Klub Włóczęgów Wileńskich, dziecko przyjaźni

13 lutego przypada 30. rocznica powstania Klubu Włóczęgów Wileńskich. Obchody zaczną się od mszy świętej

Przewodnim celem Klubu Włóczęgów Wileńskich, który działa na Wileńszczyźnie od 30 lat, jest samodoskonalenie. Podróże są tylko jednym z elementów w drodze do poznania siebie i świata.

Najważniejsi w klubie są ludzie i klimat. – Klub Włóczęgów Wileńskich (KWW) to doskonała szkoła. Do klubu trafialiśmy jako młode osoby, mając 18–20 lat. Wspólnie poznawaliśmy świat i uczyliśmy się samodzielności. Ważnym aspektem są przyjaciele. Klub, podobnie jak klub przedwojenny, do którego nawiązujemy [Akademicki Klub Włóczęgów Wileńskich], jest dzieckiem przyjaźni. Mimo upływu lat nadal utrzymuję kontakty z wieloma osobami. Zresztą w klubie poznałem swoją przyszłą żonę. Takich par, klubowych małżeństw, jak je nazywamy, jest kilkanaście – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Waldemar Szełkowski, który wstąpił do klubu na początku lat 90. XX w.
Podobnego zdania o klubie jest członkini zarządu Bożena Mieżonis. – Myślę, że KWW działa tak długo, ponieważ zrzesza bardzo różnorodnych ludzi. Ktoś słucha muzyki rockowej, ktoś elektronicznej, ktoś rapu. Ktoś chodzi w glanach, a ktoś maluje paznokcie i woli szpilki. To, czego mnie nauczył klub, to bycie tolerancyjnym i otwartym na innych. Zanim zostałam członkiem KWW, nie wyobrażałam sobie, że takie skupisko różnych indywidualności może zgodnie funkcjonować. Bo w szkole czy na studiach przeważnie przebywałam w gronie osób mających podobne zainteresowania – mówi włóczęga młodego pokolenia.

Aktywne obchody 30-lecia

13 lutego, w czwartek, przypada 30. rocznica powstania współczesnego Klubu Włóczęgów Wileńskich. Z tej okazji uczestnicy obchodów spotkają się na wieczornej mszy świętej w kościele pw. Świętego Ducha. Po nabożeństwie wyruszy pochód na czele z lagą i sznurem jedności do pobliskiego Uniwersytetu Wileńskiego, gdzie zostanie odśpiewany kurdesz. Później impreza przeniesie się do siedziby miejskiego oddziału Związku Polaków na Litwie, w której od lat zbierają się klubowicze.
– To będzie spotkanie towarzyskie. Chcieliśmy zrobić tak, aby spotkali się włóczędzy z różnych pokoleń. Od najstarszych, którzy zakładali klub, do najmłodszych, którzy obecnie działają w klubie. Jeśli ktoś będzie chciał przyjść z dzieciakami, to również zapraszamy – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Michał Kleczkowski, pierwszy wyga (czyli przewodniczący) KWW.
Dwa dni później młodsza generacja wileńskich włóczęgów organizuje okolicznościową wycieczkę „Krok za rok”.
– W sobotę z rana spotykamy się na dworcu w Wilnie, siadamy do pociągu i jedziemy w stronę Ignaliny. Później musimy trafić do punktu docelowego, którego nikt nie zna. Nie wiem, ile to nam zajmie czasu. Wszystko będzie zależało od pogody i fizycznego stanu wszystkich uczestniczących. Warto podkreślić, że na wycieczkę zgłosiły się bardzo różne osoby, w wieku od 26 do 50 lat. Są to włóczędzy, którzy działali w latach 90., obecni włóczędzy oraz sympatycy klubu – przedstawia ideę wycieczki obecny wyga Waldemar Wołodko.
Organizatorzy zapewniają, że na uczestników czeka wiele atrakcji i wrażeń. – Chcemy, aby obchody odbyły się zgodnie z duchem klubu, na łonie przyrody. Cała trasa ma 30 km i będzie miała w sobie coś… magicznego. Mamy nadzieję na spotkanie jednorożca oraz innych mistycznych stworzeń! Z własnego doświadczenia wiemy, że dłuższe piesze wycieczki bardzo integrują ludzi. Możemy zapewnić – i to niezależnie od tego, czy będzie padał deszcz, czy będzie minus 30°C, że na pewno wyprawa się odbędzie – podkreśla w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” Bożena Mieżonis.

