Kocham życie mimo wszystko

1895
Anna Dymna jako Barbara Radziwiłłówna w serialu historycznym „Królowa Bona” (1980). Dwa lata później w tej samej roli pojawiła się też w filmie „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”. / FOT. WITOLD ROZMYSŁOWICZ/PAP

Życie jest piękne zawsze – mówi w części II spotkania z Czytelnikami „Kuriera Wileńskiego” Anna Dymna. Opowiada też o tym, jak spędza sylwestra, o pracy w fundacji, wspomina swoje role, liczne wizyty w Wilnie i zdradza, jak wiele z dziecka udało się jej zachować w sobie.

Gdy już wypiliśmy kawę, a Anna Dymna skończyła ozdabiać napisane specjalnie dla Czytelników „Kuriera Wileńskiego” życzenia świąteczno-noworoczne, mogliśmy bez przeszkód kontynuować naszą rozmowę. No, prawie bez przeszkód, bo czasem ekspres przypominał sobie o samooczyszczeniu, jakby pytając, czy nie zaparzyć kolejnej filiżanki americano, gdy aktorka opowiadała…

O witaniu nowego roku

Od wielu lat w sylwestra zwykle gram w teatrze – choć w tym roku akurat tak nie będzie – i zawsze po spektaklu idę na Rynek krakowski i kwadrans po godz. 23 dzwonię do drzwi prowadzących na wieżę w kościele Mariackim. Oczywiście, pozwolenie na wejście załatwiam wcześniej. I tak sobie powoli idę, idę, idę… I jak na razie już 20 razy doszłam, wchodzę tam od 1999 r. A na górze jest magicznie. Cudowni strażacy już czekają. Gdy wybija północ, pozwalają mi pociągać za „pociągałkę”, która uruchamia dzwon… Gdy bimbałam i ogłaszałam przejście w nowe tysiąclecie, byłam szczęśliwa i dumna, choć przecież nikt o tym nie wiedział. Do tej pory jestem szczęśliwa, gdy przypominam sobie tamten moment.
Zawsze idę z kimś. Z przyjaciółką, z synem albo z kolegami z teatru. Kiedyś byłam z Adasiem Nowakiem z zespołu Raz Dwa Trzy i Marzenką Rogalską. Wchodzimy, a Adam nagle pyta: „Ania, po co my tam idziemy?”. „Adaś, po nic – żeby nabrać trochę dystansu do wszystkiego” – odpowiadam. To prawda. Na dole jest kotłowanina, ludzie biegają, krzyczą, śpiewają, race strzelają, a my tu z góry na to patrzymy, bliżej nieba, w spokoju, jakby nietykalni, niedostępni i wolni. Zawsze czuję taki dziwny spokój. I myślę o tym, co przeżyłam w minionym roku. I dzwonię do najbliższych, by ich pozdrowić znad Krakowa, z pięknym widokiem oświetlonego miasta. I zawsze sobie myślę, że jak jeszcze mi się uda zejść z tej wieży, to znaczy, że cały rok mi się uda.
Niestety, z roku na rok wieża jest chyba coraz wyższa i czasem myślę: „Kurde, nie wejdę, nie zejdę”. Ale wchodzę, mimo częstych przeciwności losu! A jak już bezpiecznie zejdę, to idziemy z bliskimi gdzieś posiedzieć albo do mnie, albo do przyjaciółki. Ona jest biochemikiem, genetykiem. Przed świętami dzielimy się obowiązkami, żeby sobie ułatwić przygotowania. I sobie siedzimy, nigdzie się nie spieszymy, coś sobie razem wypijemy, zjemy. Zwykle jestem kierowcą, więc alkoholu nie piję, ale nie jest potrzebny, żeby mi było dobrze.

