Tysiącletnie braterstwo i emigracja serc

460
„KOBIETY W POLSKO-WĘGIERSKIEJ HISTORII” – 16 sylwetek wybitnych postaci Polski Instytut Badawczy i Muzeum w Budapeszcie zaprezentował uczniom węgierskiej szkoły w Miszkolcu. / FOT. PIOTR PIĘTKA

W 1939 r. Polska i Węgry stały po dwóch stronach politycznej i militarnej barykady. Węgrzy byli sojusznikami Hitlera, Polacy musieli się Hitlerowi przeciwstawiać. Na szczęście ten konflikt istniał jedynie teoretycznie i w 1939 r., jak wielokrotnie wcześniej i później, oba państwa i narody okazywały sobie przyjaźń.

Zaraz po sowieckiej interwencji węgierskie władze otwarły granicę z Polską i przyjęły tysiące polskich uchodźców, zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Szacuje się, że przez ziemie węgierskie
w czasie II wojny światowej przewinęło się nawet ponad 100 tys. obywateli II Rzeczypospolitej.
Oficjalnie byli oni internowani, ale praktycznie mogli bez problemu budować swoją społeczność. Wydawano gazety, istniały polskie organizacje społeczne i kulturalne.
Węgierska Polonia dużo czasu poświęcała też innej inicjatywie, którą udało się przeprowadzić dzięki przychylności i wsparciu finansowemu węgierskich władz. Chodzi o polskie gimnazjum, którego umowną siedzibą było Balatonboglár. Każdego roku, pod koniec sierpnia, Polacy składają kwiaty na grobie jego twórcy, ks. Béli Vargi. Nie inaczej było w tym roku.

Polonijna edukacja

W pewnym sensie tradycję gimnazjum z Balatonboglár kontynuują dwie polskie szkoły – jedna działająca przy polskiej ambasadzie w Budapeszcie, druga przy samorządzie Polaków. Ta pierwsza ma bardzo długą tradycję i wychowała wielu wspaniałych Polaków, przygotowała ich też do powrotu do kraju rodziców, do włączenia się do polskiego systemu edukacji.
Druga także istnieje kilkanaście lat i jest ewenementem w skali europejskiej edukacji polonijnej. Działa w systemie tzw. szkół sobotnio-niedzielnych (choć zajęcia odbywają się przez cały tydzień), ale co najważniejsze, jest włączona w węgierski system edukacyjny i finansowy. Tak więc nie boryka się z problemami wielu polonijnych szkół zdanych na szczodrość rodziców i konkursowe dofinansowanie z Polski. Polska szkoła była wzorem dla węgierskiego prawodawcy i to na jej przykładzie napisano specjalną ustawę regulującą działalność szkół mniejszościowych tego typu.
Uczniów polskich szkół jest mniej więcej 300. Może nie jest to liczba ogromna, ale przy liczbie Polaków na Węgrzech na pewno robi wrażenie.
Polonia na Węgrzech nie jest zbyt liczna. Oficjalne statystyki z ostatniego spisu powszechnego mówią o mniej więcej 10 tys. osób deklarujących polskość jako jedyną lub podwójną narodowość. Słowo „deklarujących” jest w tym przypadku niezwykle ważne, bo swoją polskość zadeklarować może każdy Węgier, choćby tylko czujący sympatię do Polaków.
Realnie liczbę Polaków – urodzonych w Polsce czy też pół Polaków, pół Węgrów – szacować należy na jakieś 5 tys. osób. Wliczyć w to trzeba również Polaków, którzy przyjechali na Węgry tylko na chwilę, np. do pracy w zachodnich koncernach. Polonia skupiona jest przede wszystkim w stolicy. W pozostałych miastach grupy Polonusów to maksymalnie kilkadziesiąt osób, wliczając nawet ich węgierskich małżonków. Co ciekawe, aktywnych w działalności społecznej jest jedynie kilkaset osób, z reguły starszych. Ale to chyba dzisiaj trend wyraźnie obserwowany we wszystkich społecznościach na całym świecie.
Zdecydowana większość Polaków mieszkających na Węgrzech to tzw. emigracja serca. Po II wojnie światowej większość uchodźców powróciła do ojczyzny. Dzięki kontaktom w ramach bloku demokracji ludowej wśród przedstawicieli obu narodów rodziły się miłości zakończone ślubami i zakładaniem rodzin. A że jakoś tak się złożyło, iż lwią część tych rodzin tworzył format Polka i Węgier, z reguły małżonkowie osiadali ostatecznie nad Dunajem. Późniejsza fala emigracji Polaków na Węgry to podobne przykłady.
Tak jak wspomniano wcześniej, jest tutaj też spora grupa Polaków, którzy przyjechali do pracy, ale oni z reguły nie zagrzewają miejsca na dłużej niż na kilka lat. Autor niniejszego artykułu jest wyjątkiem potwierdzającym regułę o zdecydowanej nadreprezentacji płci pięknej w polskiej emigracji nad Dunajem. Sam jest mężczyzną i mieszka na Węgrzech, ale jego teściowa jest Polką i w połowie lat 80. XX w. wyemigrowała do Budapesztu za swoim ukochanym. Ten kierunek z praktycznego punktu widzenia był dla Polek bardzo dobry. W okresie Polski ludowej Węgry jawiły się jako lepszy świat w tym naszym socjalistycznym baraku.

