0
Do końca czekaliśmy na sojuszników

Kacper Śledziński (ur. 1975), historyk i pisarz. Autor popularnonaukowych książek poświęconych m.in. dokonaniom polskich oddziałów i żołnierzy podczas II wojny światowej, m.in. „Czarna Kawaleria. Bojowy szlak pancernych Maczka” czy „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”. W sierpniu ukazał się jego „Potop’39” Fot. Jarosław Tomczyk

Polska we wrześniu 1939 r. była dobrze przygotowana do wojny, ale koalicyjnej. Osamotniona przegrała przede wszystkim wskutek olbrzymiej przewagi niemieckiego lotnictwa, które niszczyło łączność i logistykę, pogłębiając chaos dowódczy – twierdzi Kacper Śledziński, historyk, autor popularnej w Polsce serii książek o II wojnie światowej.

*W którym momencie było przesądzone, że wojna 1939 r. wybuchnie?

Jan Żychoń, major polskiego wywiadu, napisał w dokumentach, które znajdują się w Londynie, że wywiad już w połowie sierpnia był pewien, iż wojna wybuchnie. Mówiąc o tym, stawiam znak zapytania, bo jednocześnie po działaniach polityków – polskich, brytyjskich czy francuskich – widać dążenia, by wojny uniknąć. Tymczasem ci politycy brytyjscy, którzy mówili, że trzeba robić wszystko, by wojna nie wybuchła, i straszyli Hitlera, że Wielka Brytania do niej przystąpi, równolegle w kuluarach próbowali się z Hitlerem dogadać. Zdarzały się nawet przypadki, że rozważano możliwość pożyczki dla Hitlera, a w skrajnym wypadku – sojuszu brytyjsko-niemieckiego, oczywiście kosztem Polski. Niemcy otrzymaliby Gdańsk, a nawet całe Pomorze, w zamian za rezygnację z ataku na Polskę.

*W Polsce praktycznie do samego końca odwlekano decyzję o mobilizacji.

Wynikało to z głosów ambasadorów brytyjskich i francuskich. Londyn i Paryż bały się sprowokować Niemców. Mobilizacja była spóźniona. Wina leży po stronie małego zdecydowania polskich czynników decyzyjnych, politycznych i wojskowych. Trzeba się było trzymać raz wytyczonej strategii, a nie odwoływać i ponawiać mobilizację, co wprowadzało chaos. Tak więc 1 września pod bronią nie stanęło tylu żołnierzy, ilu mogło.

*A tymczasem 1 września Niemcy zaatakowali…

Ale nawet wtedy pojawiały się głosy, że zawsze można się cofnąć. Był jeszcze taki okres w pierwszych dniach września, że Brytyjczycy naciskali na Niemców, żeby się jednak wycofali, i gdzieś tam wśród polskich oficerów wyższego i niższego szczebla plątała się myśl, że może to wszystko się skończyć na zasadzie jakiegoś szybkiego porozumienia i cofnięcia się Niemców. Jednak Hitler był zdecydowany na wojnę, co pokazało porozumienie ze Stalinem z 23 sierpnia, czyli pakt Ribbentrop-Mołotow.

*Zachód wiedział o „tajnym protokole” do paktu?

Prezydent USA wiedział już następnego dnia. Amerykanom dokumenty o tajnym porozumieniu sowiecko-niemieckim, skierowanym przeciwko Polsce, przekazał sekretarz ambasady niemieckiej w Moskwie Hans von Herwarth. Herwarth pisał potem, że zrobił to w zgodzie ze swoim sumieniem, myślę, że to prawda. Należy się tylko zastanowić, czy w ZSRS, kraju, w którym inwigilacja była posunięta do granic absurdu, wywiad NKWD po prostu nie pozwolił przekazać tej informacji na Zachód. Zmierzam do tego, że gdyby Stalin chciał, by świat się o tym nie dowiedział, żeby Herwarth tej informacji nie przekazał, to zrobiłby to bez większego wysiłku. Uważam, że ten wyciek informacji był Stalinowi na rękę, bo mógł przyhamować działania aliantów chcących wystąpić przeciw Niemcom będącym w sojuszu ze Związkiem Sowieckim. Stalin pokazywał Zachodowi, że jeżeli zaatakuje Niemcy, to zaatakuje też ZSRS.

