Prawdziwe Wilno to nie tylko katedra, lecz także ciemne podwórko gdzieś na zapyziałej ulicy

894
Wielu osobom z Polski trudno jest zrozumieć, że przez 50 lat była tutaj władza sowiecka i część miasta była zaniedbana

Najbardziej lubię, kiedy turyści przyjeżdżają do Wilna trzeci, czwarty lub piąty raz. Wówczas nie muszę mówić o rzeczach podstawowych. Znają już to i są gotowi do „głębszego” zwiedzania – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Waldemar Wołkanowski, przewodnik wileński, autor książki „Wileńskie ABC”.

Zwiedzając Wilno, turyści zazwyczaj ograniczają się do kilku obiektów sakralnych, czyli Ostrej Bramy, Rossy, kościoła św.św. Piotra i Pawła…

Katedry, Góry Zamkowej, kompleksu uniwersytetu.

Na prezentacji książki „Wileńskie ABC” powiedziałeś, że Ciebie przede wszystkim interesuje prawdziwe Wilno. Czym ono jest i gdzie się zaczyna?

Na prezentacji powiedziałem coś takiego, że każdemu, kto jest już trzeci dzień w mieście, pokażę prawdziwe Wilno. Prawdziwe Wilno to jest katedra, ale też zatęchłe i niestety śmierdzące podwórko, gdzieś na zapyziałej ulicy. Kiedy mówię, że na trzeci dzień zaczynamy zwiedzać prawdziwe Wilno, wcale nie oznacza, że do tej pory nie widzieliśmy prawdziwego Wilna. Tylko że do tego momentu zwiedzaliśmy obiekty reprezentacyjne. Dla mnie prawdziwe Wilno oznacza takie podsumowanie całości. Wilno ma wiele czarnych dziur i mówię o takich miejscach, że czas się tam zatrzymał lub że świat o nich zapomniał. Aby zrozumieć, o czym mówię, wystarczy w Google’u obejrzeć mapy satelitarne i porównać to, jak wyglądają miasta w Danii i Holandii, a jak wygląda Wilno. Przy odpowiednim powiększeniu po prostu widzisz, że na wielu podwórkach stoją jakieś wraki samochodowe, stosy gruzu i śmieci. I to jest dla mnie przykładem tego, że Wilno to nie tylko obiekty z kategorii A, ale także B, C i dalej. Ludzie poznają prawdziwe Wilno, kiedy odwiedzą różne miejsca.
Zależy mi jednak zawsze, oczywiście, aby zachęcić każdego do pokochania Wilna. Organizuję co pewien czas 9–10-osobowe wycieczki. Kiedy przyjeżdżamy staram się pokazać takiej grupie przez dwa, trzy dni jak najwięcej Wilna. Jak dotąd, po każdej z tego typu wycieczek jej uczestnicy mówili, że im się podobało. A mówią to nawet ci, których celowo oprowadzałem także po tych czarnych dziurach. Uważam, że ludziom trzeba także i to pokazać, tłumacząc rzecz jasna, dlaczego takie miejsca są. Wielu osobom z Polski często trudno jest zrozumieć, że przez 50 lat była tutaj władza sowiecka i pewna część miasta była zupełnie zaniedbana, np. wiele kościołów skazano na samozniszczenie – nieczynne i zamienione na magazyny miały się po jakimś czasie rozpaść.

Czy ludzie w Polsce znają Wilno? Z jakimi oczekiwaniami jadą na Litwę?

