Łukaszenka wciągnął Białoruś w wojnę i oddał ją Putinowi

Niezależnie od losów walk na Ukrainie już dziś wiadomo, że tę wojnę przegrał Aleksander Łukaszenka. Nie dość, że musi robić wszystko, co mu każe Rosja, to na dodatek wciągnął swój kraj w konflikt z sąsiadem, z którym Białoruś miała zawsze bardzo dobre relacje. Ba, sam Łukaszenka był popularny na Ukrainie. Pytanie, czy dyktator rozumie, że ta rozpętana przez Putina wojna przyspieszy upadek jego samego.

Mimo początkowych zapewnień Aleksandra Łukaszenki, że armia białoruska nie weźmie udziału w wojnie, dowody wskazują na coś innego
| Fot. PAP/DSNS

Białoruś faktycznie bierze udział w agresji na Ukrainę od pierwszych godzin inwazji w dniu 24 lutego. Z jej terytorium wyszedł najgroźniejszy w pierwszej fazie dla Kijowa atak Rosjan.

Podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Białorusi 1 marca zaprezentowano zresztą mapę pokazującą kierunki rosyjskiej inwazji na Ukrainę z białoruskiego terytorium. Z niego też wystrzelono tylko przez pierwsze pięć dni ok. 180 rakietowych pocisków operacyjno-taktycznych (np. w dniu rozmów ukraińsko-rosyjskich odpalono balistyczne iskandery, m.in. w Żytomierz). Na białoruskich lotniskach stacjonują rosyjskie bombowce strategiczne.

Łukaszenka realizuje politykę w pełni zgodną z interesami Kremla. Jeśli już w pierwszych dniach wojny nie doszło do bezpośredniego udziału wojsk białoruskich w inwazji, to nie z woli Łukaszenki, jak chciałby wszystkich przekonać, a raczej faktu, że Moskwa nie widziała początkowo takiej potrzeby. Co może się oczywiście zmienić, w zależności od przebiegu konfliktu.

Jeszcze 1 marca Łukaszenka dementował informacje, oparte na zachodnich i ukraińskich źródłach wywiadowczych, że Moskwa wymusiła na Mińsku użycie białoruskich jednostek powietrznodesantowych – najbardziej zintegrowanych z rosyjską armią – do inwazji na Ukrainę. Jednak tego samego dnia obrona terytorialna z Czernihowa donosiła, że na tym terenie pojawili się białoruscy żołnierze. Także tego samego dnia ukraiński wywiad wojskowy alarmował o setkach czołgów zgromadzonych po białoruskiej stronie granicy.

Fałszywy mediator

Aleksander Łukaszenka próbuje udawać przed swoim społeczeństwem, że Białoruś właściwie stoi z boku, że życie toczy się normalnie, że nawet – jak w latach 2014–2015 – Mińsk może stać się mediatorem między zwaśnionymi słowiańskimi braćmi. To kompletnie niewiarygodne.

26 lutego Łukaszenka wyraził złość z powodu odrzucenia przez prezydenta Zełenskiego pomysłu, aby delegacja ukraińska przyjechała do Mińska na rozmowy z Rosjanami. – Słuchajcie, Kijów jest właściwie otoczony, a oni wygłaszają „pontyfikaty”. Ludzie umierają, a oni wciąż bredzą – grzmiał Łukaszenka. Następnie na miejsce rosyjsko-ukraińskich negocjacji zaproponowano Homel, ale strona ukraińska odrzuciła i ten pomysł, po czym zmieniła zdanie po bezpośredniej rozmowie Łukaszenki z Zełenskim.

Do rozmów doszło 28 lutego, ale i tak delegacja ukraińska z ministrem obrony na czele poleciała na miejsce naokoło, przez terytorium Polski, a nie w strefie działań wojennych, co by było kilka razy krótszą podróżą.

