Dramat Sauliusa Skvernelisa

285

Od ogłoszenia niepodległości przez Litwę, 11 marca 1990 r., nie było chyba bardziej propolskiego szefa rządu niż Saulius Skvernelis. Jeszcze przed wyborami, wbrew oficjalnemu stanowisku opcji politycznej, z listy której startował, na spotkaniu w Polskim Klubie Dyskusyjnym oświadczył, że nie rozumie, dlaczego nie można w oficjalnych dokumentach zapisywać nazwiska w formie oryginalnej.

Niby tylko słowa, ale wiedząc, jakie emocje temat wywołuje w społeczeństwie, nie każdy odważyłby się je wypowiedzieć. Podobne zagranie zaryzykował tylko Remigijus Šimašius, kiedy przed wyborami samorządowymi zaapelował do kurii o wprowadzenie mszy po polsku w katedrze. Został za to skrytykowany nawet przez swoich kolegów partyjnych. W trakcie kampanii Skvernelis niejednokrotnie mówił o konieczności normalizacji stosunków z Warszawą. Nie był w tym odosobniony, jednak w odróżnieniu od polityków innych opcji za słowami szły działania. Kilka miesięcy po wyborach – kiedy już stał na czele rządu – do mediów trafiła informacja, że jeszcze w trakcie kampanii wyborczej spotkał się w Warszawie z Jarosławem Kaczyńskim. Właśnie dzięki tego typu zakulisowym rozmowom i osobistemu zaangażowaniu premiera udało się pokonać wiele spornych kwestii. Dlatego dzisiaj, po kilku latach „zimnego pokoju”, stosunki polsko-litewskie ponownie są nazywane strategicznym partnerstwem. W 2018 r. szef litewskiego rządu został Człowiekiem Roku Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Częstotliwość spotkań z polskim odpowiednikiem świadczy, że Skvernelisa z Mateuszem Morawieckim łączą naprawdę przyjazne relacje. Nie udało się, niestety, rozwiązać sztandarowych problemów, jak pisownia nazwisk czy dwujęzyczne napisy. Te kwestie leżą w gestii Sejmu, a nie rządu, a tam nadal nie ma konsensusu w tej sprawie. Tam jednak, gdzie inicjatywa należała do rządu, udało się pójść kilka kroków do przodu. W tym miejscu warto wspomnieć sprawę podręczników oraz kwestię polskich programów telewizyjnych dla mieszkańców Wileńszczyzny. Być może nie jest tego zbyt dużo, ale czy któryś z poprzedników zrobił więcej? Wielka szkoda, ale historia raczej nie zapamięta Skvernelisa jako człowieka, który znormalizował relacje z Warszawą – a te mają znaczenie nie tylko regionalne, lecz także geopolityczne – a tylko jako szefa rządu reprezentującego koalicję, która non stop borykała się z problemami i skandalami natury politycznej. I na tym polega prawdziwy dramat Skvernelisa. I tak po ludzku, zwyczajnie go szkoda.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 2(4) 11-17/01/ 2020