O dawnych sylwestrach

Najcudowniejszy sylwester był, jak się moje dziecko urodziło. Michaś przyszedł na świat w listopadzie. Na Boże Narodzenie leżał malutki w beciku pod choinką, mój Jezusek osobisty. Na sylwestra przyszły dzieci mojego brata, czytaliśmy bajki, kotłowaliśmy się po podłodze, układaliśmy wierszyki, śpiewaliśmy piosenki. Miło wspominam też sylwestry w górach, w Brennej przy ognisku. Jestem aktorką, na co dzień muszę się ubierać w piękne suknie, malować twarz, fryzury robić i jak jest sylwester, to najbardziej lubię odmianę – spędzić go w dresie, bez makijażu i być normalnym człowiekiem. Dlatego też na bale nigdy nie chodziłam. Byłam raz, ale ponieważ jestem osobą publiczną, to wszyscy dziwnie krępowali się poprosić mnie do tańca. Dopiero nad ranem ktoś bardzo już wstawiony założył się z kolegą, że ze mną zatańczy, i się odważył.

O Wilnie

Podobnie jak mój Kraków, Wilno jest magicznym miastem, przepięknie położonym. Uwielbiam tam jeździć, byłam wielokrotnie. Najpierw zawodowo, jak kręciliśmy zdjęcia do „Królowej Bony”, a potem do „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”. To były lat 80. Ostra Brama była odnowiona, a jak się schodziło od niej, to po lewej stronie była taka cudowna knajpeczka. Wtedy wszędzie było słychać polski język. Przez te mijające lata mam wrażenie, że ta polskość, niestety, zanika, dużo mniej polskich napisów teraz widzę.
Ostatnio jak byłam na Festiwalu Filmów Polskich, mieszkałam w takich małych uliczkach i patrzyłam, jak przez te kilkadziesiąt lat Wilno się zmieniało, jak wypiękniało, jakie sklepy powstały. Grałam „Pana Tadeusza” w Teatrze na Pohulance, byłam z przedstawieniem „Wesela” z moim Starym Teatrem. Otworzyłam też w Domu Kultury Polskiej Salon Poezji, jeden z ponad 50. Ciekawa jestem, jak się miewa.

O wschodnich korzeniach

Mój nieżyjący już ojciec chrzestny, mąż siostry babci, mieszkał w Wilnie. Pamiętam z dzieciństwa, że na słowo „Wilno” zawsze płakał, tak je kochał. Bo to była jego mała ojczyzna. Pojechał do niej dopiero, jak padła komuna. Ja w ogóle korzenie mam wszystkie wschodnie. Niestety, nie znam dobrze historii mojej rodziny, bo chyba niemożliwym było ją poznać. Ojciec mamy miał tak wielu braci, że nawet nie wiem dokładnie ilu. I oni się porozrzucali po różnych stronach Europy. Jeden ponoć, choć może to tylko dowcipy, był bojarem litewskim, dziwnie się prowadził, hulaka. Jedna prababcia była Ormianką, jeden pradziadek ze strony ojca nadleśniczym na Węgrzech, a drugi ze strony mamy, którego jeszcze pamiętam, też nadleśniczym, w Brodach pod Lwowem. Tam urodziła się moja mama i opowiadała mi zawsze, że w dzieciństwie trojką jeździła do szkoły. Stosunkowo niedawno, jadąc do Lwowa, zobaczyłam tablice z nazwą tej miejscowości i sobie pomyślałam: „Jezu, tu moja mamusia gdzieś w lesie mieszkała…”.