Jest jednak niemal niemożliwe, by Białoruś po raz kolejny stała się miejscem kluczowych rozmów pokojowych, a nie tylko wstępnych rokowań. Jeszcze w 2015 r. Mińsk nie był stroną konfliktu, a sam Łukaszenka był najpopularniejszym wśród Ukraińców zagranicznym przywódcą. Rok temu uważało tak ok. 60 proc. Ukraińców.

Dziś sytuacja jest inna. Mimo początkowych zapewnień Łukaszenki, że armia białoruska nie weźmie udziału w wojnie, dowody wskazują na coś innego. W telewizyjnym apelu do narodu białoruskiego z 27 lutego Zełenski otwarcie oskarżył rząd białoruski o aktywne uczestnictwo w konflikcie, a Łukaszenka faktycznie potwierdził, że z terytorium Białorusi wystrzelono rakiety w cele na Ukrainie. Odnosząc się do apelu Zełenskiego do Białorusinów o wyrażenie sprzeciwu wobec rosyjskiej i białoruskiej napaści, Łukaszenka ostrzegł Kijów przed prowokowaniem Mińska do przeprowadzenia „operacji specjalnej” w celu „ratowania pozostających na Ukrainie obywateli Białorusi”, jakoby szykanowanych przez władze ukraińskie.

Czytaj więcej: Łukaszenka: „Iskandery poleciały z Białorusi”. Wcześniej deklarował, że nie weźmie udziału w inwazji na Ukrainę

Grabarz suwerenności

W przemówieniu z okazji Dnia Obrońcy Ojczyzny (23 lutego), na dzień przed zmasowaną inwazją Rosji na Ukrainę, Aleksander Łukaszenka gorąco apelował do Ukraińców o powrót do słowiańskiego braterstwa i odrzucenie „zamorskich panów”, którzy po wykorzystaniu „wyrzucą was na śmietnik historii”. Od momentu wybuchu wojny Łukaszenka starał się jak mógł, aby jego działania przebiegały normalnie. Na przykład 25 lutego złożył wizytę w Centrum Badawczo-Praktycznym Chirurgii, Transplantologii i Hematologii w Mińsku i wygłosił improwizowane przemówienie, w którym poruszył tak różne kwestie, jak: służba zdrowia, inflacja i ukraiński nacjonalizm.

Białoruska propaganda nagłośniła też telefon od prezydenta Francji 26 lutego. Trudno stwierdzić, co chciał osiągnąć Emmanuel Macron, dzwoniąc do Łukaszenki. Jedynie zaszkodził inicjatywie Swiatłany Cichanouskiej, która 24 lutego ogłosiła, że „przejmuje obowiązki przedstawiciela narodu białoruskiego i tworzy rząd tymczasowy”. Przede wszystkim jednak Łukaszenka zademonstrował swoje zaangażowanie w sprawie referendum konstytucyjnego 27 lutego, zważywszy na to, że głosowanie rozpoczęło się już pięć dni wcześniej.

Łukaszenka, wciągając Białoruś w konflikt Rosji z Ukrainą, naraził swój kraj na potężne straty gospodarcze, ale też międzynarodowy ostracyzm na wielu płaszczyznach, od sportu po kulturę. Amerykańskie i europejskie sankcje z 24–25 lutego objęły sektory bankowy i zbrojeniowy, a także zakazy wjazdu dla wielu przedstawicieli reżimu, w tym ministra obrony Wiktara Chrenina.

Jeszcze zanim ten ostatni ogłosił 20 lutego, że wojska rosyjskie pozostaną na Białorusi na czas nieokreślony, białoruscy opozycyjni dziennikarze i ich rozmówcy akcentowali utratę suwerenności przez Białoruś. Realna władza Łukaszenki nad Białorusią jest może tylko odrobinę większa niż władza gubernatora jakiegoś Biełgorodu czy Tuły. I nie ma wątpliwości, że to nie Łukaszenka decyduje o użyciu białoruskiej armii, ale jego generałowie odbierający już rozkazy prosto z Moskwy.

Czytaj więcej: „Horpyna” w Wilnie dla Ukrainy [GALERIA]


Antoni Rybczyński


Artykuł będzie opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 9(27) 05-11/03/2022