Udany debiut wędryńskiego zespołu teatralnego

0
84
Sztuka opowiada o dwójce podróżujących – starym kawalerze i zubożałej szlachciance, którą w interpretacji Ondraszka zagrali Agata Rajčani i Jakub Kluz Fot. Marian Paluszkiewicz

W Teatrze na Pohulance, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Wileńskie Spotkania Sceny Polskiej”, widzowie mieli okazję zapoznania się z Teatrem im. Jerzego Cienciały MK PZKO Wędrynia. Amatorzy z Czech przyjechali na Litwę z dwoma spektaklami jednoaktowymi – „Świeczka zgasła” i „Nikt mnie nie zna” Aleksandra Fredry, w reżyserii Janusza Ondraszka. Miniony piątek był więc poświęcony klasycznej, pozytywnej, prostej i pouczającej komedii.

Wieczór rozpoczął spektakl „Świeczka zgasła”, który po raz pierwszy został wystawiony w 1877 r.
Sztuka opowiada o dwójce podróżujących – starym kawalerze i zubożałej szlachciance, którą w interpretacji Ondraszka zagrali Agata Rajčani i Jakub Kluz. Po wypadku dyliżansu bohaterowie są zmuszeni razem spędzić noc w leśnej izbie. Początkowo, nie widząc swoich twarzy w ciemności, traktują siebie nawzajem z dystansem, stereotypowo. Ich relacja jednak diametralnie się zmienia, gdy przy świetle świecy mogą wreszcie zobaczyć siebie i dostrzegają atrakcyjność partnera. Zmianę stosunków pary dobrze ilustruje chwila, gdy bezimienni i bezlicy Pani i Pan przedstawiają się sobie i przekształcają w Jadwigę i Władysława.

Reżyser skupił uwagę widzów przede wszystkim na grze aktorów, umieszczając na scenie minimalną liczbę elementów scenograficznych – z rekwizytów był tylko kominek, stół z krzesłami oraz tytułowa świeczka. Autentyczną atmosferę fredrowskiego okresu tworzyły zatem stroje bohaterów, w których zadbano nawet o drobne szczegóły – na przykład Władysław zamiast skarpet miał na nogach onuce. Zademonstrował je, starannie zawijając wokół stop, gdy musiał osuszyć zmoczone nogi po wypadku w deszczowy wieczór. Pierwsza jednoaktówka trwała ok. pół godziny, między spektaklami jednak słusznie zaplanowano przerwę.

W drugiej inscenizacji scenografia wyglądała już bardziej bogato – na deskach historycznej Pohulanki znalazła się nieduża fasada domu, płot, kwiaty, krzesła i kwiecista arka. Cieszyło, że na scenie było barwniej i jaśniej, niż podczas poprzedniego spektaklu, któremu towarzyszył półmrok.

Wierszowany dramat „Nikt mnie nie zna”, w którym jedną z głównych ról, Marka Ziębę, zagrał sam reżyser – przedstawia historię nieufnego kupca Zięby, który pewnego razu postanowił sprawdzić wierność swej żony. W tym celu przebrał się za oficera Jana Rembosza. O tej chytrej intrydze dowiedział się jednak szwagier Zięby, który namówił wszystkich domowników do przyjęcia gry i udawania, że nie rozpoznają gospodarza domu. Wkrótce ta „kasza”, którą sam sobie ugotował główny bohater, przestała mu smakować. Jednak, jak przyznał sam Zięba, „grać musi, kto już rozdał karty”.

Aktorzy nie zawiedli – grali dynamicznie i świetnie współdziałali ze sobą na scenie. Śledząc natomiast zabawne perypetie siedmiorga bohaterów, cała widownia nie mogła powstrzymać chichotania, które szczególnie wzmacniał zaraźliwy śmiech Kaspra, prostodusznego służącego Zięby. Dzięki ciekawemu tekstowi i dość trafnie dobranym strojom, publiczności udało się przenieść w atmosferę XIX-wiecznego gospodarstwa. Nie przeszkadzało nawet to, że niektórzy aktorzy występowali w dżinsach.

Oglądając oba spektakle, widz miał dobrą okazję napawania się językowymi perełkami Fredry. Natomiast szczególnego smaku brzmiącej na scenie polskiej mowie dodawał łagodny, ledwo wyłapywany czeski akcent. Wileńska publiczność ciepło przyjęła wędryńskich aktorów, którzy przybyli do naszego miasta po raz pierwszy. Warto zaznaczyć, że Teatr im. Jerzego Cienciały jest jednym z najstarszych polskich teatrów działających poza granicami Polski – istnieje już od 1903 r.

– Nasi przodkowie dbali o kulturę polską i my o nią dbamy nadal. Chcemy, żeby język polski wciąż był między nami. Mamy polskie szkoły, oglądamy polską telewizję, ale też polski teatr odgrywa istotną rolę w pielęgnowaniu naszej kultury. Pracujemy nad różnymi sztukami, graliśmy wiele współczesnych dramatów, ale ostatnio wracamy do tradycji – toteż do Wilna przyjechaliśmy z Fredrą. Ten temat od czasu do czasu trzeba powtarzać, choćby nawet po to, że język polski już nie jest językiem z czasów Fredry. Warto więc przypomnieć, jak się wtedy mówiło, a przy okazji też się pośmiać z dobrej komedii – przekonywał w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” reżyser, Janusz Ondraszek.

Oba spektakle miały w tym roku premierę we Lwowie, podczas 9. edycji Polskiej Wiosny Teatralnej, zaś później mogła je obejrzeć też publiczność Wędryni. Wilno natomiast zostało trzecim miastem, w którym Teatr im. Jerzego Cienciały zaprezentował swoją interpretację Fredry.

– Nie tylko nasze spektakle, ale też my sami przyjechaliśmy do Wilna po raz pierwszy. Planowaliśmy to zrobić już od wielu lat, ale dotychczas nie było takiej możliwości. Różnych festiwali jest sporo, ale skoro jest duży zespół, wszyscy pracują, to dość trudno jest zrobić wszystko tak, żeby wszyscy aktorzy mogli jednocześnie gdzieś pojechać. Cieszę się więc bardzo, że tym razem nam się udało. O spędzonym tu czasie musimy wyrażać się w samych superlatywach. Jest nam bardzo miło poznać tylu nowych, wspaniałych ludzi i cudowne miasto. Mamy nadzieję też na kolejne, ciepłe spotkania – powiedział reżyser.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.