Słowo ma wagę

Określone słowa mają swoją wagę. Zdawali sobie z tego sprawę już starożytni – dlatego w Piśmie Świętym imię Boga nie było używane, a jedynie zapisywane jako JHWH. Rozumieli to też nasi słowiańscy przodkowie – stąd słowo „niedźwiedź” jest jedynie eufemizmem oznaczającym „wiedzącego, gdzie jest miód”.

Prawdziwe imię zwierzęcia, będącego prawdziwym postrachem naszych puszczy, zaginęło w mrokach dziejów; nie było używane ze strachu przed przyzwaniem jego nosiciela, co mogło oznaczać nieszczęście. Wszak dopiero broń palna wyrównała nasze szanse na przetrwanie w konfrontacji z niedźwiedziem w lesie.

Podobnym zjawiskiem jest zastępowanie przekleństw ich łagodniejszymi, a brzmiącymi podobnie słowami, jak „kurczę”, „blin” czy „kij”, tworząc nierzadko poetyckie zbitki.

W czasach postprawdy i sieci (czy może należałoby mówić: sideł?) społecznościowych waga słowa uległa dewaluacji.

Wierzono, że wszelkie złorzeczenie sprowadzić może nieszczęście przede wszystkim na złorzeczącego, chociaż sobie zdawano sprawę z potrzeby wyrażania mocniejszych emocji. Starano się także nie rzucać słów na wiatr, a wszelkie gadanie – że co to ja zrobię, co komu dam i ile mam – mogło się skończyć albo oczekiwaniem spełnienia obietnicy, albo uszczerbkiem na reputacji i wiarygodności takiego gaduły.

Obecnie, w czasach postprawdy i sieci (czy może należałoby mówić: sideł?) społecznościowych, waga słowa uległa dewaluacji. Każdy może powiedzieć cokolwiek, każdy wie, że „to tak na niby”, więc każdy gada co mu ślina na język przyniesie. Mniejsza jeszcze, jeśli to robią jacyś szarzy obywatele, ale kiedy egzaltowane pustosłowie wkracza do literatury i na usta polityków, od których oczekiwać można by jakiejś powagi, robi się nieśmiesznie. Oto wysoki funkcjonariusz ONZ powiedział, że wystarczy 6 mld dolarów na skończenie na dobre z głodem na świecie.

Gdy przywołany przez niego Elon Musk odpowiedział, że chętnie przekaże takie pieniądze, jeśli tylko funkcjonariusz pokaże mu szczegółowy plan, na co zostaną przeznaczone – zapadła niezręczna cisza. Czy jednak aparatczyk straci w związku z tym urząd, który swoją lekkomyślną wypowiedzią skompromitował? Takie rzucanie słów na wiatr ma duży wpływ na nasze życie. Za jego sprawą nie ufamy politykom i mediom, gubi się też zaufanie i szacunek wśród znajomych, którzy z lekkością dawniej niespotykaną obrażają się nawzajem i wyzywają pod wpływem jakichś odległych wydarzeń. Żyjemy w czasach bezprecedensowej skali przemocy słownej.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 46(132) 13-19/11/2021