Przejrzeć na oczy

Przełom października i listopada to czas, w którym obchodzone i w Polsce, i na Litwie w sposób szczególny dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki, a także jesienna pogoda nastrajają refleksyjnie, skłaniając do zadumy nad przemijaniem.

Na ten czas przypadają też ważne historyczne rocznice, związane szczególnie z rokiem 1956. Pod często używanym w publicystyce pojęciem „polskiego października” rozumie się wybuch społecznego entuzjazmu w odpowiedzi na zmiany na szczytach władzy komunistycznej Polski, odejście od praktyk stalinowskich, poluzowanie cenzury, uwolnienie prymasa Stefana Wyszyńskiego. Entuzjazm ten szybko osłabł, wraz ze schodzeniem kierownictwa PZPR ze ścieżki reform. Przełom października i listopada to także wybuch, a następnie pacyfikacja węgierskiego powstania przeciwko sowieckiej okupacji. Dla wielu obserwatorów tych wydarzeń był to moment przełomowy. Zwłaszcza dla przedstawicieli zachodnich elit intelektualnych zafascynowanych ideami komunistycznymi.

„Ogromnym ciosem dla zachodniego komunizmu miał stać się rok 1956 i krwawe stłumienie węgierskiej rewolucji. Na Zachodzie wielu przejrzało wówczas na oczy” – pisał niedawno w „Tygodniku Powszechnym” Zbigniew Rokita. Ale łuski spadły wówczas także z oczu wielu intelektualistów, głównie młodych, w samym Związku Sowieckim. „Na początku studiów szczerze wierzyłem, że komunizm jest światłą przyszłością ludzkości” – wspominał w książce „Opisać Wilno” Tomas Venclova. „Potem nastąpiły ciosy, które nie pozostawiły ani śladu z mojej wiary komsomolskiej – najważniejszymi z nich były powstanie na Węgrzech i sprawa Pasternaka”.

Ludzie przechodzący podobne przemiany jak Venclova wkrótce, korzystając z chwilowego oddechu wolności, zaczęli tworzyć koła samokształceniowe, nieoficjalne kluby dyskusyjne – tak zaczęły powstawać pierwsze w ZSRS kręgi dysydenckie. W Dzień Zaduszny 1956 r. na cmentarzu Na Rossie doszło do patriotycznej demonstracji Litwinów, zapalających znicze na grobach Jonasa Basanavičiusa i innych bohaterów. Na sowieckim monolicie zaczęły się pojawiać pierwsze rysy. Powyższe przykłady świadczą o tym, że bardzo często prawdziwa społeczna zmiana zaczyna się nie wtedy, gdy buntują się ci już zbuntowani, ale wówczas, gdy to ludzie na różne sposoby związani z systemem – ufający mu, wierzący w niego – zaczynają przeglądać na oczy, odkrywać jego zakłamanie, przełamują własny strach. Tak było w systemie komunistycznym, ale ta prawidłowość dotyczy wszystkich opresyjnych reżimów.


Dominik Wilczewski

Girl in a jacket

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 44(127) 31/10-06/11/2020