Najbardziej lubię, kiedy turyści jadą trzeci, czwarty lub piąty raz. Wówczas nie muszę mówić o rzeczach podstawowych, że Jagiełło to, a że Zygmunt August tamto, i jeszcze wiele innych, znanych już przykładów z historii. Znają już to i są gotowi do „głębszego” zwiedzania. Natomiast w innych przypadkach – myślę tu o ludziach, którzy jadą pierwszy raz – z ich znajomością dziejów Wilna jest coraz gorzej. To, co kiedyś napisała na swoim profilu na Facebooku Alina Obolewicz [przewodniczka wileńska – przyp. red.], że ludzie mylą Ukrainę z Litwą, to jest fakt, który ze smutkiem potwierdzam. Kresowe miasta są dla nich jakby jedną całością. Poziom znajomości historycznej jest bardzo słaby. Do tego dochodzi nazywanie litewskich Polaków Rosjanami lub Litwinami albo Polonią. To dla mnie są rzeczy kompletnie niezrozumiałe. Osoby te przyjeżdżają do Wilna obciążone stereotypami, a później dziwią się, kiedy pierwszego dnia po zwiedzaniu podstawowego zestawu zabytków zaprowadzi się ich na prospekt Giedymina. Tam widzą piękne, nowoczesne miasto z takimi samymi sklepami jak w Polsce. To zaskoczenie wynika właśnie z niewiedzy i wcześniejszego nastawienia opartego na stereotypach.
Kiedy pilotuję wycieczkę z jakiegoś odległego miasta, to zaczynam opowiadać o historii Wilna od samego początku podróży. Już wtedy prostuję nieścisłe informacje, a turyści po przybyciu na miejsce odbierają Wilno trochę inaczej. Poza tym jest w wielu ludziach zakodowany taki lekceważący stosunek do Litwy, na zasadzie, że jest ona małym państwem, że całe państwo ma tyle ludzi co Warszawa, że można ich czapkami nakryć. Każdy człowiek, który nie jest otwarty na wiedzę i konfrontowanie poglądów, posługuje się stereotypami. Ale to się zmienia, gdyż odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej, odbiór, ale też oczekiwania są inne niż przed 20 laty.
Musimy rozumieć, że Wilno jest odbierane w kontekście zwiedzania całej Europy. Dla ludzi, którzy byli już w Rzymie, Brukseli, Rotterdamie czy Londynie, Wilno wydaje się miastem zaniedbanym i nieciekawym. To, o czym już mówiłem, że pokaże im się nowoczesną część miasta, wcale nie załatwia sprawy. Jedyną atrakcją może być jednak to, że jest to pierwsze miasto na Wschodzie i blisko Polski, gdzie obok siebie są kościoły katolickie i ewangelickie, cerkwie, synagoga, molenna staroobrzędowców i kenesa karaimska. Niestety, odbiór tego wielokulturowego bogactwa długo jeszcze będzie zakłócony przez stereotypowe myślenie.

Twój ojciec pochodził z Wilna. Ty już urodziłeś się w Polsce. Kiedy pierwszy raz zawitaliście na Litwę, do rodziny?

Do Wilna zacząłem przyjeżdżać już jako kilkuletnie dziecko, natomiast historykiem zostałem późno. To nie było ukierunkowane w normalnym trybie, że po szkole średniej od razu poszedłem na studia historyczne. Zacząłem studiować historię, mając czterdzieści kilka lat. Do tamtej pory nie zdawałem sobie sprawy z wielu rzeczy, mimo iż poznawałem Wilno w sposób namacalny. Dopóki jednak nie wszedłem w literaturę tematu, bezpośrednie kontakty, wzbogacane później poprzez działalność w internecie, to nie rozumiałem wielu spraw, które dotyczą wilnian i Wilniuków. Poznałem wielu ludzi z rodzin ekspatriowanych. Wśród takich rodzin było wiele takich jak moja, tzn. podzielonych – część wyjechała po 1945 r. do Polski, a część została na miejscu i musiała przyjąć obywatelstwo sowieckie. Te rodziny są zupełnie inne niż te, które w całości wyjechały do Polski.

Dlaczego?