Niemieccy żołnierze przeszukują Westerplatte po kapitulacji, 7 września 1939 r Fot. NAC

*Hitler był przekonany, że front na zachodzie nie ruszy. Intuicja czy znakomity wywiad?

Myślę, że wywiad. A zakulisowe rozmowy, o których wspominałem, o pożyczce, układzie, tylko go w tym utwierdzały.

*Był w ogóle moment, w którym Francja i Wielka Brytania brały realnie pod uwagę zaatakowanie Rzeszy na froncie zachodnim?

Na to pytanie nie da się odpowiedzieć krótko. Francuscy politycy chcieli za wszelką cenę uniknąć wojny, bo znali nastroje społeczeństwa, obawiali się ich i się z nimi liczyli. Taka jest natura demokracji. Natomiast francuscy wojskowi mówili, że trzeba ruszyć natychmiast, żeby stosunkowo tanim kosztem Hitlera pokonać. Zdawali sobie sprawę z olbrzymiej przewagi armii francuskiej nad słabą armią niemiecką, która znajdowała się nad Renem. Jednak rząd kazał stać, armia stała.

*Podobna sytuacja była w Polsce, pisze Pan o tym w swojej najnowszej książce „Potop’39”. Z wojskowego, taktycznego punktu widzenia nie brakowało głosów, że linię obrony należy ustawić na Wiśle, ale z politycznego punktu to było nie do przyjęcia. Czy gdyby argumenty wojskowe wzięły górę, mogłoby to coś zmienić w przebiegu działań wojennych?

Polska przygotowywała się do wojny koalicyjnej i do niej przygotowana była dobrze. To, że wódz naczelny, marszałek Edward Rydz-Śmigły, postawił wojska na granicy, było wymogiem politycznym, ale też strategicznym. Chodziło o pokazanie Zachodowi, że walczymy na poważnie od pierwszego dnia, hamujemy postępy sił wroga, na ile dajemy radę, bo czekamy, aż wy ruszycie z ofensywą, która zada Niemcom błyskawiczną klęskę. W wersji pierwszej od razu zakończy to wojnę, w drugiej – doprowadzi do wycofywania oddziałów niemieckich z Polski na zachód, pozwoli na kontrofensywę i prawdziwa wojna toczyć się będzie na terytorium Niemiec walczących na dwa fronty. W sztabie naczelnego wodza rozpatrywano różne warianty wojny. Również wojnę w skali mikro, w której Niemcy zaatakują tylko Pomorze Gdańskie albo tylko Wielkopolskę. Stąd wysunięcie dywizji w sierpniu w ten rejon. To wszystko nam, z perspektywy 2019 r., wydaje się jasne. Front ustawiony na Wiśle byłby krótszy, oparty na szerokiej, głębokiej rzece i łatwiejszy do obrony. Ale przecież mogło się tak wówczas zdarzyć, że Niemcy weszliby do Wielkopolski, na Śląsk, Pomorze, tam się zatrzymali i wysłali parlamentariuszy z propozycją zakończenia działań nie tylko do Warszawy, lecz także do Paryża i Londynu, pokazując się jako orędownicy pokoju. A Zachód by się zgodził. Poza tym samo postawienie frontu na Wiśle też nie gwarantowało zwycięstwa. Niemcy mieli przewagę lotnictwa. Bitwa, wojna mogła trwać długo. Mogłoby to przynieść sukces, ale warunek był ten sam: atak z zachodu, a nie solidny plan działania armii polskiej. Natomiast kwestia ustawienia wojsk była o tyle polityczna, że rząd polski, a zwłaszcza minister spraw zagranicznych Józef Beck, nie do końca ufał Anglikom – i jak się okazało, miał rację.

*Do wojny koalicyjnej nie doszło. Doszło tylko do wojny polsko-niemieckiej z olbrzymią, ponaddwukrotną niemiecką przewagą. Można było zrobić w niej więcej?

