Wiceminister Adomėnas o pobitym Pratasiewiczu: „reżim widocznie zdesperowany, paranoja”

Reżim Łukaszenkowski po zatrzymaniu dziennikarza opozycyjnego Ramana Pratasiewicza spotkał się z ostrą reakcją międzynarodową. Unia Europejska już zdecydowała o pierwszych sankcjach doraźnych i zapowiedziała kolejne. W związku z tym reżim białoruski odwołał się do boleśnie znanej z czasów sowieckich metody — „publicznej spowiedzi”. Białoruska telewizja państwowa wyemitowała nagranie z wyraźnie pobitym Pratasiewiczem, w którym mówi: „jestem traktowany dobrze” i przyznaje się do „organizacji masowych zamieszek” (tak nazywane i traktowane są przez reżim antyrządowe protesty na Białorusi). Nie jest pierwszym opozycjonistą, który po trafieniu do aresztu jest przez milicjantów nagrywany w podobnych okolicznościach. Litewski wiceminister spraw zagranicznych po rozmowie z mamą zatrzymanego nie ma wątpliwości co do autentyczności „zeznań”. Przypomina, że może także dojść do znanej sprzed dekady praktyki, gdy opozycjoniści są zatrzymywani, aby wymieniać się z Zachodem w zamian za ustępstwa i znoszenie sankcji.

| Fot. KGB.by/ YouTube

Wiceminister spraw zagranicznych Litwy Mantas Adomėnas po rozmowie z matką zatrzymanego, Natalią Pratasiewicz, potwierdził, że nikt nie traktuje takiego nagrania jako dowodu, że faktycznie Raman Pratasiewicz jest traktowany dobrze.

„W przekonaniu mamy, to jego przyznanie się jest całkiem nienaturalne, on tak się nie zachowuje, jego mowa nie była naturalna — twierdzi (matka — przyp. red.), że jej syna zmuszono mówić, zacytuję dokładniej — że »reżim próbuje wycisnąć z niego słowa«. Wygląda na to (że to tortura — przyp. red.) — ma inny ton, sposób wypowiedzi, stan nie jest normalny” — mówił wiceminister Mantas Adomėnas po rozmowie z matką Pratasiewicza.

Czytaj więcej: Wizz Air i Air Baltic: Loty omijają białoruską przestrzeń powietrzną

Niepokoją zgony w przeszłości

Wiceminister twierdzi, że mama dziennikarza szczególnie martwi się o zdrowie syna, ponieważ ma on wrodzone problemy z sercem, szczególnie uwzględniając zgony aresztowanych w przeszłości, u których wiadomo było o podobnych problemach z sercem.

„Inna sprawa — mówi, że od dzieciństwa ma problemy z sercem, dlatego przeżywa z powodu jego zdrowia. Inna osoba, Witold Aszurok, zmarł w więzieniu, również z powodu serca — to także martwi. Naturalne, że rodzice się martwią” — twierdził wiceminister.

Mama Ramana Pratasiewicza potwierdziła także, że adwokat nie mógł znaleźć Pratasiewicza w izolatorium przesłuchań w Mińsku, gdzie, jak twierdzi reżim i twierdził podając wymuszone nagranie, powinien przebywać. Chodzi o areszt nr 1.

„Powiedziano mu (adwokatowi — przyp. red.), że Ramana tam nie ma. Tak więc albo kłamią adwokatowi, albo kłamią publicznie. Dlatego też niepokoi także to, że niejasne jest jego miejsce pobytu” — twierdzi Adomėnas.

Nieprzewidywalne działania

Wiceminister dodał, że reżim Alaksandra Łukaszenki „robi desperackie kroki”, dlatego też ciężko jest przewidywać co do dalszego losu Pratasiewicza jak i pozostałych opozycjonistów. Nie wykluczył jednak, że może powtórzyć się praktykowana przed dekadą praktyka, że więźniowie polityczni są wymieniani z Zachodem w zamian za odpuszczenie sankcji.

Środowiska prorosyjskie twierdzą, że „sankcje Białorusi nie wystraszą”, co także podały rosyjskie prorządowe gazety, czemu jednak przeczyły poprzednie praktyki Białorusi dążące do ich zniesienia.

