Uśmiech to najkrótsza droga do człowieka

1676
Oto moja Wigilia: płonie ognisko, idziemy z pochodniami z Maryją i Józefem, ktoś krzyczy: „Nie ma miejsca w gospodzie!”

Dobra potrzebujemy nie tylko od święta – mówi Anna Dymna, której, u schyłku starego roku, „Kurier Wileński” złożył wizytę w Krakowie. W części I długiej rozmowy wybitna aktorka opowiada o swoim Bożym Narodzeniu, o tym, czego nauczyli ją rodzice, i radzi, jak postępować ze złem.

Prawdopodobieństwo trafienia głównej wygranej w totolotka i umówienia się na spotkanie z Anną Dymną jest mniej więcej zbliżone. Uwielbiana przez widzów Ania Pawlaczka z sagi o Kargulach i Pawlakach, niezapomniana Marysia Wilczurówna ze „Znachora” czy nieziemsko piękna Barbara Radziwiłłówna z serialu „Królowa Bona” jest osobą niezwykle zapracowaną. Występuje na teatralnych deskach, prowadzi autorski program w telewizji i wykłady ze studentami, organizuje Salony Poezji, a także prezesuje założonej przez siebie 16 lat temu fundacji „Mimo wszystko”, niosącej pomoc głównie dorosłym osobom niepełnosprawnym intelektualnie, z której wsparcia skorzystało już ponad 25 tys. potrzebujących.
Nic dziwnego, że asystent aktorki uprzejmie, acz konsekwentnie odsyła mnie, nie widząc dla mnie miejsca w kalendarzu. Ale próbować trzeba. Trzeba się w końcu nawet uciec do fortelu i na targach książki odstać w długiej kolejce proszących o autografy, by dotrzeć do źródła. Bo kto puka, temu w końcu otworzą. A gdy otworzą, to wystarczy już tylko dyskretnie podsuwać wątki. I popijając pyszną kawę, można słuchać barwnie snutych refleksji, w których Anna Dymna opowiada…

O świątecznych przygotowaniach

Święta Bożego Narodzenia od wielu lat zaczynają się u mnie już w listopadzie. Z masy solnej godzinami lepię malutkie aniołki, szopki, zwierzaczki różne. Zobaczyłby pan, jakie dziecko ze mnie wychodzi, gdy cierpliwie lepię centymetrową wiewióreczkę na choince, a ona wciąż chce być ptaszkiem. Widziałby pan też prawdziwą radość, gdy lepię krowę, która ogonem trzyma Świętą Rodzinę, kotek się na to patrzy, zajączek i misiu, albo choinkę z ptaszkami, biedronkami, motylkami. Potem to wypiekam jak ciasteczka i gdy wystygnie, maluję akrylami. Potrzebne precyzja i cierpliwość, a przede wszystkim czas.
A że czas mam ostatnio tylko w nocy, więc siedzę sobie cichutko przy specjalnej lampie w nocnych godzinach. Czasem słyszę: „Ania, spać! Już pierwsza!”, ale odpowiadam, że nocne, dymne warsztaty terapii zajęciowej nie liczą się z czasem. Muszę bowiem co roku zdążyć coś zrobić na aukcję Polskiego Radia „Choinki Jedynki”, z której dochód trafia do podopiecznych mojej fundacji. Tematem prac są „Tajemnice świąt Bożego Narodzenia”. Wybrane dzieci z całej Polski oraz podopieczni dwóch fundacji malują obrazki, do dzieci przyłączają się aktorzy, dziennikarze, wokaliści i inni wielcy naszego świata. Potem odbywa się aukcja.
Zebranymi pieniędzmi od lat dzielę się po połowie z wybraną przez siebie inną fundacją, która potrzebuje wsparcia. W tym roku wybraliśmy organizację, która zajmuje się dorosłymi osobami z głębokim autyzmem. Ileż radości jest przy tym projekcie! Czasem i ja odnoszę sukces. Kiedyś ktoś za 7 tys. zł kupił moją małą choineczkę z biedronkami. Może nie była arcydziełem, bo zdolności nie mam specjalnych, ale w każdą biedroneczkę wkładam serce i pewnie to jest największą wartością.