O Barbarze Radziwiłłównie

Gdy grałam Barbarę Radziwiłłównę, nosiłam chyba najpiękniejsze kostiumy, jakie kiedykolwiek miała na sobie polska aktorka. Słyszałam czasem, że grałam taką postać z obrazka. Pięknie ją ubrali, uśmiechnęła się i już królowa. Inni twierdzili, że Barbara dla nich już zawsze będzie miała moją twarz. A dla mnie była to piękna przygoda i wspaniała praca, no i spotkanie z niezwykłym, o ogromnej klasie, eleganckim, kulturalnym, pełnym humoru i ciepła reżyserem – Januszem Majewskim. Zanim przystąpiłam do zdjęć, przeczytałam wiele książek, poznałam dokładnie historyczne fakty, obyczaje litewskie i staropolskie, przesądy, dopuszczalne zachowania… Może gdzieś tam w oku być widać, że ja to wiem. Uwielbiam ten zawód właśnie dlatego, że aktor ciągle uczy się czegoś nowego, poznaje nowe planety. O Barbarze też przeczytałam, co było możliwe. Chociażby po to, żeby wiedzieć, czy się uśmiechała i co ją bolało.
Ale dla mnie Basia Radziwiłłówna to przede wszystkim prawdziwa kobieta, która naprawdę kochała. I to z wzajemnością. Zygmunt August chciał nawet zrezygnować dla niej z korony. To już był największy dowód uczucia. Myślę, że była najszczęśliwszą kobietą na świecie, choć szczęście ich trwało krótko. Miała raka szyjki macicy, bardzo cierpiała i szybko umarła. Kochana do końca. Wierzę w taką miłość na śmierć i życie, do ostatniego oddechu. I bardzo lubię tę rolę. A z Januszem Majewskim jeszcze kilka razy się spotkałam. Ostatnio grałam Bayerową, alkoholiczkę, wulgarną i nieszczęśliwą, która została babcią klozetową w filmie „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Żartujemy sobie, że nasza praca i przyjaźń przeszły drogę od królowej do babci klozetowej.

O swoich rolach

Lubię wszystkie moje postacie, które gram. A grałam i królowe, i prostytutki, i alkoholiczki. We wszystkich szukam człowieka. Zawsze zajmuję się tęsknotami, marzeniami, cierpieniem, walką o szczęście postaci, czy gram babcię klozetową, czy wariatkę, czy kogokolwiek. W każdym są iskry pięknego człowieczeństwa, marzenia o szczęściu i miłości. I zawsze – co może nie jest dobre, i to jest może mój minus – staram się bronić postaci, którą gram, pokazywać jej ludzką stronę, marzenia o czymś lepszym.
Anię Pawlaczkę? Też lubię, ale ona nie miała takich dramatów specjalnych, takim „zwierzątkiem” była. W tym filmie bardziej byłam, niż grałam. No bo wtedy byłam taką Anią. Prawdziwą, szczerą, młodziutką… Jak taki piesek, co tutaj pomerdał ogonkiem, tutaj popłakał: „Dziadku, dziadku”. Przecież Sylwester Chęciński mnie obsadził nie dlatego, że byłam wtedy wielką aktorką. Byłam zaraz po studiach, gdy zaczęłam grać Anię. Właśnie zrobiłam magisterium, obroniłam dyplom i od razu dostałam tę rolę. Właśnie takie sympatyczne, prawdziwe „dziecko” było Chęcińskiemu potrzebne.

O zachowaniu w sobie dziecka

Całe życie byłam otoczona ludźmi, którzy nigdy nie starali się we mnie zabić dziecka. Bo co to znaczy mieć w sobie dziecko? To znaczy mieć ciekawość świata, umieć się zachwycać, cały czas coś nowego odkrywać, nigdy nie mieć poczucia, że się jest mądrym, mądrzejszym i lepszym od innych. Dzieci są otwarte na innych ludzi, ciekawe ich uczuć, chcą zrozumieć coś, czego nie znają. Na przykład dziecko do niepełnosprawnego rówieśnika mówi tak: „Czemu ty na tym wózeczku jeździsz, nóżek nie masz? A boli cię ta nóżka, co ci ją obcięli?”. A matka mówi: „Odejdź, bo się zarazisz!”. I bierze to dziecko, bo ona już wszystko wie, że to jest zagrożenie, że tego nie wolno, że to się nie opłaca. Ja akurat nie mam w sobie nic z kogoś, kto manipuluje i kalkuluje. Mnie się udało zachować coś takiego, co mnie ratuje. Być może dlatego, że miałam ciężkie życie. I w takich najgorszych chwilach zawsze mnie ratowało to, że umiałam patrzeć w niebo i zachwycać czymś, co tam akurat się znalazło.

