Już nie „baćka”

Wydane przez Aleksandra Łukaszenkę rozporządzenie o użyciu przez służby broni wobec protestujących jest szeroko komentowane przez media. Pojawił się nawet nagłówek: „Łukaszenka pozwolił funkcjonariuszom zabijać protestujących i nie myśleć o konsekwencjach”. Nagłówek błędny. Łukaszenkowi funkcjonariusze jak dotąd też zabijali bez myślenia o konsekwencjach – i żadnych nie ponieśli.

Nowe rozporządzenie, szeroko rozniesione w mediach, jest przede wszystkim kolejną groźbą dyktatora wobec „swojego” narodu. „Swojego” w cudzysłowie, bo trudno w tym przypadku mówić o jakimkolwiek poczuciu wspólnoty z ludźmi, których pozbawia się godności, bezpieczeństwa i życia, na których się nasyła zbrojnych siepaczy i wobec których się okazuje pogardę każdym łgarstwem puszczanym w eter. 

Pojawia się zatem pytanie – kim jest dla Białorusi i Białorusinów Aleksander Łukaszenka? Nie jest z pewnością demokratycznie wybranym prezydentem – nawet jeśliby wykazane fałszerstwa wyborcze nie miały znaczącego wpływu na wynik, to sam Łukaszenka dyskredytuje swoją pozycję, odmawiając wyjaśnień i dopuszczenia niezależnych obserwatorów. Nie jest już też na pewno „baćką” – surowym, ale miłującym „ojcem narodu”, na jakiego się kreował, bo żaden normalny ojciec w taki sposób się nie zachowuje. Terror, groźby pozbawienia życia, niewolenie, okradanie ludzi z majątków i firm, mania prześladowcza i przyjaźń z paskudnym „zekiem” z sąsiedztwa – do pełnego obrazu brakuje mu tylko bycia alkoholikiem.