Uważam, że tak, ale znów wchodzimy w niuanse taktyczne. Od przełomu lat 20. i 30. mieliśmy od wywiadu wiadomości, gdzie najprawdopodobniej uderzy główny niemiecki front natarcia. Na północ od Częstochowy, na Kielce i Warszawę. I w 1939 r. marszałek decyduje się tam postawić łączenie między armiami Łódź i Kraków. A więc mamy tu bardzo słaby punkt, choć spodziewamy się najmocniejszego uderzenia. Latem 1939 r. gen. Kazimierz Sosnkowski mówił to marszałkowi. Zapytał, czemu nie postawimy w tym miejscu silnego ugrupowania. Marszałek nie odpowiedział i, co gorsza, nie odniósł się pozytywnie do tej sugestii.

*Mieliśmy wojska rozciągnięte od Karpat przez granicę zachodnią po granicę Prus.

Armie Karpaty, Kraków, Łódź i Poznań stały naprzeciw niemieckiej grupy armii Południe, która wzięła na siebie główne uderzenie, miała rozbić polskie wojsko, zdobyć Warszawę i wygrać wojnę. Moim zdaniem marszałek zapomniał o podzieleniu tego frontu na mniejsze grupy armii, o co aż się prosiło. Gdy generałowie Tadeusz Kutrzeba i Juliusz Rómmel o tym ze sobą rozmawiali, rozpatrując scenariusze, co zrobimy, gdy stanie się to lub to, zostali przez Rydza-Śmiegłego zrugani. Sam nie wypracował schematów działań – co już stawia marszałka w złym świetle – a gdy ktoś wyszedł z inicjatywą, to jeszcze zabronił. To pokazuje, na jakim był poziomie myślenia strategicznego. Moim zdaniem nie ogarniał całego frontu. Może, choć to nie do końca pewne, spełnił się w 1920 r. jako dowódca armii, ale jako wódz naczelny chciał dowodzić każdą armią, ingerując i przeszkadzając w zasadzie generałom. Najlepszy przykład to zakazanie małej ofensywy gen. Kutrzeby na armię gen. Blaskowitza, o którą ten prosił 3 września. Marszałek zgodził się dopiero sześć dni później. Zdaniem gen. Kutrzeby, który po wojnie dogłębnie analizował sytuację, różnica była duża.

*Większe szanse dawał atak na początku wojny?

Bitwa nad Bzurą to sztandarowy przykład problemów dowodzenia w 1939 r. Była chaotyczna. Marszałek chciał dowodzić, będąc już w Brześciu, praktycznie bez kontaktu. Mądrze używane lotnictwo przechyliło szalę zwycięstwa na niemiecką stronę. Łączność i logistyka, czyli drogi, mosty, tory, zniszczone przez naloty, to był największy problem tej wojny. Używano łączników na koniach, motorach, w samolotach, depesze radiowe były przechwytywane, co Polacy słusznie przewidywali i wiele przekazać tą drogą nie mogli. Gdyby bitwa nad Bzurą była odważniej poprowadzona, to znaczy gdyby Rydz od razu 3 września zgodził się na jej przeprowadzenie, gen. Władysław Bortnowski wykonywał polecenia gen. Kutrzeby, a sam Kutrzeba – przed wojną wykładowca – bardziej dowodził, niż proponował rozwiązania, to może nie przyniosłaby zwycięstwa, ale mogła przedłużyć wojnę i zmusić aliantów do zajęcia innego stanowiska.

*W którym momencie wojna była już przegrana, które momenty o tym przesądziły?

W chwili rozpoczęcia ofensywy nad Bzurą 9 września i przez kolejne trzy, cztery dni była szansa na zwycięstwo. Podkreślę: gdyby ruszył Zachód, co według ustaleń francuskich generałów miało nastąpić 17 września. 12 września, po posiedzeniu francusko-brytyjskiej Najwyższej Rady Wojennej w Abbeville, było już jasne, że nasi sojusznicy nie ruszą i wojna była już przegrana. Kłopot w tym, że Polacy o tym nie wiedzieli. Te wszystkie nasze heroiczne zrywy, obrona Warszawy, Helu, Lwowa, bitwa pod Kockiem, to wszystko było robione, by doczekać ofensywy na zachodzie. Załamanie ofensywy nad Bzurą, a przede wszystkim wejście 17 września armii sowieckiej to graniczny moment, gdy można powiedzieć, że wojna była przegrana.