Te rodziny, które znalazły się w Polsce w całości, praktycznie przez dziesięciolecia nie miały możliwości przyjazdów do rodzinnego miasta. Są pojedyncze przypadki, że ktoś załapał się na wycieczkę Inturistu. Najczęściej nie były to wycieczki do Wilna, tylko wycieczki objazdowe w drodze do Petersburga lub orbisowskie wycieczki obejmujące na trasie także Rygę i Tallin. Wilniucy po kryjomu, nie przyznając się w ogóle do pochodzenia, urywali się na chwilę od grupy i szli do znanych tylko sobie miejsc.
Natomiast „wyjątkowość” podzielonych rodzin polegała na tym, że mieli możliwość przyjazdów indywidualnych. Oczywiście, w ograniczonym zakresie, bo zaproszenie od członków rodziny z Wilna umożliwiało pobyt tylko przez 30 dni, ale była na to zgoda władz. Mój ojciec przyjeżdżał w związku z tym do swojego ojca i matki, a ja razem z nim do babci i dziadka oraz wujków i cioć. Jak widzisz, było to bardzo bliskie powinowactwo. Próbowałem sprawdzić, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Wilna i Gudel. Z moich obliczeń wynika, że to był albo 1964, albo 1965 r. Miałem wówczas sześć, siedem lat. I od tej pory, praktycznie przez 15 lat, do 1980 r., te przyjazdy były regularne, co roku. Później, z przyczyn politycznych, wynikły dłuższe przerwy. Była taka dłuższa przerwa, gdy nie byłem na Litwie przez osiem lub dziewięć lat.

Czy był odczuwalny kontrast między rzeczywistością PRL a rzeczywistością ZSRS?

Oj tak, to się czuło na każdym kroku. Było to odczuwalne w sferze materialnej oraz kulturalnej. Było widać, że po prostu Polska była bogatsza i bardziej „zachodnia”. Poza tym w Polsce mieliśmy większe „światowe obycie”. Mieliśmy dostęp do zachodniej kultury. Tak szczęśliwie się złożyło, że w Gudelach, dokąd przyjeżdżaliśmy, była duża grupa młodzieży w zbliżonym wieku, nie było czasu się nudzić. Jednak ja byłem wśród nich człowiekiem „stamtąd”, z tego lepszego świata. Rozumiesz, tu nic nie było, a u nas po Gierku zaczęło się pewne otwarcie. W Polsce mogłem oglądać bez problemu amerykańskie i francuskie filmy. Oglądałem więc np. „Żądło”, „Omen”, „Tylko dla orłów” czy „Francuskiego łącznika”. W kręgu mojej wileńskiej rodziny do dzisiaj wspominają nasze wieczorne posiadówki – kiedy miałem obowiązek opowiedzenia treści tych filmów. Przez dwie godziny, kiedy mi coś ciągle polewano do szklanki, opowiadałem cały film ze szczegółami. Jedna z bliskich kuzynek mówiła mi jakiś czas temu, że opowiadany przez mnie film zobaczyła dopiero po 20 latach. Mówiła, iż siedząc przed ekranem, znała całą akcję, bo rzekomo tak dobrze kiedyś ten film opowiedziałem. To jest oczywiście dzisiaj czymś w rodzaju anegdoty, ale jednocześnie oddaje przepaść dzielącą w komunistycznych czasach rodzinę mieszkającą tutaj, w Wilnie, a tą jej częścią mieszkającą w Polsce.
To przejawiało się także w innych rzeczach. Na przykład w zamówieniach tego, co mam przywieźć z Polski. Słynne dżinsy to jest jedno, ale tutaj nie było nawet gumy do żucia. Poznałem tutaj pewną dziewczynę, było blisko do czegoś „większego”. Niestety, z racji tego, że przyjeżdżałem tylko na 30 dni, kontynuacja naszej znajomości przybrała formę korespondencyjną. To nie było dobre i spowodowało odsuwanie się od siebie. Kiedy przyjechałem ponownie, wiedziałem już, że nic z tego nie wyjdzie i nasze kontakty urwały się całkowicie.

Na prezentacji wspomniałeś, że wówczas nie interesowałeś się historią, po prostu przyjeżdżałeś jako młody człowiek.

