Nieznane kartki z pamiętników Jana Obsta

Jan Konrad Obst (1876–1954)
| Fot. archiwum

Grudniowa poczta otrzymana z Wileńszczyzny mile mnie zaskoczyła. Ponieważ przed laty badałam zawiezione w 1992 r. do Polski, zdeponowane w Bibliotece Głównej Uniwersytetu w Białymstoku, niekompletne pamiętniki Jana Konrada Obsta (24 grudnia 1876 r. – 8 marca 1954 r.), nie sądziłam, że jeszcze coś się uchowało. Tym bardziej że pokryte grzybem zeszyty (korzystałam z nich w specjalnych rękawiczkach), zapisane ołówkiem przed 70 laty przez ich autora, trafią właśnie do mnie.

Czytam, a ciarki mi po plecach chodzą: „Zima 1940–41 r. była może bardziej jeszcze surowa od poprzedniej. Co gorsze, nie mieliśmy nawet opału. Podczas gdy z naszego lasu brał każdy, kto chciał, nam nie wolno było nawet suchych gałęzi nazbierać, a kupić nie było za co. Przenieśliśmy się do najmniejszej w domu komóreczki (…). Gdy się jednak wyszło z domu, dech zamierał w piersi, mróz wgryzał się w gardło jak wściekły wilk, a członki kostniały. Co prawda nie było też po co wychodzić, gdyż nam całą gospodareczkę zabrano. Na folwarku rządził »sowiet« z naszych własnych fornali złożony, któremu przewodniczył przez władze tu przysłany wstrętny garbus (…). Oprócz niepewności jutra dręczącą była też ta więzienna bezczynność. Zająłbym się jakąś pracą umysłową, ale po zabraniu biblioteki, odcięty od świata byłem jak bez rąk, bezsilny. (…) Zabrano nam wszystko”.

Jan i Róża wzajemnie sobie potrzebni

Działo się to w Rubnie koło Ławaryszek (gmina Mickuńska) w typowym dla Wileńszczyzny drewnianym dworku, który Obst kupił w 1933 r. i do którego przeniósł się z Wilna na wieś wraz z matką i żoną. Po zakończeniu kariery redaktorskiej w „Dzienniku Wileńskim” i przejściu na emeryturę wyłożył 25 tys. złotych polskich na majątek wielkości 64 ha jako wspólną własność jego i żony Róży, która po otrzymaniu spadku po wuju mieszkającym na Węgrzech dołożyła się do jego kupna. Oprócz dworu (osiem pokoi) i stojącej nieopodal kaplicy dworskiej nabyto: ziemię orną i pastwiskową, staw, las, trzy sady owocowe i sześć drewnianych budynków gospodarczych.

„Zabrano nam …”, czyli Janowi Obstowi i jego małżonce Róży z domu Miłoszowicz, byłej aktorce scenicznej o pseudonimie Ernestyna. Córka serbskiego Cygana i Niemki, spokrewnionej z rodziną kompozytora Liszta, przyszła na świat w Budapeszcie. Jako kilkuletnie dziecko po przedwczesnej śmierci matki uciekła od pijącego ojca i przystała do wędrownego cyrku. Kiedy w 1904 r. poznali się z Obstem w Petersburgu, mówiła tylko po francusku. Z czasem nauczyła się polskiego i rosyjskiego.

Zbliżyły ich miłość do sztuki oraz scena (Obst z wykształcenia był śpiewakiem operowym). Także osobiste przeżycia. Helmisch, pierwszy mąż Róży, który trwonił wszystko, co z wielkim trudem zarabiała, a jeszcze kazał płacić swoje długi, popełnił samobójstwo. „Bianka”, czyli Blanche Chamerlot z Chamonix, pierwsza żona Obsta, zmarła tragicznie. Jako tancerka występowała w Sewastopolu przed rodziną carską, będąc w zaawansowanej ciąży. Pośliznęła się na scenie na pestce od śliwki. Wykrwawiła się. Pomimo starań dwóch lekarzy, dziecka również nie udało się uratować. Bita i poniżana przez męża Róża miała kłopoty psychiczne.

Obst po stracie żony (1902) i nienarodzonego dziecka pogrążył się w alkoholizmie. Żeby nabrać sił do życia, Jan i Róża byli sobie wzajemnie potrzebni. Najpierw mieszkali w Petersburgu, gdzie mieli sezonowe występy, a gdzie Obst uzyskał w latach 1903–1904 stałą posadę jako kierownik działu literackiego „Kraju”, pisma wydawanego po polsku. Współpracował także z „Gazetą Warszawską”, „Słowem”, „Kurierem” i „Dziennikiem Poznańskim”. Nawiązał bliskie kontakty z petersburską Polonią.

