź zawczasu. Życie jest kruche, przeminie wszystko, co ludzkie – ale książki pozostaną, one będą drogowskazem. Oprócz wspomnianych książek Ryszard Filipowicz napisał serię publikacji o tematyce kresowej, wydał także tomik poezji „Wileńskie wspomnienia”.
Pan Ryszard na zawsze pozostanie w mej pamięci prawdziwym mężem stanu, przykładem do naśladowania, człowiekiem o fenomenalnej pamięci, talencie organizacyjnym i literackim. Ale będzie przede wszystkim „sąsiadem z Górnej”, jak sam siebie określał podczas naszych prywatnych rozmów, z ciepłym kojącym wzrokiem i przyjacielskim uśmiechem.
25 czerwca 2019 r. odeszła osoba swoim przykładem reprezentująca inteligencję dawnych mieszkańców Wileńskiej Kolonii Kolejowej. Cześć Jego Pamięci!

Andrzej Muczynis
fot. facebook

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 29(141); 27/07-02/08/2019

1 KOMENTARZ

  1. wszystko ładnie, ale kto i na jakiej podstawie nadaje tym różnej wagi kombatantom tak wysokie stopnie starszych oficerów ; wówczas jakiś łącznik itp. a teraz „pułkownik” ; kompletna dewaluacja stopni !

Comments are closed.