No tak, głównie – jak to się mówi – hulać.

Siła Wilna polegała na tym, że w każdym jego zakątku, na każdej ulicy interesowano się i rozmawiano o sprawach miasta

Natomiast historią miasta zainteresowałeś się na poważnie dzięki żonie, która poprosiła, abyś pokazał jej Wilno. Kiedy zacząłeś zgłębiać historię miasta, to jakoś ciebie zaskoczyła?

Z historii zawsze miałem dobre oceny, dlatego czytając kolejne książki, nie byłem zaskoczony tym, kim byli w dziejach Wilna: Jagiełło, Witold, królowa Bona czy Zygmuntowie – Stary oraz August. Było wobec tego prościej. Trudniej było z pojęciem tego późniejszego Wilna, głównie z okresu XIX–XX w. Wynikało to z tego, że nawet znani mi Wilniucy – nie wyłączając ojca – zamykali się w sobie, o wielu sprawach nie opowiadali. Powodów takiego stanu było sporo. Jedną z przyczyn było ukrywanie bólu po stracie. Niektóre kobiety nie chciały wspominać nawet nazwy miasta, bo już to sprawiało w sercu straszliwy ból. Nawet żyjąc już Polsce, po wyjeździe, przez 30–40 lat, i więcej, cały czas tęskniły. Na bazie tej bolesnej tęsknoty wśród Wilniuków był swoisty podział na tych, którzy jednak łapali okazje na wyjazd, oraz tych, którzy mówili, że nigdy nie pojadą.

Właśnie ci drudzy zawsze mnie dziwili. Dlaczego nie chcieli jechać do swego kraju dzieciństwa?

Bali się, że ich serce po prostu złamie się, tym bardziej że po krótkim pobycie znów będą przecież musieli wyjechać. Nie chodzi tylko o to, że wśród nich było wielu, którzy stracili zbudowany przez rodzinę dom. Dom można przecież stracić przez pożar, powódź lub z innych powodów. Oni jednak stracili całość, a mam na myśli także całe „otoczenie”. Ci Wilniucy pojmowali dom w podwójny sposób. Domem był ów rodzinny budynek, ale także całe Wilno – traktowali je zawsze jako małą ojczyznę.
Podczas kontaktów z Wilniukami czasami odważałem się na nieco żartobliwe podśmiewanie, które polegało na zadawaniu pytania: „Jak mogłeś znać całe Wilno, jeśli mieszkałeś na Antokolu i byłeś mały?”. Oni się z tym zgadzali, ale – jak tłumaczyli – siła Wilna polegała na tym, że w każdym jego zakątku, na każdej ulicy interesowano się i rozmawiano o sprawach miasta. Bo była przecież Ostra Brama i koronacja obrazu, bo był Piłsudski i mauzoleum Serca. Wszyscy tym żyli, mali i duzi, starzy, młodsi i dzieci. Ktoś z Czytelników powie zapewne, iż jest tak prawdopodobnie w każdym z miast na świecie, ale skoro rozmawiamy o Wilnie, to przyjmijmy, że w Wilnie było to jednak inaczej, „po wileńsku” (uśmiech).
Wracając jednak do poważnej do sprawy, czyli podjęcia przez niektórych Wilniuków decyzji, aby nigdy nie przyjeżdżać – wynika to też z ich charakteru. Ktoś był bardziej odporny, ktoś mniej, a przypominam wcześniejsze słowa o bólu, tęsknocie, złości itp. Losy wilnian były bardzo różne. Pamiętajmy wreszcie, że część rodzin w okresie władzy sowieckiej poniosła straty, nie tylko materialne, ale bezpośrednie. Kogoś w rodzinie zamordowano, innych wywieziono do łagrów. Skoro mówimy więc o czasach ZSRS, ja rozumiem tych ludzi, którzy nie mieli zamiaru jechać do kraju, który te straty spowodował, a ich niegdyś rodzinne miasto pełne było sowieckiej symboliki.