„Kwartalnik Litewski”, wydanie z 1910 r.
| Fot. archiwum

Urzeczeni Atenami Północy

Jan Konrad Obst urodził się w Lipsku, gdzie jego ojciec Herman pracował jako chirurg w Operze Lipskiej, na tyłach której mieszkali. Matką była Maria Sokołowska, ziemianka z Inflant Polskich (Łotwa), właścicielka dworu i ziemi pod Dyneburgiem. Mimo że wychowany i wykształcony w Niemczech i częściowo w Szwajcarii, gdzie mieszkała rodzina ojca, to dzięki niej, polskojęzycznej niani Anieli i mocno zakorzenionej pośród znajomych Polaków kresowych tradycji polskiego dworu, jak też spotkaniu w Grodnie (a później i korespondencji) z Elizą Orzeszkową oraz innymi znanymi Polakami (A. Oppmanem, W. Lutosławskim, J. Malczewskim), studiowaniu historii, sztuki i literatury polskiej (Kochanowski, Mickiewicz), Obst z czasem określił się, pisząc m.in. w pamiętniku: „Zostałem Polakiem w wyniku świadomego wyboru”.

Jako członek-korespondent polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie miasto nad Wilią odwiedził wraz z małżonką Różą w 1909 r. Co wiadomo? Że zatrzymali się w Grand Hotelu (były Georges), że byli w Ostrej Bramie, u św. Anny, św.św. Piotra i Pawła, w katedrze. Spotkali się z wileńskimi historykami, bibliotekarzami, bibliofilami i dziennikarzami. Przy wysyłce na poczcie kartek do krewnych byli zaskoczeni, że zabroniono im nawet między sobą mówić po polsku.

Tak wyglądały jeszcze w 2001 r. groby rodziny Obstów w Rubnie
| Fot. Liliana Narkowicz

Przerażała też ogromna ilość kolorowych, z „krzykliwymi napisami” szyldów rosyjskich we wszystkich dzielnicach handlowych. Były nimi obwieszone domy od góry do dołu, widać było tylko okna.

W notesie Obst zanotował, że ogólnie Wilno ich urzekło. Bardzo dobre wrażenie zostawiły spotkania z wileńskimi Polakami. Jednak „miasto, znane kiedyś jako Ateny Północy, po zamknięciu uniwersytetu i wysiedleniu z miasta inteligencji, dziś jest już tylko prowincją Siewierno-Zapadniego Kraja Rosji carskiej”. Nie żałowali na jedzenie i smakołyki. Mąż kupił żonie futro, od Żyda handlarza.

Nie zawsze jednak powodziło się im finansowo dobrze. Róża, będąc w stanie odmiennym, podczas krwawej niedzieli w styczniu 1905 r. (w tłumie znalazła się przypadkowo) została stratowana przez konia. Straciła dziecko, a sama, mimo szybko okazanej pomocy przez lekarzy, długo nie mogła dojść do siebie. Zrozpaczony mąż przewiózł ją statkiem na dłuższą kurację do pobliskiej Finlandii. Spieniężył wszystko, co się dało, zadłużył się, ale życie kochanej małżonce (została bezpłodna) uratował.

Czytaj więcej: Wędrówki ulicami wileńskimi: Co się działo na Skopówce…

Wojaże po całej Europie

Przyjazd do Wilna w 1909 r. nie był pierwszą wizytą Obsta na Litwie. Wcześniej był w Druskiennikach z żoną Bianką na występach. Co wieczór śpiewali (żonka także tańczyła) letnikom i kuracjuszom. Natomiast dnie „spędzali na urwistym brzegu Niemna, pod starym dębem, gdzie ze żwiru tryskała woda kryniczna”.

Zanim przeniósł się nad Wilię na stałe w 1911 r., zdążył zwiedzić prawie całą Europę. Był m.in. na terytorium obecnych: Austrii, Francji, Niemiec, Luksemburga, Szwajcarii, Włoch, Gruzji, Łotwy, Węgier, Ukrainy, Białorusi, Czech, Litwy, Finlandii, Rosji. Tę ostatnią zwiedził od Petersburga i Moskwy aż po Smoleńsk i Niżny Nowogród.

Jako śpiewak operowy (tenor) używał Jan Obst scenicznego pseudonimu Ostini. Śpiewał główne partie (przeważnie po włosku) w operach stworzonych przez najwybitniejszych rosyjskich twórców: „Damie pikowej”, „Eugeniuszu Onieginie”, „Rusałce”, „Rusłanie”, „Demonie” i „Życiu cara”. Z pseudonimem Ostini pożegnał się na zawsze, zostając redaktorem i wydawcą „Kwartalnika Litewskiego”, którego wydawanie rozpoczął w Petersburgu, a kontynuował w Wilnie.

