Moja szkoła była fuj

Nie wiem, co poszło nie tak. Moi rodzice i wujkowie powtarzali zawsze, że lata szkolne są najpiękniejsze, że przyjaźnie najtrwalsze, że życie wtedy beztroskie. Mama krzątając się po domu, często śpiewała piosenkę: „Dlaczego łzy mi twarz pieką, a serce ściska się znów i ziemia spod nóg ucieka…”, no i nie była to pieśń o niezapowiedzianym sprawdzianie z matematyki, tylko o zakończeniu szkoły. A ja powiem szczerze: nienawidziłam szkoły.

Kojarzy mi się z poniżaniem dzieci. Z tekstami w stylu: „siadaj, dwa”, „wyjmujemy karteczki”. Z krzykami „cicho!” i z tym strasznym wodzeniem palcem po liście uczniów i szukaniem ofiary. Z niepuszczaniem do toalety, z brakiem zamków w toalecie, z płaczem na podłodze w toalecie. Z poczuciem, że jestem nie taka, niewystarczająca, za mało, nie dość. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak ja w ogóle tę szkołę skończyłam. Chodziłam na wagary, a w klasie maturalnej chyba ani razu nie otworzyłam podręcznika do matematyki, bo uwierzyłam w to, że nie jestem w stanie pewnych rzeczy zrozumieć. I w sumie z tych 12 lat (kawał czasu) mam dwa piękne doświadczenia: przyjaciółkę Justynę i jedną nauczycielkę, dzięki której tak naprawdę czułam, że coś mogę – polonistkę Teresę Wincełowicz. Nie mam pojęcia, czy jeszcze uczy i w ogóle mnie pamięta. Myślę o niej jako o osobie, która rozmawiała z nami, dziećmi, jak z ludźmi. Uczyła myślenia, była tego myślenia ciekawa. Wprawdzie dziś jest mi bardzo głupio, że pisałam kolegom wypracowania, czego wtedy nie uważałam za oszustwo, ale może mi wybaczy. To ona pokazała mi, że w pisaniu i myśleniu nie musi być szablonu.

Że można zacząć zdanie od „bo”, „i” czy „no, przecież”. Kiedyś po napisaniu wypracowania na temat książki, której nie przeczytałam, gdzie pomyliło mi się wszystko (imiona bohaterów, ich zawody, no i cała akcja), znalazłam w zeszycie notatkę w stylu: „Jeśli takie wypracowanie napiszesz na olimpiadzie języka polskiego, to cię chyba oskalpuję. A szkoda by było takich ślicznych kędziorków. Pozdrawiam, Teresa”. Miała temperament, pazura, była jakaś. Kiedyś powiedziała: „Gdybym stanęła teraz przed wami na głowie i powiedziała, w którym roku urodził się Mickiewicz – zapamiętalibyście tę datę do końca życia”. Każdemu dzieciakowi czytającemu ten tekst życzę takiej nauczycielki – której wspomnienie osłodzi nawet najpaskudniejsze doświadczenia szkolne. A może ktoś z czytelników panią Teresę Wincełowicz zna? Proszę jej powiedzieć, że brak mi słów, by powiedzieć „dziękuję”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 13(36) 27/03/-02-04/2021