Jaką pamięć o Wilnie była kultywowana w twojej rodzinie. Co o przedwojennym Wilnie opowiadał ojciec?

Mój ojciec urodził się w 1926 r., więc kiedy wyjeżdżał z rodzeństwem z Wilna (w 1945 r.) do Polski, był już dojrzałym młodzieńcem. Przed wojną uczęszczał w Wilnie do szkół. Rodzina mieszkała w Gudelach, czyli we wsi pod Wilnem. Do pierwszej szkoły, mieszczącej się na Zwierzyńcu, chodził na piechotę przez Karolinki. Następna szkoła była już w samym mieście, na ul. Dąbrowskiego (obecnie Jaksto). Znał miasto, ale podczas wspomnianych już przyjazdów nie potrafił mnie „zarazić” Wilnem. Patrząc z obecnej perspektywy, historyka wilnologa, pokazywanie miasta i sposób przekazu ojca opierały się na stereotypach. Jakoś zapamiętałem, że zabierał nas na zwiedzanie miasta jakby z obowiązku. Owszem, był przekonany, że ja i mój brat koniecznie musimy poznać to miasto, z którego się wywodzi rodzina. Chciał jednak nas zarazić jego miłością do Wilna nieco na siłę. Im byłem starszy, tym bardziej mnie ta forma denerwowała.
Po latach uświadomiłem sobie, że w tym okresie ewidentnie obawiał się mówić o pewnych rzeczach. Nie krytykował np. Związku Sowieckiego, bo prawdopodobnie obawiał się, że może mi się gdzieś wymsknąć coś nieodpowiednego, np. w szkole. Wszystko późniejsze wynikało już z moich własnych doświadczeń i decyzji. Kiedy po 1989 r. zacząłem poznawać Wilno na własną rękę, to miałem to szczęście, że mogłem na początek kupić reprint przedwojennego przewodnika Juliusza Kłosa. To już było absolutnie inne źródło, inny przekaz niż ten rodzinny. A kiedy zacząłem sam przyjeżdżać i chodzić po wszystkich ulicach, miałem ze sobą taki olbrzymi plan miasta, który jednak nie przystawał w wielu miejscach do realiów. Czytając coraz więcej i więcej, byłem coraz bardziej zdumiony, że miasto ma tak niesamowitą historię, że przeszło tyle wolt. Przecież biorąc pod uwagę tylko XX w., to dzieje Wilna są naznaczone zmiana za zmianą.
I tak, stopniowo wciągałem się bardziej i bardziej. To jest coś bardzo podobnego do uczucia miłosnego, lecz zdaję sobie sprawę, że nie dotyka to wszystkich jednakowo. Mój młodszy brat, który przyjeżdżał przecież razem ze mną, nie uległ tej fascynacji. Ja zakochałem się w Wilnie po uszy i dzisiaj jestem autorem publikacji dotyczących historii ukochanego przeze mnie miasta. Podkreślę na koniec, że gdyby nie ów korzeń, nie ta zaliczka w postaci przyjazdów od lat 60., to raczej nie byłoby tego wszystkiego.


Wydane w ramach projektu Biblioteka Wilnoteki „Wileńskie ABC” jest swoistym podsumowaniem prowadzonych od kilkudziesięciu lat badań nad historią stolicy Litwy. 264-stronicowa publikacja jest specyficznym przewodnikiem dla zaawansowanych miłośników Wilna. Historia miasta została pokazana na podstawie opowieści wokół teatru, sportu czy… prostytucji. Waldemar Wołkanowski jest opolskim historykiem z wileńskimi korzeniami. W 2015 r. wydał książkę „Michał Węsławski. Biografia prezydenta Wilna w latach 1905–1916”. Moderuje aktywność facebookowej grupy „Wilno”. Od 2014 r. organizuje wycieczki po mało znanych zakątkach Wilna.


Fot. Marian Paluszkiewicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 30(85) 25-31/07/2020