(Wy)kolej rzeczy

Litwa jest krajem z całkiem czystym powietrzem. Potwierdzają to przybywający do nas turyści, chcący coraz częściej nie tylko oglądać niknącą barokową starówkę Wilna, lecz także cieszyć się przyrodą, jakiej nie doświadczą już choćby w industrialnych Niemczech. Potwierdzają to także badania pomiarów powietrza czy fakt, że nie mamy smogu.

Stąd może dziwić histeryczne parcie do tego, żeby zanieczyszczenia zmniejszać. Proszę mnie zrozumieć dobrze – trzeba je zmniejszać. Ale czy 2236 domostw opalanych węglem lub torfem w Wilnie – półmilionowym mieście! – to rzeczywiście aż tak palący problem, żeby wyskakiwać z pomysłem zakazu używania tych paliw od zaraz, natychmiast? Ostatecznie termin rezygnacji z kopalin przeniesiono na 1 lipca 2023 r., ale wrażenie nieprzemyślanej histerii pozostało. Innym budzącym zdumienie zjawiskiem jest nienawiść liberałów do samochodów. Chodzi o pomysł opodatkowania posiadania auta (przypominam, od dawna istnieje podatek ekologiczny od samochodów, który płacimy wszyscy: nazywa się akcyza).

Umie u nas ktokolwiek jeszcze budować nowe tory, drogi, mosty? Już nawet z asfaltowaniem ulic coraz słabiej

Tymczasem jeden z liderów jednej z liberalnych partii mówi, że nie chodzi nawet o przechodzenie na samochody elektryczne, ale o „nakłanianie” mieszkańców do rezygnacji z posiadania samochodu w ogóle. Przy czym ma to polegać właśnie na uprzykrzaniu posiadania pojazdu, a nie na stwarzaniu lepszych alternatyw w postaci transportu zbiorowego, bo tego nie tylko nie przybywa, ale wręcz ubywa. Słyszał ktoś o jakichś nowych połączeniach pasażerskich wewnątrz Litwy, jakichś nowych liniach, integracji pociągów z transportem miejskim miast? Umie u nas ktokolwiek jeszcze budować nowe tory, drogi, mosty?

Już nawet z asfaltowaniem ulic coraz słabiej, o czym przekonać się mogą mieszkańcy wileńskich Bojar i innych dzielnic z podobnymi problemami – w stolicy europejskiego państwa w XXI w. Może faktycznie cała ta histeria i histrionika na punkcie ekologii wynika właśnie z braku wiedzy i kompetencji, zdolności budowania czegokolwiek – i chęci zamaskowania tych kompleksów poprzez „humanizowanie” i „modernizację” dorobku poprzednich pokoleń?

A wstydzić się mamy czego. 200-tysięczne Rennes we Francji ma metro. 140-tysięczna Lozanna w Szwajcarii ma metro. A my nie mamy ani tramwajów, ani pociągów podmiejskich, jedynie korki – i rondo na Nowogródzkiej, na którym nie mieszczą się miejskie autobusy. I „wysepki bezpieczeństwa”, przez które wywracają się radiowozy. To dopiero postęp!


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 50(144)11-17/12/2021