O spędzaniu Wigilii

Wigilię od lat robi mój starszy brat. Po kolacji jadę do Radwanowic. Tam, przed pasterką, od lat organizujemy plenerowe widowisko „Narodziny Jezusa”. Biorą w nim udział niepełnosprawni intelektualnie podopieczni fundacji „Mimo wszystko” i Fundacji im. Brata Alberta, terapeuci, czasem aktorzy, którzy mogą tego dnia być z nami, policja, muzycy – kto może.
Zawsze jestem z mężem. Są też księża i okoliczni mieszkańcy. Podopieczni, przebrani w pasterzy, w anioły, trzech króli, żołnierzy, z radością biorą udział w przedstawieniu. Płonie ognisko, idziemy z pochodniami z Maryją i Józefem, ktoś krzyczy: „Nie ma miejsca w gospodzie!”, pada deszcz lub śnieg, padają słowa najpiękniejszych wierszy o cudzie Narodzenia, ktoś śpiewa kolędy i jest super. A jak już Maryja porodzi Dzieciątko, to jeszcze coś tam pośpiewamy i idziemy na pasterkę. Tak to zawsze wygląda, bez względu na to, jak się czuję, co się dzieje, jaka jest pogoda.
Kiedyś idziemy z pochodniami, czytam Pismo Święte, obok Jasiu, który grał Józefa, i dziewczyna, trzydzieści parę lat, przebrana za Matkę Boską. Muzykanci grają, a ona mówi: „Ania, brzuszek mnie boli”. „Cicho, teraz trwa widowisko” – odpowiadam jej i czytam dalej do mikrofonu. „Ale, Ania, mnie jest niedobrze”. „Coś zjadałaś na wigilię?” – pytam cicho. „Nie!” – odpowiada i prawie płacze. „Cicho, zaczekaj jeszcze chwileczkę” – mówię i czytam do mikrofonu: „I porodziła dziecię”. A ona mówi: „Ania, już mnie nie boli, już urodziłam”. Z moimi kochanymi niepełnosprawnymi przyjaciółmi wszystko przeżywa się głębiej, jakoś prawdziwiej i radośniej. Oni robią wszystko naprawdę, tak pięknie się wczuwają w swoje role, całym sercem i całym sobą.

Chciałabym, żeby jak się zrobi coś dobrego, wszyscy o tym mówili i to reklamowali. Ale to się ponoć gorzej sprzedaje

O bożonarodzeniowych smakach

Smak Bożego Narodzenia mojego dzieciństwa to był przede wszystkim barszcz postny – bo w Wigilię się pościło – gotowany na rybich głowach. Karp był oczywiście zawsze głównym daniem, smażony, czasem też w galarecie lub po grecku. Smak świąt to też pierogi z kapustą. Słodką, nie kiszoną. Popieprzone lekko, podsmażona cebulka, kapusta zmielona, gotowana, biała. I to polewane masełkiem. Takie delikatne, pyszne.
Robię takie tylko w Wigilię i za każdym razem, przez ponad 60 lat, się pytam, czemu to robimy tylko raz w roku. Przecież to takie smaczne! A potem wkracza karp smażony. Najbardziej lubię taki chrupiący ogonek, mniam mniam. Uwielbiam ryby w ogóle, a karpia się je rzadko, bo jest tłusty, za to w Wigilię – obowiązkowo. Te trzy potrawy muszą być, no i przeróżne sałatki, i kutia, oczywiście. Poza wszystkimi innymi rzeczami, które się piecze, makowcami, babami, tortami, serowcem moim ulubionym.
Ja jestem w rodzinie od kutii. Takiej, jak babcia i mama robiły. Trzeba długo gotować pszenicę i kilka razy zmieniać wodę. To wymaga czasu i cierpliwości. Mak przemielam trzy, cztery razy. Wmówiłam sobie, że to uwielbiam, więc robię z wielką radością i dużo. Dla całej rodziny. Teraz kutia jest bogata, wszystkie bakalie są dostępne, nie tak jak za komuny – z zagubioną, zdobyczną rodzynką i cudem zdobytą skórką pomarańczową. Bakalie kroimy ręcznie, z namaszczeniem, te migdały, figi, daktyle, orzechy wszelakie. Cała magia polega właśnie na tym, że się nie kroi żadnymi krajalnicami czy automatami. I trzeba to koniecznie robić z kimś miłym, kochanym i gadać sobie przy tym spokojnie i uśmiechać się, wtedy kutia wychodzi genialnie.
Najbardziej lubię robić kutię z synem, bo on jest mistrzem w krojeniu. Robi tak ciach-ciach-ciach, jak tacy chińscy kucharze. Profesjonalnie. Podziwiam go, że wyrósł na takiego krajacza bakalii. Jarzyny do sałatek też tak pięknie kroi.