O dystansie do przemijania

Teraz, gdy prowadzę fundację, wymyślam różne hasła, które dla nas są drogowskazami, np.: „Bądźmy razem, zmieniajmy świat na lepszy i piękniejszy!”. Często słyszę, że jestem naiwną, romantyczną moralizatorką. Mówią: „Ale ona pieprzy głupoty, świat jest taki ohydny, a ona mówi, że jest piękny, że życie kocha”. Ale ja naprawdę kocham i mnie to ratuje. I mam gdzieś, co mówią, i nigdy w życiu nie będę rozgoryczoną starą babą, mimo że już przecież mam swoje lata. Starość jest zresztą rzeczą względną. Znam ludzi, którzy mają 17, 18 lat i są ode mnie starsi, bo im się nie chce, bo narzekają, bo uważają, że wciąż im się coś należy. Mnie się nigdy nic nie należy, nigdy nie jestem rozżalona, nie narzekam na ludzi, nieszczęścia, Boga. Czasem jestem zmęczona i coś mnie boli i może bym sobie nawet ponarzekała, ale mnie to tak rozśmiesza, gdy człowiek się, jak jaki głupi, użala. I tylko traci czas i siły. Ja sobie muszę radzić zawsze, ale mam tylu przyjaciół, że oni mi dają siłę. Nawet nie wiem, czy tę Dymną lubię, czy nie. Po prostu ją zaakceptowałam, bo nie miałam wyjścia, i nawet w pewnym sensie ją polubiłam. Choć czasem mam jej dość, gdy wciąż wymyśla nowe wyzwania. No i nie będę się przejmować tym, że jest przemijanie, bo ono przecież ma sens… A życie jest piękne zawsze i to już wiem.

O swoim życiowym motcie

Matka Teresa na przytułku w Kalkucie umieściła słowa wiersza angielskiego poety. Moja fundacja zaczerpnęła nazwę z tego tekstu. Zaczyna się on tak: „Ludzie postępują nierozumnie, nielogicznie i samolubnie – kochaj ich mimo wszystko”. Tak właśnie myślę. Tylko trzeba mieć siłę i przekonanie, że to ma sens. Trzeba być takim mułem, czołgiem, ale właśnie taka jestem. Dosyć dużo przeszłam i wiem, że życie mimo wszystko jest fantastyczne, że ludzie mimo wszystko są cudowni. Tylko czasem trzeba w nich tego poszukać.

O tym, z czego czerpie siłę

Każdy ma swoje sposoby i gdzie indziej ładuje akumulatory. Ja mam szczęście, bo robię to przede wszystkim na scenie. Ale najwięcej siły daje mi uśmiech moich podopiecznych. To jest niepojęte, jaką moc daje pomaganie komuś. Święta to jest taki czas, że można głośniej i bardziej otwarcie o tym mówić, ludzie nawet tak się tymi słowami nie denerwują i sami czują, że chcieliby coś fajnego zrobić dla innych. Nawet tacy, którzy nie mają na to czasu przez cały rok. Dlatego to jest bardzo dobry moment, żeby ludziom uświadomić, że jak zrobisz coś dobrego, to ty sam się lepiej poczujesz. To fantastyczny mechanizm. Czasem nawet, jak kogoś niechętnego o coś prosisz, to on najpierw odmawia, ale potem przychodzi jednak i pomaga. Człowiek jest szczęśliwy, gdy robi coś dobrego dla innych. Nam to jest naprawdę bardzo potrzebne.
Pracuję w teatrze, mam swój program w telewizji, studentów i Salony Poezji, i jeszcze mam fundację, w której jestem wolontariuszem. I to jest ogromny wysiłek. Czasem pracuję po 20 godzin na dobę. Naprawdę nie robię tego, żeby mnie jakaś nagroda spotkała. Ktoś mi czasem za to podziękuje, ktoś się uśmiechnie. To jest największa nagroda. Z tego czerpię siłę.

Wysłuchał  Jarosław Tomczyk


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 50(243) 21/12/ 2019-03/01/2020