Obst, będąc wielkim miłośnikiem poezji, był pod wrażeniem roli, jaką Adam Mickiewicz odegrał, budząc patriotyczną świadomość Polaków w walce narodowowyzwoleńczej. XVII-wieczną kamieniczkę z galeryjką nabył w Wilnie nieprzypadkowo i nieprzypadkowo zamieszkał właśnie tu. Wiedział bowiem, że była związana z pobytem wieszcza, który jako świeżo upieczony nauczyciel, nie mając jeszcze rozgłosu wielkiego poety, przy zaułku Bernardyńskim 11 przepisywał na czysto poemat „Grażyna” i poprawiał swoje ballady i romanse przed oddaniem do druku.

Rubno w międzywojniu. W sadzie, przy dworku…
| Fot. archiwum

Redaktor, kustosz, kolekcjoner

W trakcie remontu kamienicy, jak wspomina Obst, przypadkiem natrafiono na tablicę z napisem: „Tu pisana GRAŻYNA 1822”. Po latach nad bramą wejściową do budynku umieścił drugą, z białego marmuru. Głosiła, że tu mieszkał w 1822 r. Adam Mickiewicz. A ponieważ redaktor „Kwartalnika Wileńskiego” (z czasem także takich pism, jak: „Litwa i Ruś”, „Gazeta Codzienna” i dodatek „Wiadomości Ilustrowane”, „Rzeczypospolita” oraz „Dziennik Wileński”) był wielkim miłośnikiem staroci i zbieraczem starych medali, pamiętników, kalendarzy, dokumentów, książek, wyrobów ze srebra i porcelany, obrazów i sztychów, zrodził się więc pomysł urządzenia przy zaułku Bernardyńskim 11 muzeum poety z meblami i akcesoriami z epoki „Pana Tadeusza”. Miał ku temu jej właściciel predyspozycje (absolwent Konserwatorium Lipskiego dorywczo pobierał lekcje filozofii i z zakresu sztuk pięknych na tamtejszym uniwersytecie), ale też wzór wyniesiony z ojcowskiego domu. Jego ojciec Herman nie tylko był znanym w Saksonii lekarzem, lecz także kolekcjonerem i założycielem publicznego muzeum etnograficznego.

Pisano kiedyś o Wilnie, że „jest skarbnicą typów i oryginałów”. Niewątpliwie, jednym z takich oryginałów był Jan Obst. Najczęściej można było go spotkać na ul. Dominikańskiej i Zamkowej oraz zaułku Bernardyńskim, gdzie mieszkał, i na ul. Mostowej, gdzie w międzywojniu znajdowała się redakcja „Dziennika Wileńskiego”.

Podobno zawsze był ubrany na czarno: „w szlacheckim surducie do kolan, a pod nimi kamizelka na guziczkach. Pod brodą wiązał atłasową kokardę”. Kursował pomiędzy tymi ulicami zwykle z plikiem papierów pod pachą. W obawie przed grasującymi żulikami zawsze w kieszeni nosił rewolwer. Gości po swoim mieszkaniu-muzeum oprowadzał sam (w razie jego nieobecności męża-kustosza zastępowała żona Róża).

Dworek i kaplica dworska w Rubnie
| Fot. archiwum

„Wilno jako miasto polskie”

Trzeba przyznać, że inteligencja polska w Wilnie na początku powitała Obsta i jego inicjatywy kulturalne z dużym entuzjazmem. Do I wojny światowej uchodził w Wilnie „za największego znawcę starej porcelany”. Brakowało przecież w mieście nad Wilią fachowców od zabytków i starych przedmiotów, a Obst w jakimś stopniu potrafił tę lukę wypełnić. Tym bardziej że nie tylko przyjechał z Petersburga do Wilna wraz ze zbiorami, lecz także znał się na etnografii.

Doceniano też wartość jego „Kwartalnika Litewskiego”, który miał zainteresować młodzież dawnymi dziejami, historią i polskimi zabytkami na Litwie. Zabory wyrządziły wielkie spustoszenie na polu kultury. Wszak w ciągu ponad 100 lat dojrzały całe pokolenia Polaków odcięte od własnych korzeni. Obst zachęcał rodziców i dziadków do odszukania i przekazania, a młodzież – do poznania, pokochania i uszanowania wszelkich pamiątek przeszłości. Wszystkich zaś: do obowiązku ratowania tego, co nasze i polskie, od niepamięci.