O żurku dymnym

W drugi dzień świąt goście przychodzą na kolędowanie i na żurek dymny. Tak go nazwaliśmy po latach smakowania. Widać zasłużył na osobną nazwę. To jest taki przepis, którego rozwój nigdy się nie kończy. Skończy się z moją śmiercią.
Ja w ogóle tak gotuję. Oczywiście, znam różne przepisy, mama mnie nauczyła wielu rzeczy w dzieciństwie, ale potem sobie próbuję po swojemu, autorsko. A żurek dlatego, żeby wszyscy się najedli jednym daniem. I tak już wszyscy są świątecznie przejedzeni, więc na stole stoją tylko jakieś ciasta, sałatki, wędlinki. Mój Krzysztof przepięknie co roku przystraja półmiski – jak ktoś poczuje głód, to coś sobie sam skubnie, a ja nie muszę myśleć o podawaniu potraw, tylko śpiewam kolędy.
Na stolikach stoją też bukłaczki z kranikami, takie wodopoje świąteczne z naleweczkami, które już od lipca produkuję: żurawinówka, malinówka, dereniówka, pigwówka.

O czasach, w których żyjemy

Przyszły niemiłe, niebezpieczne, groźne czasy. Żyjemy na jakimś polu minowym… Afery, kłótnie, polityczne walki, coraz ostrzejsze pomówienia, postprawda, fanatyzm, agresja, hejty, chamstwo… Czasem człowiek boi się otworzyć gazetę czy telewizor. Zaufanie, szczera, prosta rozmowa, delikatność, szacunek piszczą skopane w kącie.
Dopuszczone są publiczne formy zachowania, które kiedyś były nie do wyobrażenia. Powiedzenie komuś przy świadkach, że kłamie, groziło pojedynkiem i śmiercią lub ranami w obronie honoru. A teraz ludzie się obrażają publicznie, opluwają, piszą o sobie obrzydliwe rzeczy, często bez pokrycia, ot, po prostu ze wzburzenia. Myślę sobie czasem, skąd się to bierze. Jak wygląda hejter, który siedzi przy komputerze i czyha tylko na jakąś ofiarę. To muszą być bardzo samotni, poranieni ludzie. Zamiast sobie pójść na spacer, pogadać z kimś, popatrzeć komuś w oczy, to swoje cierpienia, kompleksy, złość wyrzucają z siebie, wylewają, właśnie hejtując kogoś.
To są ludzie, którym trzeba pomóc. Jak do nich dotrzeć, nie wiem. Niektórzy ludzie przestają się spotykać, rozmawiać, słuchać nawzajem. Debaty publiczne polegają na tym, że nikt nikogo nie słucha. Często widać tylko, jak kombinują, jak komuś przywalić, obrazić za to, że ma inne zdanie. I to się zapętla.
Jest taka teoria ks. Tischnera o spirali nienawiści. Człowiek, który czuje się skrzywdzony czy gorszy od innych, jest agresywny, wali kogoś w łeb, ten mu oddaje, to ten mu jeszcze mocniej przywala. I tak spirala nienawiści się zaciska na szyjach i dusi wszystkich. I tych, którzy mają rację i nie mają. Dobro jest dzisiaj wartością zaszczutą, a z drugiej strony – jest nam potrzebne do życia jak tlen.