MNIEJSZOŚCI, które od kilku lat nazywane są narodowościami, mogą tworzyć swoje samorządy. Do każdego ich szczebla odbywają się wybory – razem z węgierskimi wyborami samorządowymi. / FOT. PIOTR PIĘTKA

Derenk, czyli polscy osadnicy na Węgrzech

Osobną kategorią Polonusów są potomkowie mieszkańców pewnej nieistniejącej już dzisiaj wsi na północy dzisiejszych Węgier. Ponad 300 lat temu w wyniku panującej epidemii dżumy wieś Derenk opustoszała. Jej właściciele sprowadzili na miejsce dawnych mieszkańców, grupę kilku rodzin z północnego Spisza, dzisiaj powiedzielibyśmy – z polskiej części tego regionu.
Historia tej wsi to kolejne 250 lat. W tym czasie mówiący charakterystyczną gwarą, najbardziej zbliżoną do polszczyzny, tworzyli zwartą i bardzo endemiczną grupę. Dość powiedzieć, że w księgach metrykalnych na kilkaset małżeństw zawartych w okresie istnienia wioski, tylko kilkanaście dotyczy osób spoza wsi. Niestety, tereny okolicznych gór Aggtelek nie sprzyjały osadnictwu, do tego doszły konflikty z władzą i ta podjęła decyzję pod koniec lat 30. XX w. o wysiedleniu wioski w inne miejsce. Ostatecznie dokonało się to w 1943 r.
Miejscową ludność przeniesiono do kilku innych wiosek leżących w promieniu nawet 100 km od matecznika. Rozdzielenie społeczności sprawiło, że ludność ta powoli, lecz systematycznie i, wydaje się, bezpowrotnie została zmadziaryzowana. Dziś już prawie nikt nie mówi gwarą derencką. Kilka miesięcy temu przestał istnieć ostatni zespół pieśni ludowych z tego terenu – Derenka Polska. Kilka lat temu, na specjalnej konferencji zorganizowanej przez Polski Instytut Badawczy i Muzeum z siedzibą w Budapeszcie, w węgierskim parlamencie sekretarz stanu Miklós Soltész w imieniu węgierskich władz przeprosił za to przymusowe przesiedlenie i zniszczenie tej enklawy polskich górali na tych ziemiach. Potomkowie mieszkańców wsi mają jednak świadomość swoich polskich korzeni.
Mają również świadomość swojego niebagatelnego znaczenia dla polskiej społeczności na Węgrzech. Dlaczego? Ta historia zaczyna się mniej więcej w latach 80. XX w. Grupa krakowskich etnografów odnalazła mieszkańców Derenku i naukowymi metodami opisała ich historię, język i zwyczaje. Ich praca miała niebagatelne znaczenie polityczne. Kiedy na początku lat 90. w Republice Węgierskiej tworzono podwaliny polityki mniejszościowej, zamysłem władz było również włączenie Polaków w jej mechanizmy. Do zapisu o tym, że mniejszościami uprzywilejowanymi są te, które żyją na terenie państwa węgierskiego w zbiorowiskach zwartych od co najmniej stu lat, idealnie pasowała społeczność derencka. Wtedy stało się jasne, że grupa żyjących jeszcze wtedy mieszkańców i ich potomkowie są konstytuantami życia polonijnego na Węgrzech.