Łamiąc kanony

Klub powstał 13 lutego 1990 r. – tego dnia Wacław Korabiewicz przekazał mu tradycje przedwojennego Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich. KWW został założony przez polskich studentów na Litwie. Wśród założycieli byli m.in.: Michał Kleczkowski, Artur Ludkowski, Elwira Ostrowska, Krzysztof Szejnicki, Władysław Borys oraz Ryszard Skórko. Klub nawiązywał do AKWW, w którym działali m.in.: Czesław Miłosz, Teodor Bujnicki czy wspomniany Wacław Korabiewicz.
– Włóczędzy zawsze robili wszystko na opak. Tak było też przed wojną. Oni nie robili tak, jak to zazwyczaj robiły inne korporacje akademickie. Mieli bardzo liberalne podejście do życia. Starali się złamać wszystkie kanony – wspomina Michał Kleczkowski, który informację o przedwojennym klubie znalazł przez przypadek. – Szukałem swoich korzeni w archiwum i pewnego dnia w książce lub gazecie z 1930 r. znalazłem informację o włóczęgach. Bardzo mnie to zainteresowało. Zacząłem szukać głębiej. Podzieliłem się informacjami z kolegami i postanowiliśmy odrodzić klub – dopowiada Kleczkowski.
Wkrótce doszło do spotkania z Wacławem Korabiewiczem, który przekazał wileńskim kontynuatorom lagę, czyli jeden z podstawowych symboli włóczęgów.
Nawiązanie do międzywojennego klubu ma znaczenie również dla młodszych klubowiczów. – Tradycje są bardzo ważne. Kiedy znalazłam się w klubie i zaczęłam interesować się historią, to zauważyłem, że mamy wiele podobieństw z naszymi poprzednikami. Przedwojenni włóczędzy robili bale, happeningi i oczywiście wyprawy. Nasza generacja też od czasu do czasu robiła happeningi (np. darmowy uścisk), pojedyncze osoby organizowały „bale” muzyczne na łonie przyrody – chodzi mi o włóczęgę Adama, organizatora festiwalu muzyki elektronicznej Hidden Valley. Kilku włóczęgów przez kilka lat organizowało bale sylwestrowe. Przez kilka lat kontynuowaliśmy tradycję Akademickiego Klubu ZNAJ (Zmarnowanej Niedzieli Ani Jednej) – wymienia Bożena Mieżonis.

Twórczo i rozwojowo

W ciągu 30 lat członkowie klubu okrążyli prawie całą kulą ziemską – zwiedzili: Amerykę Południową, Kaukaz, Syberię, Azję Środkową, Nową Zelandię czy Afrykę Północną, nie wspominając o Europie. Jednak wszyscy podkreślają, że podróżowanie nie jest celem samym w sobie.
– Celem Klubu Włóczęgów Wileńskich jest samodoskonalenie, a podróże to tylko jeden ze sposobów na to. To jest czas beztroski, a dla organizatorów – odpowiedzialności, niezwykle poznawczy, spędzany w dobrym towarzystwie. Czas wesoły, dla którego warto żyć! – zapewnia Waldemar Szełkowski, który zaznacza, że klub organizował też dyskusje, wieczorki poetyckie oraz spotkania. Zdaniem Szełkowskiego takie właśnie doświadczenie bardzo mu się przydało w pracy w szkole.
Dla kolejnego członka klubu, Władysława Wojnicza, członkostwo było jedną z największych przygód w życiu. – Dla mnie KWW jest swoistą akademią lub wyższymi studiami nieformalnymi. Wszystkie moje doświadczenia dotyczące kwestii organizacyjnych, poznawanie tajników pisania projektów czy zdobywania środków, promowania i przekonywania do swoich pomysłów, to wszystko sięga działalności w KWW – wylicza atuty członkostwa w klubie.

Wieloletnie przyjaźnie

Poza tym włóczędzy jako pierwsi spisali z imienia i nazwiska wszystkich żołnierzy Wojska Polskiego pochowanych na cmentarzu Antokolskim. Obecni członkowie klubu również organizują warsztaty, pokazy filmowe, gry miejskie oraz spotkania. Duży akcent kładą na naukę nowych umiejętności. Przez ostatnie dziesięć lat mieli szkolenia ze wspinaczki, kitesurfingu, windsurfingu i snowboardingu.
Wszyscy rozmówcy „Kuriera Wileńskiego” zgodnie twierdzą, że członkostwo w klubie miało wpływ na ich dalsze życie.
– Moim zdaniem klub bardzo twórczo i rozwojowo wpływa na tożsamość człowieka. Idąc na wyprawę, jesteśmy skazani jeden na drugiego. Musimy współpracować, dlatego nie próbujemy zmieniać siebie nawzajem czy przekonywać do swoich racji, tylko staramy się zrozumieć drugiego człowieka i go zaakceptować – dzieli się przemyśleniami Waldemar Wołodko.
Dla Wojnicza i Kleczkowskiego klub to także wieloletnie przyjaźnie.
– Jestem przekonany, że członkostwo w KWW ukształtowało mój światopogląd i całe moje dalsze życie. Przykładowo w szkole czymś trudnym dla mnie było każde publiczne wystąpienie. Dzięki klubowi udało mi się przełamać opory. Poza tym klub to znajomości. Na swojej drodze udało mi się spotkać bardzo ciekawe i twórcze osoby – zaznacza pierwszy wyga Michał Kleczkowski.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 6(16) 08-14/02/ 2020