Kownianie nigdy nie bili się z wilnianami

Ina Pukelytė Fot. Teodoras Biliūnas

Wpływy innych języków tylko wzbogacają język i kulturę litewską – jest o tym przekonana pisarka Ina Pukelytė, która wydała właśnie książkę „Panienki z alei Wolności”. Akcja powieści rozgrywa się w międzywojennym Kownie, a bohaterkami są Polka i Żydówka.

Ostatnio w przestrzeni publicznej dosyć często publicyści, historycy i politycy podkreślają wielokulturowy i wielonarodowy charakter Wilna. Kowno, tak mi się wydaje, w świadomości społecznej pozostaje taką twierdzą litewskości. Pani uważa, że monokulturowe i monoetniczne Kowno to mit. Dlaczego?

Litwa stała się państwem niepodległym w 1918 r. Jej tymczasową stolicą zostało Kowno. W pierwszym okresie niepodległości litewskość w Kownie była pieczołowicie pielęgnowana. Dlaczego tak dużą uwagę poświęcano tej kwestii? Dlatego że ani samo Kowno, ani terytoria wokół Kowna nie były do końca litewskie. To znaczy, być może mieszkańcy uważali się za Litwinów, ale wielojęzyczność była na tych terenach czymś naturalnym. 26 proc. mieszkańców Kowna stanowili Żydzi. Teraz nie powiem, ilu było Polaków, Niemców, Rosjan, ale to był pokaźny odsetek. Po II wojnie światowej Kowno stało się praktycznie miastem zamkniętym, nie mogli tu przybywać ludzie z innych krajów. Generalnie trwała migracja z litewskich wiosek. O ile do Wilna przyjeżdżały osoby z rejonu solecznickiego i okolic, o tyle do Kowna przybywali ludzie mówiący gwarą żmudzką lub suwalską, dlatego język litewski stał się tu jakby najmocniejszy w całym kraju. To był też w pewnym sensie sprzeciw wobec sowieckiej okupacji. I gdy nadeszła druga niepodległość, to po prostu sobie wdrukowaliśmy, że Kowno jest miastem absolutnie litewskim. Jednak gdy spojrzymy na badania z okresu międzywojennego, to okaże się, że tak nie było.

Burzy Pani w ten sposób pewien mit. Czy warto w ogóle burzyć mity, które do pewnego stopnia ukształtowały naród i państwo?

Być może nie warto burzyć, ale trzeba sobie uświadomić, że pamięć tak po prostu nie znika. Oczywiście, państwo może próbować manipulować pamięcią historyczną, można twierdzić, że na Litwie nie było mordów na Żydach lub homofobii. Jednak takie podejście nie pomaga narodowi, a tylko mu przeszkadza. W XX w. mieliśmy bardzo dużo wydarzeń traumatycznych, dlatego poznanie i pogodzenie się z własną historią jest niezbędne, aby naród mógł kształtować własną tożsamość.

Jedna z bohaterek Pani powieści „Panny z alei Wolności”, Polka, była wzorowana na jednej z Pani babć…

Tak. Chciałabym podkreślić, że ze swojego dzieciństwa pamiętam bardzo dużo języka polskiego. Wszyscy goście, moi krewni, którzy przychodzili do moich dziadków, mówili między sobą tylko po polsku. To był ich naturalny sposób komunikacji. Nikt nawet nie pytał, dlaczego mówią po polsku, to było czymś naturalnym.

Fot. mat.pras.

Ale uważali się za Litwinów?

Tak. Moja babcia rozumiała po litewsku, ale nie mówiła w tym języku. Jej starsza siostra chyba nawet nie rozumiała litewskiego, natomiast trzecia, najmłodsza siostra wspaniale mówiła po litewsku, chociaż uczęszczała do niemieckiego gimnazjum. Taka mieszanka językowa w Kownie, podobnie zresztą jak w Wilnie, była naturalnym zjawiskiem. Moim zdaniem właśnie ten element stwarzał niepowtarzalny klimat tamtych czasów. Trzeba pamiętać, że przed wojną językoznawcy i pisarze usilnie walczyli o czystość językową. Powstało wiele neologizmów, jednak nie wszystkie zadomowiły się w języku. Swoją powieścią chciałam pokazać, że właśnie wpływy innych języków wzbogacają nasz język i kulturę. Wzbogacają ludzi. Inne języki otwierają ludzi na inne kultury i, można powiedzieć, wzmacniają tolerancję.

Jaki był stosunek Pani rodziny do okresu międzywojennego i do przedwojennego Kowna?

