Nie posprzątałam

Proszę sobie wyobrazić, że miałam ostatnio taki bałagan, że płakałam. Nie był jakiś szczególny, słowo daję. Godzinę wcześniej było czyściusieńko, ale kilka szybkich ruchów dzieciaków i w jednej części salonu pojawiły się ubłocone buty, cztery pary, w drugiej – pudło z rajstopami, dresami i jedną sukienką balową, pośrodku znalazło się kilka papierowych torebek, zielona poduszka i miks pluszaków z klockami, a calutki blat stołu pokryły resztki obiadu i kredki.

Niby nic szczególnego – każdego dnia mój salon wygląda tak, a wieczorem znowu jest cacy. Nie płaczę z tego powodu. Nie, zdarzyło się coś jeszcze. To było puk, puk. Nie takie zwykłe – puk, puk przyjaciół z trojgiem dzieci czy taty, który już wszystko widział. To było puk, puk sąsiadów. Eleganckich sąsiadów. Takich, co gdy jestem zdenerwowana, to nie parkuję przy ich samochodzie, bo gdybym go zarysowała, poszlibyśmy z torbami. To było puk, puk ludzi, w których okna z ciekawości wielokrotnie zaglądałam (uwielbiam to!).

I w tych oknach widziałam wypielęgnowane kwiaty doniczkowe (ja w tym roku w ramach eksperymentu sprawiłam sobie lawendę; myślałam, że nie da się jej zasuszyć, a jednak się dało), jadalnię jak z katalogu (i to nie Ikei), regały idealnie poustawianych książek. No więc, rozumieją Państwo grozę tego puk, puk i wyobrażają sobie Państwo tę sekundę, kiedy moi sąsiedzi (ubrani, jakby byli pracownikami banku, którymi być może są) obrzucają jednym spojrzeniem sytuację. A sytuacją jest miks półnagich dzieci z przypadkowymi rzeczami na podłodze i błotem, które wykruszyło się z butów. Sąsiedzi ci szybciutko dają pakunek ze świeżo upieczonym chlebem, ciasteczkami i konfiturami z dyni i w popłochu żegnają się i zamykają za sobą drzwi. Poryczałam się. Ze strasznego wstydu. Potem zaczęłam mieć wizje.

Jak dzwonią do pomocy społecznej i mówią: „Patologia! Niziny społeczne!”. Jak donoszą właścicielowi naszego mieszkania: „Panie, oni tam chlew zrobili! Nieruchomość traci na wartości każdego dnia!”. Jak moja babcia modli się: „Niech Ewunia przestanie czytać książki i zacznie wycierać kurze”. Jestem dziennikarką, krytyka mnie nie rusza, jestem z nią oswojona. Widocznie jednak – z inną jej odmianą. Spojrzenie sąsiadów uderzyło w coś bardzo pierwotnego we mnie. Następnego dnia po ich wizycie wypolerowałam salon i niby niechcący odsłoniłam firanki. Choć na co dzień czuję się gospodynią dziką, to widocznie gdzieś głęboko jest też we mnie ona – gospodyni domowa.


Ewa Wołkanowska-Kołodziej


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 4(10) 23-29/01/2021