„Tak więc nie jest dla niego nietypowa próba »pohandlować« — zatrzymać ludzi i wypuszczać ich w zamian za pewne ustępstwa. Jednak to jest sytuacja, w której widać desperację, całkowity brak poczucia bezpieczeństwa, paranoja, teorie, według których wierzy on (Łukaszenka — przyp. red.) w spisek przeciwko niemu. Zatem czy można będzie doszukać się racjonalnych kalkulacji w jego działaniach, naprawdę nie wiemy. Póki co widać całkowitą dysproporcję tak w historii z samolotem, tak w zamknięciu ambasady Łotwy” — mówił wiceminister.

Czytaj więcej: Bezprecedensowy akt państwowego terroryzmu

Śledzony już od Aten

Jeden z redaktorów kanału na Telegramie, Nexta, 26-letni Raman Pratasiewicz został zatrzymany w Mińsku po tym, gdy reżim sprowadził na ziemię samolot lotu komercyjnego linii Ryanair. Dziennikarz leciał nim z Aten do Wilna. Zatrzymano także jego dziewczynę oraz czterech obywateli Rosji. Raman już w Atenach skarżył się, że był śledzony przez ludzi, którzy wsiedli razem z nim do samolotu.

Białoruska telewizja rządowa, medialne ramię Łukaszenki, w poniedziałek wyemitowała nagranie, powielane następnie w internecie, na którym Pratasiewicz twierdzi, że współpracuje ze służbami porządkowymi i daje „dowody na organizację masowych zamieszek”.

Pratasiewicz wraz z innym współtwórcą Nexty, Sciapanem Puciłą, są wciągnięci na listę Łukaszenki „osób uczestniczących w działalności terroreystycznej”. Opozycjoniście grozi co najmniej 15 lat odebrania wolności.

Metody przyznawania się aresztowanych to nic nowego — stosowane było przez białoruski reżim szczególnie w momentach, gdy przyjeżdżali zagraniczni konsultanci, aby wesprzeć białoruskich kolegów. Jest to metoda dobrze znana na Białorusi. Wspominają o tym m.in. komentatorzy pod nagraniem w internecie.

„Po co cały ten teatrzyk przed kamerą, kto tylko trafiał do SiZo (śledczy areszt — przyp. red.), od razu zaczyna się do wszystkiego »przyznawać«, czyżby myślą, że ludzie są głupi i nie wiedzą, że to możliwe, gdy grożą torturami bądź już torturowali” — pisze internauta OmaN.

Jest to także metoda do bólu znana z sowieckich czasów. Sowieckie służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze często zmuszały do przyznawania się do winy. Niejednokrotnie przy braku winnych znajdowano „kozłów ofiarnych”, a dowody były tworzone arbitralnie. Tak byli traktowani m.in. działacze opozycji antykomunistycznej.

W ostatnim czasie na celownik obrano także Polaków na Białorusi. Po aresztowaniu działaczy, m.in. Anny Paniszewej, Andżeliki Borys, Marii Tiszkowskiej, Ireny Biernackiej i innych, reżim wziął się za przesłuchiwanie uczniów polskich szkół. Szczególnie ich interesuje treść nauczania.

Czytaj więcej: Białoruska prokuratura wzywa polskich uczniów na przesłuchania

Reżim musi mieć głos

Reżimowa telewizja Biełaruś-1, która wyemitowała nagranie pobitego Pratasiewicza, po masowych protestach ubiegłego roku przeszła niemal całkowitą wymianę personelu. Wielu pracowników w ramach protestu opuściło stację wcześniej podając oświadczenie do wiadomości publicznej, że nie mogą kłamać wobec własnego narodu.

Przerwa w nadawaniu trwała krótko — wkrótce przerzucono dziennikarzy z innych mediów, a także z Rosji, którzy zapewnili płynne dalsze funkcjonowanie medialnego ramienia Łukaszenki.

Reżim jest też wspierany informacyjnie przez Kreml, który obecnie jest głównym twórcą państwowej linii narracyjnej. Na temat porwania samolotu Ryanair wypowiedziała się rzeczniczka rosyjskiego MSZ, Zacharowa, która wspomniała zatrzymanie samolotu z prezydentem Boliwii na pokładzie w 2013 roku. Wtedy samolot został sprowadzony metodami dyplomacji, żadne lotnisko nie dawało pozwolenia na lądowanie.

Czytaj więcej: Ilona Rudenia: „Wyrwałam się z białoruskiego piekła”


Na podst.: BNS, AFP, własne