Pomijając moich dziadków – wychowałam się w środowisku absolutnie litewskim. Sądzę, że wszyscy ludzie z mojego pokolenia zdawali sobie sprawę, że Litwa jest okupowana, że LSRS to stan, z którym musisz walczyć, np. za pomocą dowcipów. Sądzę, że podobne nastroje panowały w większości rodzin.

Czy przedwojenne Kowno było idealizowane?

Żałuję, że w dzieciństwie i w młodości nie rejestrowałam tych informacji. Jednego jestem pewna, kiedy zbierano się przy stole, to nazwisko Smetona padało bardzo często. Smetona pojawiał się najczęściej w kontekście gospodarczym, na zasadzie, że za Smetony śmietana była lepsza, że produkty w ogóle były lepszej jakości. Przekaz był jednoznaczny: kiedyś było lepiej, a okres sowiecki na pewno nie był czymś radosnym. Później od mamy dowiedziałam się, że unikano rozmów na poważniejsze tematy, bo to mogło zaszkodzić rodzinie. Siostra mojego dziadka po wojnie wyemigrowała do Ameryki. Zerwano z nią kontakt, żeby nie wynikły z tego problemy.

Dlaczego właśnie teraz, 30 lat po odzyskaniu niepodległości, zwraca się uwagę na wpływy innych narodów i kultur w Kownie. Czy wcześniej to było niemożliwe?

Jestem teatrologiem, zajmuję się sztuką. Kiedy badałam teatr żydowski, to archiwa były już otwarte. Wcześniej zaś dostęp do archiwów był bardzo ograniczony. Jeśli mieszkało się w Wilnie lub w okolicach, można było pójść do Centralnego Archiwum Państwowego. Jeśli nie mieszkałeś w Wilnie, nie miałeś takiej możliwości. Teraz, kiedy wiele rzeczy można znaleźć w formie cyfrowej, ta praca stała się lżejsza. Ten czynnik bardzo pomaga badać zjawiska, które wcześniej były pomijane. Oczywiście, niektórzy politycy próbują narzucić narrację w stylu, że naród litewski pozostał niezależny i unikalny – tak jakbyśmy żyli w izolacji od wszelkich światowych procesów. Moim zdaniem taka narracja wyrządza nam szkodę. Zamykamy się w pewnej bańce i wydaje się nam, że jesteśmy piękni. A tylko poprzez otwarcie się na inne narracje da się budować tożsamość, poprawić wizerunek na poziomie międzynarodowym.

Mnie zawsze interesowała kwestia rzekomej wojny między Wilnem a Kownem. Czy to prawda, że kownianie patrzyli na wilnian z góry?

To właśnie, moim zdaniem, jest mit. Dopiero kiedy podjęłam studia w Wilnie, dowiedziałam się istniał taki mit.

Czyli to wilnianie stworzyli ten mit?

Nie wiem, kto go stworzył. Mnie się wydaje, że to jest po prostu jakiś kawał, który śmieszy zarówno jednych, jak i drugich. Były czasy, kiedy w Kownie biły się między sobą różne dzielnice. To fakt. Nie pamiętam natomiast, aby kownianie bili się z wilnianami…

W czasach sowieckich w Kownie była możliwość oglądania polskiej telewizji, stąd niektórzy mogli mówić, że kownianie są bliżej Zachodu.

Może tak powiedział któryś z wilnian z zazdrości, że nie miał takiej możliwości. Faktycznie, oglądaliśmy polską telewizję. Dla nas polska telewizja była codziennością.

Wspominała Pani, że język polski w Kownie znało raczej starsze pokolenie. Dlaczego więc polska telewizja była atrakcyjna dla młodszych?

Po prostu szybko uczyliśmy się języka. Mój ojciec był prawdziwym Żmudzinem. Nie znał ani jednego słowa po polsku. Jednak kiedy pojawiła się telewizja, a obok siedziała teściowa mówiąca po polsku, to szybko zaczął sylabizować po polsku. Teraz, kiedy spotyka się z rodziną z Polski, to może się wspaniale porozumiewać.


Ina Pukelytė – urodziła się w Kownie w 1966 r. Studiowała w Wilnie, Kownie i Paryżu. W 2002 r. ukończyła studia doktoranckie z teatrologii w Lipsku. Od 2010 r. jest dziekanem Wydziału Sztuki na Uniwersytecie Witolda Wielkiego. Od kwietnia do grudnia 2019 r. była dyrektorem Narodowego Muzeum Sztuk Pięknych im. M.K. Czurlionisa w Kownie. W latach 2015–2019 radna miejska Kowna. / Fot. Teodoras Biliūnas


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 26(74) 27/06/-03/07/2020