Jerzy Bralczyk: Lubię odmianę wileńskiej polszczyzny

0
74

Co jest ważne w rozmowie? Ile kroków trzeba zrobić, by coś polubić? Dlaczego chodzimy pieszo? O tym i nie tylko w wywiadzie dla ,,Kuriera Wileńskiego” opowiada wybitny polski językoznawca prof. Jerzy Bralczyk. Naukowiec wspólnie ze swoją małżonką, dr Lucyną Kirwil, gościł w ostatnim tygodniu w Wilnie. Na zaproszenie Fundacji ,,Kultura Wilna”, którą reprezentuje Edward Trusewicz, profesor odbył kilka spotkań z polską społecznością na Wileńszczyźnie.


Wielu turystów z Polski twierdzi, że czuje się w Wilnie jak u siebie. Jak jest w Pana przypadku?

Większość ludzi, szczególnie młodych, woli kraje egzotyczne, które są nieznane, budzą przez to zaciekawienie. Jednak z wiekiem coraz bardziej cenimy sobie miejsca, w których czasem spotykamy rzeczy bliskie, jakoś obecne – czy to w naszej świadomości, czy też kojarzące się z czymś, o czym wiedzieliśmy. Dlatego też lubię odwiedzać tereny, w których już byłem. Ale lubię też te, w których nie czuję się zupełnie obco. Wilno jest takim miastem pośrednim. Z jednej strony jest poza granicami, nie mogę się tu odnaleźć od razu w tym, co najbardziej lubię, czyli w języku, a jednak całe wyobrażenie, historia…

Ma Pan jakieś swoje ulubione miejsca w Wilnie?

Polski język jest taki, że nie możemy powiedzieć od razu, że coś lubimy. Najpierw musi się coś podobać i dopiero jak się nam kilka razy podoba, to wtedy powiemy, że lubimy. I to jest pierwsze, że nie możemy od razu polubić. A słowo ulubiony sięga jeszcze głębiej. Mogę coś polubić i nawet lubić, ale nie będzie to moje ulubione. Zakłada bowiem pewien wyjątek. I dlatego wciąż jestem na etapie, że coś mi się podoba. Może nawet bardzo mi się podoba, ale dopiero za trzecim razem, kiedy coś mi się będzie podobało i ja będę tego świadom, mogę powiedzieć, że zaczynam to lubić. Od zaczynania lubić i lubienia jeszcze jest krok, a od lubienia i polubienia do tego, że coś jest ulubione, to jeszcze są dwa kroki. Nawet nie dlatego, że stawiam sobie czy tym miejscom jakieś wymagania, ale uważam, że jeszcze nie mam do tego prawa. To trochę tak, jak z ulubionymi pisarzami, których trzeba wielokrotnie czytać, żeby byli ulubionymi albo z ulubionym obrazem czy utworem muzycznym. To znaczy wiem, że będę do niego sięgał i mam do niego jakieś prawa. Więc jeszcze nie mam takich praw do fragmentów Wilna, chociaż na pewno jest wiele miejsc, które chętnie bym jeszcze odwiedził.

Rozumiem, że należy Pana jeszcze kilkakrotnie zaprosić, żeby te miejsca stały się ulubionymi?

Właśnie tu przychodzi mi do głowy co znaczy ,,zaprosić”? Jeżeli zapraszamy, to zapraszamy tam, gdzie jesteśmy gospodarzami. Mogę powiedzieć, że gdybym teraz miał coś pokazać temu, kto Wilna nie zna, na przykład mojej wnuczce, to chciałbym móc powiedzieć, że ją zapraszam do Wilna. Jeszcze nie mam prawa zapraszać nikogo, bo nie jestem u siebie, ale to, że chciałbym móc tak powiedzieć, już o czymś świadczy. Takie słowa ustalają naszą relację ze światem. ,,Lubić”, ,,polubić”, ,,mieć coś ulubione”, ,,prosić”, ,,zaprosić”, ,,gościć gdzieś”. Czy chciałbym gościć w Wilnie? Tak, oczywiście i nie jest to miasto, w którym się urodziłem, w którym mieszkam. Chociaż po tygodniu pobytu w jakimś miejscu już mówię ,,wracamy do domu”. Kiedy wracam z żoną z kolejnej przechadzki – dużo chodzimy pieszo, bo inaczej się chodzić nie da, niestety, bo zawsze pieszo chodzimy, to mówię: ,,wracamy do domu”. Ale jeszcze nie wracamy z powrotem, bo to zakłada większą powrotowość.

Jakie spostrzeżenia ma Pan z tegorocznych spotkań?

Przede wszystkim językowe. Zawsze lubiłem tę odmianę polszczyzny, którą mówi się tutaj. Fonetycznie czy też artykulacyjnie. I nawet gramatycznie. Jest inna składnia, inne odcienie znaczeniowe. Pytania, które podczas spotkań mi zadawano, zawierały wątki figlarne. Pytano mnie o różnice znaczeniowe między używaniem w polszczyźnie wyrazu „obcować”. Bardzo mnie rozbawiło zdanie ,,jeszcze się nie rozebrała, a już dokazuje”, czyli ,,jeszcze nie wie o co chodzi, a już udowadnia”. Czasem podszycie innymi znaczeniami, do których może mieć stosunek filuterny, nie tylko wzbogaca, ale też sprawia, że ta odmiana staje się sympatyczna.

Nie należy tego oczyszczać, żeby zyskało poprawną formę?

Użyła pani dwóch słów, które mają pozytywną konotację. ,,Oczyścić” i ,,poprawny”. Czy oczyszczenie to zawsze jest coś, co daje pozytywne efekty? Oczyszczenie czy wyczyszczenie czasami polega na dojściu do pewnego stanu obojętności, neutralności albo pozbawieniu jakichś cech charakterystycznych. Niekiedy przeszkadzają także w mowie, kiedy najważniejsza jest treść i kiedy nie powinniśmy zwracać uwagę na formę. Wtedy forma, nawet najpiękniejsza, może nam przeszkadzać. Cechy charakterystyczne, które są specyficzne dla danego terenu, nie muszą być brudne z których coś czyścimy. Dlatego też w sytuacji, w której prowadzimy poważną dyskusję, gdzie ważne są nasze konkluzje, to rzeczywiście lepiej jest, kiedy się posługujemy językiem neutralnym. Ale jeżeli rozmawiamy i ta funkcja fatyczna języka, czyli to, że jesteśmy ze sobą przez rozmowę, w której zawsze jest jakiś element estetyczny – czy powinniśmy z tego oskrobywać nasz język? W rozmowie liczy się nie tylko to, do czego dojdziemy, ale też jak do tego idziemy.

Rozmawiała Ewelina Mokrzecka

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.