Przypomnę również, że to Obst, a nie któryś z miejscowych Polaków, przyjął pod własny dach po powrocie z katorgi starych weteranów-powstańców: Antoniego Czernyszewicza, Józefa Karpowicza i Franciszka Niepokojczyckiego. Nie tylko spisał i wydał drukiem ich wspomnienia, lecz także zapewnił im wikt oraz utrzymanie. Z zaułka Bernardyńskiego wszyscy trzej zostali godnie odprowadzeni na najbliższy cmentarz – Bernardyński na Zarzeczu.

Z czasem wszystko zostało przewartościowane i została Obstowi do odegrania inna rola – redaktora konserwatywnego „Dziennika Wileńskiego” i narodowca, stale przypominającego o obowiązkach wobec ojca i matki, polskiej ojczyzny i religii katolickiej. W międzywojniu do polskiego już Wilna zjechało wielu Polaków, dobrze wykształconych specjalistów, nierzadko wybitnych profesorów. Obst nie mógł się z nimi mierzyć na polu literatury, architektury czy malarstwa jako hobbysta i samouk. Poza tym, jako wieloletni zwolennik polityki Romana Dmowskiego, głośno opowiadał się po stronie narodowców.

Nic więc dziwnego, że miał w Wilnie zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Szczególnie pośród Litwinów, którym nie odmawiał prawa do własnego języka i kultury, ale „Wilna, jako miasta polskiego”, tak. W swoim testamencie m.in. napisał, że gdyby z nim coś się niespodziewanie stało (był bezdzietny), to jego własność przy zaułku Bernardyńskim 11, czyli pomickiewiczowska kamieniczka, ma być przekazana Uniwersytetowi Wileńskiemu, ale pod warunkiem, „że będzie to uniwersytet polski”.

Nie mając własnego potomka, planował po śmierci dworek w Rubnie przekazać na szkołę dla chłopców, gdyż w okolicy takowej nie było. Miała być prowadzona przez braci salezjanów, mających doświadczenie w pracy z młodzieżą i dziećmi. Obst utrzymywał bliski kontakt z zakonnikiem Wojciechem Wiertelakiem z Płocka, którego w czasie II wojny światowej los rzucił na Wileńszczyznę. W obawie przed Sowietami udawał krewnego Obstów.

Julian Bezganowicz, strażnik pamiętników Obsta w 2000 r.
| Fot. Liliana Narkowicz

Człowiek tyle pisał…

Po II wojnie światowej Obsta miano wywieźć na Sybir, jednak w porę ostrzeżony ukrył się nocą w odległym o 1 km zaścianku Dziekaniszki, u zaprzyjaźnionego chłopa Juliana Bezganowicza. Wiedzieli o tym tylko miejscowi duchowni (ks. S. Toporek, ks. W. Mróz i ks. J. Pryszmont) i zakonnicy (m.in. W. Wiertelak i stygmatyczka W. Boniszewska), którzy od czasu do czasu Obsta odwiedzali, a przy okazji dokarmiali.

A w 1954 r., również w tajemnicy, już o zmroku, został Obst przez ks. Jana Pryszmonta i garstkę osób wtajemniczonych odprowadzony w ostatnią drogę i pochowany w Rubnie obok żony Róży, zmarłej w 1941 r. Zgodnie z życzeniem zmarłego orszak z trumną na chwilkę zatrzymał się przed dworkiem i stojącą przy bramie wjazdowej figurą Matki Boskiej, ustawioną przed laty w majątku na prośbę jego żony Róży. Założyciel muzeum Adama Mickiewicza w Wilnie i wieloletni redaktor „Dziennika Wileńskiego” zmarł w wieku 78 lat. W obawie przed konsekwencjami na krzyżu nie umieszczono żadnej tabliczki.

Chłop Bezganowicz nie tylko do ostatnich dni chronił i żywił Obsta, lecz nawet – narażając swoje własne życie – przechował jego pamiętniki w Rubnie i Dziekaniszkach. Również on zorganizował Obstowi cichy pogrzeb. Kiedy w 2000 r. odwiedziłam pana Juliana w zaścianku, zwierzył się: „Powiem szczerze, bałem się trzymać te zeszyty. Teraz mam 98 lat. Wówczas młodszy byłem, to strach o dom i rodzinę, a i pana Obsta też. Ale myślę sobie: Jak to zniszczyć, człowiek tyle pisał… Papierów nikt nie wytropił, ale myszy część zjadły”.

Dworku w Rubnie już nie było. Jeszcze w latach 50. XX w. został celowo podpalony. Kierownictwo lokalnego kołchozu „Pobieda” (Zwycięstwo) na podmurówce byłego domu Jana i Róży Obstów wybudowało stodołę.


Liliana Narkowicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 1(1) 02-08/01/2021