*Co w tej sytuacji?

Trzeba było się poddać albo – na co zdecydowano się słusznie – ratować wojsko, i stąd wycofywanie się ku granicy z Rumunią. W planach była też obrona w korzystnym ku temu górskim terenie tzw. przedmościa rumuńskiego. Zdaniem Rydza-Śmigłego dawał on nadzieję otrzymywania pomocy z Zachodu przez Rumunię.

*W książce rozprawia się Pan z mitem polskich ataków z szablami na czołgi.

Wspominam o tym choćby podczas bitwy pod Mokrą. Tam były dwie sytuacje, w których ułani przypadkowo natrafili na czołgi i próbowali im uciec spod luf, by nie zostać zabitymi. Takich przypadków w wojnie było kilka. Atakowano czasem piechotę, a w trakcie okazywało się, że pojawiały się czołgi. Wtedy jeśli nie udało się zawrócić, to ostrzał niemiecki czynił duże straty.

*Polacy zaskoczyli czymś w tej wojnie Niemców?

Dobrą bronią przeciwpancerną na niemieckie czołgi. Dlatego zdecydowało lotnictwo, bo w broń przeciwlotniczą byliśmy słabo wyposażeni. I oczywiście hartem ducha. Odwagi i determinacji nie brakowało, aczkolwiek wyjątki rzecz jasna też były.

Wysadzony przez wojska polskie most kolejowy na Wiśle w Tczewie Fot. NAC

*Jakie jest pańskie spojrzenie na sytuację wrześniową w Wilnie, z racji położenia długo będącego tłem głównego frontu działań.

Los chciał, że Wileńska Brygada Kawalerii nie miała okazji wykazać się tak dobrze, jak oddziały wołyńskie czy płk. Stanisława Maczka. Gdy pod miasto podeszły oddziały sowieckie, był pomysł, by bronić Wilna, aby pozwolić wyjść z miasta ludziom. To jest jak najbardziej zrozumiałe, warto bronić w konkretnym celu. Doszło do nieporozumień między pułkownikami Okulicz-Kozarynem a Podwysockim, ale zamysł był logiczny. Nie ma sensu ponosić ofiar, warto chronić ludzi, mogą się przydać później. Pisał o tym po wojnie Jerzy Giedroyc. W Wilnie dalekim echem takich działań stała się w 1944 r. operacja „Ostra Brama”.

*Każda wojna ma swoich bohaterów i antybohaterów, ta wrześniowa też. Kto w pańskiej ocenie jest najbardziej niedoceniony, a kogo przeceniamy?

Dużo gorzkich słów padło tu pod adresem wodza naczelnego, myślę, że lepiej sprawdziłby się w tej roli gen. Kazimierz Sosnkowski. To twierdzenie oparte na materiałach, które po sobie zostawił. Lepiej rozumiał zagrożenie i strategiczne działanie armii. To była wojna przegrana, trudno szukać bohaterów, którzy bohaterstwem aż ociekają. Na pewno bardzo dobrze spisał się generał, wówczas pułkownik Maczek, jego jednostka praktycznie nie przegrała bitwy. Ale nie każdy zgodzi się z opinią, że dobrze spisał się gen. Władysław Anders. Dużo więcej spodziewano się po Bortnowskim, uważanym przed wojną za jednego z zdolniejszych polskich generałów, a on tych możliwości w wojnie nie pokazał. Nie wykonywał nawet niektórych rozkazów Kutrzeby, generała powszechnie uważanego za najlepiej dowodzącego w czasie wojny wrześniowej.

*Jak wiele nie wiemy o Wrześniu, co jeszcze kryją archiwa?

Akurat o Wrześniu wiemy bardzo dużo. Archiwa mają to do siebie, że te niewygodne płoną i wielu rzeczy z przebiegu II wojny czy dwudziestolecia ją poprzedzającego nie dowiemy się nigdy.

Jarosław Tomczyk


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 34(164); 31/08-0609/2019

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.