O potrzebie rozmowy

Co czwarta osoba w Polsce ma kłopoty psychiczne, co piąte dziecko. Małe dzieci popełniają samobójstwa, tną się, mają depresje, czegoś nie wytrzymują. I to nie są dzieci z rodzin patologicznych. Ludzie mają coraz mniej czasu, coraz szybciej gonią za wszystkim, jakby ścigali się sami ze sobą. Pieniądze stały się bogiem. Jak będę je mieć, to wyjadę do Tajlandii, bo sąsiadka była, a ja – nie. Muszę pojechać za wszelką cenę. Córce daje się smartfon i mówi: „Siedź cicho, daj mi spokój z pytaniami głupimi, oglądaj sobie filmik, zagraj w coś, mamusia nie ma czasu”.
Uczę studentów na pierwszym roku i tylko dlatego nie tracę wiedzy o tym, co się dzieje z młodymi ludźmi, bo z nimi rozmawiam. Mam w swoich rękach takich młodych, wrażliwych ludzi z różnych stron Polski. Pracując z nimi, widzę, jakie oni mają problemy z emocjami. Są naprawdę wspaniali, nie gorsi od tych co przed laty. Ale coraz mniej ufają, nie mają autorytetów, wstydzą się uczuć. Czasami mi mówią: „Pani jest pierwszą osobą, która z nami poważnie rozmawia”.
To sobie myślę, coś tu jest nie tak, bo ja z rodzicami rozmawiałam co wieczór, żeby się dowiedzieć, czy to, co się stało w ciągu dnia, było dobre czy złe. Niektórzy tego nie wiedzą, bo często nie mają z kim porozmawiać. To czasy są gorsze, nie oni.

O przeciwstawianiu się złu

Moja mama mówiła, żeby traktować pozornie złego człowieka jak dobrego, a po chwili, choć czasem bywa ona długa, stanie się dobry. Tego uczyła mnie całe życie. Wierzyła, że człowiek z natury jest dobry, tylko czasem o tym nie wie. Ona tak zawsze robiła i zawsze jej się udawało. Po prostu, emanowała i zarażała dobrem. Pokazywała, że trzeba samemu robić coś dobrego. I nie trzeba mieć fundacji i milionów. Wystarczy mieć życzliwe gesty, czasem wystarczy uśmiech, to początek wszystkiego, najbliższa droga do człowieka.
Mówienie ciągle o złych rzeczach jest w pewnym sensie reklamowaniem zła. Jak ktoś coś przekręci w jakiejś fundacji, bo się to zdarza, to od razu wszystkie media się rzucają i piszą o tym wszędzie. Ja bym chciała, żeby jak się zrobi coś dobrego, wszyscy tak o tym mówili i reklamowali. Ale to się ponoć gorzej sprzedaje. Najlepiej sprzedaje się superzło, jest podniecające, tak się można w tym pławić…

O tym, że dobro zawsze wygrywa

Nigdy w życiu nikogo nie potępiam odruchowo, nikim nie pogardzam, niczego o nim nie wiedząc. Miałam świetne wzorce. Moja mama, gdy widziała, że ktoś leży przy śmietniku, to podchodziła i pytała: „Proszę pana, nie zimno panu, może panu coś przyniosę, może pan jeść chce?”. A on pijany, zarzygany, śmierdzący. Widziałam, że człowieka trzeba traktować z szacunkiem, nawet jak się stoczy, bo przecież jest człowiekiem. „On może jest nieszczęśliwy, nie ma domu, może chory jest” – tak mi mówiła.
Bardzo wcześnie zaczęłam uprawiać cudowny zawód, jakim jest aktorstwo. Gdy się je poważnie traktuje, to ono polega na tym, by zrozumieć drugiego człowieka, wejść w jego sytuacje, uczucia, zrozumieć jego emocje – pracuję nad tym już pół wieku. Wiem też dobrze, że wcale nie jest tak, że za dobro zawsze cię ktoś nagradza i pogłaszcze. Czasem nawet dostajesz za to w łeb. Ale i tak się opłaca. Jeżeli dobro jest prawdziwe, to i tak zawsze wygrywa. Ci, którzy cię opluwają i chcą ci przeszkodzić – odchodzą jak niepyszni.

Jarosław Tomczyk
Fot. Ewa Zaleska/Archiwum Fundacji Anny Dymnej „Mimo wszystko”.

Część II wywiadu ukaże się w kolejnym wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 49(238) 14-20/12/ 2019