Przestańmy wiecznie przegrywać

Niejednokrotnie o Polakach mówi się, że dysponujemy wielkimi skarbami, z których nie umiemy czerpać korzyści. Czy to wielkie wynalazki (rafinacja ropy, lampa naftowa, grafen), z których zyski czerpią inni, czy to talenty ludzkie, czy to nieznane światu krajobrazy i zabytki, czy też w końcu historia, z której nie tylko się nie umiemy uczyć, lec nawet nie umiemy jej sprzedać.

Setna rocznica Bitwy Warszawskiej – jednego z największych zwycięstw w dziejach – upłynęła przyćmiona pandemią koronawirusa i wydarzeniami na Białorusi, zaś sami w Zułowie snujemy schizofreniczne teorie o autorstwie planu bitwy, tworzone w Londynie po II wojnie światowej z inspiracji sowieckich agentów. Próbujemy chwalić się światu zwycięstwem nad komunizmem, kiedy sympatie wobec tej zbrodniczej ideologii są na tymże świecie zbyt duże, byśmy zrobili w ten sposób dobre wrażenie. Mówimy o zwycięstwie nad bolszewikami ludziom, którzy nie znają historii, a dla których naziści to jacyś kosmici, którzy napadli na dobre Niemcy. Nic zatem dziwnego, że świat nie docenia naszego wkładu. A wystarczy bez dorabiania ideologii mówić prawdę. Że w latach 1919–1921 trwała wojna polsko-rosyjska, a powtrzymanie fali rosyjskiego imperializmu pod Warszawą pozwoliło uniknąć Zachodowi takiego losu, jaki spotkał tereny przez Rosję okupowane. To nam Zachód zawdzięcza to, że dziś nie umiera tam 100 osób dziennie na AIDS, że ludzie nie giną od wstrzyknięcia „krokodyla”, nie są łamani i gwałceni w wojsku czy wysyłani na zaborcze wojny do Donbasu albo na okupowany przez Rosję Krym. To nam Niemcy, Francja, Austria czy Dania zawdzięczają, że nie mają swoich Łukaszenków, że mówią w swoich językach, a nie po rosyjsku, czy że zarabiają coś tam więcej niż my – biedota wytworzona przez lata rosyjskiej okupacji i rabunku naszych ziem, gospodarstw i potencjałów. Lenin w 1920 r. miał na wyciągnięcie ręki zrealizowanie marzenia carów – o oparciu granic imperium o Atlantyk, o podporządkowaniu Europy moskiewskiemu dyktatowi. Za powtrzymanie tych mrzonek przyszło nam słono zapłacić – i Polakom mordowanym przez sowiecką hordę w 1920 r., i 150 tysiącom w Wielkim Głodzie, 200 tysiącom w 1937 r., w Katyniu, na wywózkach, zsyłkach i w powojennych katowniach. Nie można nie widzieć związku między tymi wydarzeniami naszej historii – chyba że chcemy być wiecznie przegrani…

Artykuł ukazał się w Magazynie „Kuriera Wileńskiego” 22 sierpnia 2020 roku