Litwa wygrała. Okupanci odeszli

363

Znów ton rocznicowy, smutny, a zarazem podniosły. 29 lat temu w Wilnie, pod wieżą TV, z rąk sowieckich żołnierzy zginęło 14 osób, a ponad 500 zostało rannych. Ta ofiara krwi była początkiem końca sowieckiej okupacji Litwy.

Bez odwagi i determinacji narodu litewskiego (wraz z częścią ludności polskiej, białoruskiej, tatarskiej) deklaracja niepodległości Litwy ogłoszona 11 marca 1990 r. byłaby tylko czystą fikcją. Wydarzenia styczniowe, których kulminacją była nocna masakra 13 stycznia 1991 r. pod wieżą telewizyjną, wryły się w moją pamięć na zawsze. Uważam nawet, że był to jeden z najważniejszych okresów w moim życiu. Przepustkę do parlamentu litewskiego otrzymałem po 5 stycznia, miałem wstęp do wszystkich pomieszczeń sejmowych. Wraz z moim przyjacielem z Ligi Wolności Litwy, Leonardasem Vilkasem, nocowaliśmy na podłodze sali posiedzeń, przy stole prezydialnym. Na stole stały telefony – trzymaliśmy stały kontakt z pałacykiem Sobańskich w Warszawie, gdzie dyżurowali Piotruś Pacholski i Jadzia Chmielowska.

Przekazywaliśmy im najświeższe informacje z oblężonego Wilna. Rano szliśmy do sejmowego bufetu na nieśmiertelne parówki, Leonardas brał parę filiżanek kawy, by się skutecznie obudzić. Potem kręciliśmy się wokół parlamentu, gdzie dzień i noc, przy ogniskach, dyżurowały dziesiątki tysięcy ludzi z różnych zakątków Litwy. Byli gotowi stać się żywą tarczą w razie ataku wojsk sowieckich na parlament. Wyjeżdżaliśmy także na miasto w miejsca, gdzie coś się działo. Widzieliśmy atak OMON na Radiokomitet przy Konarskiego czy zajęcie sztabu Savanorių w wileńskich Wierszuliszkach. Czasem wstępowaliśmy do Genutė Šakalienė (Liga Wolności Litwy) na ul. Bagramiana, by się umyć i zjeść prawdziwy obiad. Pamiętam noc przesilenia, mszę świętą dla ludzi przed parlamentem, deputowanych, którzy nocowali w sali posiedzeń. I moment, gdy przyszła wiadomość o ofiarach przy wieży TV. Powiało złowieszczą ciszą, płakaliśmy. Z biciem serca oczekiwaliśmy uderzenia wojsk sowieckich na parlament. Baliśmy się wszyscy. Broni było niedużo i była przeważnie dość stara. Słyszałem nieliczne głosy – że to nie ma sensu, że będzie jatka i nie można narażać ludzi. Jednak ludzie zostali. Była to noc pełna napięcia i strachu. Każda minuta wyczekiwania ciągnęła się jak wieczność. Nikt nie spał. Desant parę razy podjeżdżał w pobliże Sejmu, jednak atak nie nastąpił. Litwa wygrała. Okupanci odeszli.

Piotr Hlebowicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 2(4) 11-17/01/ 2020