Wsparcie państwa

A to polonijne życie jest nieproporcjonalnie bogatsze do liczby Polaków mieszkających nad Dunajem. Nie ma co ukrywać, że najlepszym animatorem życia społecznego są pieniądze. A tymi mniejszości narodowe są od kilkunastu lat całkiem hojnie obdarowywane. Węgrzy chcą pokazać, że dobrze traktują mniejszości u siebie po to, by sąsiedzi dobrze traktowali mniejszości węgierskie w swoich krajach. Nie wchodząc w politykę, trzeba powiedzieć, że system ten lepiej lub gorzej, ale jednak funkcjonuje. Mniejszości, które od kilku lat nazywane są narodowościami, mogą tworzyć swoje samorządy. Do każdego ich szczebla odbywają się wybory – razem z węgierskimi wyborami samorządowymi. W Ogólnokrajowym Samorządzie Polskim zasiada kilkunastu przedstawicieli Polonii. Przewodniczącą tego gremium jest od prawie roku Maria Felföldi, założycielka i szefowa jednego z kilku polskich stowarzyszeń – Polonia Nova.
Najstarszą polską organizacją na Węgrzech jest Polskie Stowarzyszenie Kulturalne im. Józefa Bema. Powstało ono w 1958 r. i do lat 90. XX w. było jedyną polską organizacją na Węgrzech.
Kolejnym miejscem, w którym zrzeszają się Polacy, jest Stowarzyszenie Katolików Polskich pw. św. Wojciecha w Budapeszcie. To ta organizacja opiekuje się polskim kościołem i Domem Polskim zlokalizowanymi w X Dzielnicy Budapesztu. Kościół i parafia polska zostały zbudowane pod koniec lat 30. XX w.
Gros wydarzeń dzieje się w lokalnych samorządach narodowości polskiej, a także w instytucjach finansowanych przez węgierski budżet. O Ogólnokrajowej Szkole Polskiej wspomniałem już wcześniej. Poza edukacją w budapeszteńskiej siedzibie i kilkunastu oddziałach rozsianych po całych Węgrzech szkoła organizuje wiele wydarzeń i wycieczek.
Polacy posiadają swoje muzeum. Od kilku lat ta instytucja nazywa się Polskim Instytutem Badawczym i Muzeum. Muzeum to nazwa zbyt wąska dla tej organizacji, która prowadzi działalność naukową, wydawniczą, kreuje i organizuje wystawy, prowadzi część polonijnych mediów elektronicznych. W tej chwili prowadzona jest rewitalizacja wystawy stałej pokazującej tysiącletnią przyjaźń polsko-węgierską.
Kolejną instytucją jest Polski Ośrodek Kulturalno-Oświatowy odpowiedzialny za organizację imprez kulturalnych dla Polaków mieszkających na Węgrzech. Jeśli dodamy do tego działający w Budapeszcie Instytut Polski, mający ponad 80-letnią tradycję, to obraz działalności Polaków nad Dunajem wydaje się niezwykle bogaty.
Można by powiedzieć, że nawet zbyt bogaty jak na liczebność Polaków w tym 10-milionowym kraju. Wielokrotnie działacze polonijni z Węgier, prowadząc rozmowy w Warszawie, stykają się z wyrazami zdziwienia na twarzach mniej zaznajomionych polskich rozmówców. Ten wyraz zdziwienia pojawia się, kiedy po relacji o tym, jak bogate jest życie polonijne, pada pytanie o liczbę rodaków nad Dunajem. „Tylko tyle? To jak wy to wszystko robicie?” – pytają. Na szczęście, dzięki wsparciu państwa węgierskiego i naszej energii, Polaków na Węgrzech, polskość rozwija się bardzo dobrze.


Piotr Piętka


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 36(103) 05-11/09/2020