Więcej

    Lubię nosić maseczkę

    Czytaj również...

    I to nawet bardzo. Bo ja, proszę Państwa, uwielbiam robić głupie miny. Serio. Gdy idę ulicą czy gdy sprawdzam w sklepie cenę twarogu, mam frajdę z tego, że schowana pod swoją maseczką mogę się krzywić i rozdziawiać na wszystkie możliwe sposoby!

    Radzę spróbować, to bardzo poprawia nastrój (ale trzeba pamiętać, by maseczka nie była pod nosem czy brodą, bo może się wydać). Jestem dosyć wyluzowana, jeśli chodzi o to, jak „powinno się” wyglądać po wyjściu z domu, ale przyznam bez bicia – kiedy wychodzę w upaćkanym kaszą i działalnością dwojga dzieci dresie, to przelatuje mi przez głowę myśl: „Na bank spotkam nielubianą koleżankę z czasów szkolnych”. A za nią pełznie myśl następna: „Koleżanka będzie w płaszczu w pepitkę od Coco Chanel i butach tak czystych jak sumienie noworodka”. Jednak gdy zakładam maseczkę, to nieco naiwnie czuję się niewidzialna, tak jakbym mogła za nią ukryć całe moje metr 78 cm. „He, he, nikt mnie nie pozna” – cieszę się tą myślą, nawet jak wychodzę do ludzi, wyglądając jak ostatni flejtuch.

    A w razie wpadki – strzeż Panie Boże – będę mogła zawołać: „Ach, to ty?! Te maseczki zmieniają twarz nie do poznania”. Czasami zdarza mi się biegać. Normalnie po pięciu minutach moja twarz wygląda jak rozgotowany burak, a próżność cierpi za każdym razem, gdy mijam białolicych spacerowiczów. Teraz naciągam maseczkę aż pod oczy i raz, że biegnę (co już jest dosyć dziwnym zachowaniem), to jeszcze miny robię. Poza tym – jest cieplej. Gdy przyjdą mrozy, będzie miło skryć twarz w nowym modelu z wełny merynosów (na pewno się takie pojawią). Wczoraj na wsi pomachałam do cioci, która robiła jesienne porządki w ogrodzie, a ta na mój widok naciągnęła golf na twarz. „Oho – pomyślałam – naprawdę boi się wirusa”, bo u nas na wsi w maseczkach nikt dotąd nie chodził.

    A ciocia do mnie: „Wzięłam się do robienia protezy. Za maseczką nikt nie widzi, że nie mam zębów!”. Moja koleżanka wyszła za mąż za Pakistańczyka. Uparła się, że w Pakistanie nie będzie zasłaniać włosów, a tym bardziej buzi. Było to jednak ogromnie męczące. Blondyna o jasnej karnacji szła ulicą, a ulica pytała: „Czy jesteś lalką Barbie?”, „Jesteś może Chinką?”. Dali jej spokój, gdy Asia kupiła sobie burkę, czyli długi płaszcz z zasłonką na twarz. Poczuła się wolna i zaczęła nawet robić zdjęcia przechodniom! Też bym tak chciała, ale obawiam się, że na litewskiej ulicy burka nie zadziałałaby jak peleryna niewidka.


    Ewa Wołkanowska-Kołodziej


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 49(142) 05-11/12/2020

    Więcej od autora

    Chwasty

    Wyrosły. Przedarły się. Nie miały prawa, całe podwórko jest wyłożone kostką – ciasno, ściśle, zgodnie ze sztuką wykładania kostki brukowej. Gdzieś tam wykiełkowały i dalej szukać słońca, życia. W mojej rodzinie chwasty się wyrywało. Czy to łopatą, czy nożem...

    Mazury bezboleśnie?

    Przyjaciele z Polski zaproponowali, by się spotkać w połowie drogi – na Mazurach, czyli w takiej części Polski, której przez całe życie mniej lub bardziej skutecznie unikam. Z jakiegoś powodu ci Polacy, którzy nie chcą się smażyć na molo...

    Dziecko płakać nie musi

    Kiedy to słyszę, to budzi się we mnie potwór, który mówi do lekarza: „Proszę nie dotykać mojego dziecka, tylko się dokształcić”.

    Jak stałam się fanką sanatoriów

    Proszę sobie wyobrazić samochód, w którym kończy się paliwo, starły się hamulce, a w baniaku na płyn do spryskiwaczy jest sucho. W myjni on nie był, kilka stłuczek zaliczył, w środku uzbierała się kolekcja papierków po lodach i kubkach...