Wstążka a swastyka

W 2014 r. Waldemar Tomaszewski zbulwersował litewską opinię publiczną, paradując 9 maja na cmentarzu Antokolskim z tzw. wstążką św. Jerzego. To było kilka miesięcy po tym, jak Rosja dokonała okupacji Krymu i faktycznie rozpętała konflikt zbrojny na wschodzie Ukrainy.

Wspomniana wstążka stała się symbolem donbaskich separatystów. Gest polityka był krytykowany nie tylko na Litwie, lecz także w Polsce. Chociaż lider AWPL-ZChR nigdy nie przeprosił za swoje postępowanie, to w latach późniejszych wstążki nie przypinał. Wydawało się, że niechlubny incydent poszedł w niepamięć. Niestety, w tle bombardowania ukraińskich miast przez rosyjskie wojsko temat powrócił. W minionym tygodniu Sejm RL w pierwszym czytaniu zaaprobował projekt ustawy przywidujący odpowiedzialność administracyjną za publiczne demonstrowanie wstążki św. Jerzego, która zdaniem pomysłodawców stała się symbolem agresji. Projekt poparła m.in. posłanka polskiej partii Rita Tamašunienė. Tymczasem lider AWPL-ZChR skrytykował inicjatywę posłów. Europoseł napisał, że wstążka jest symbolem nie rosyjskiego szowinizmu, lecz „walki z niemieckim faszyzmem”.

Argumentacja polityka jest naciągana. Faktycznie, wstążka do sowieckiego Orderu Sławy z 1943 r. jest kopią wstążki z carskiego Orderu św. Jerzego. Była noszona przez sowieckich weteranów II wojny światowej. Z kolei swastyka do czasów Hitlera również była jednym z wielu symboli religijnych, obecnym w różnych kulturach na całym świecie. Jednak po 1945 r., w różnych konfiguracjach, kojarzy się jednoznacznie i jest używana tylko przez marginalne środowiska nazistowskie i faszystowskie. Tak samo stało się ze wstążką. Z symbolu weteranów walk z Hitlerem przeistoczyła się w symbol rosyjskiej agresji. Winę za to przekształcenie ponoszą obecne władze Kremla. Rozumiem motywację Tomaszewskiego, który w ten sposób próbuje zawalczyć o prorosyjski elektorat. Niemniej jego słowa rzucają cień nie tylko na polską mniejszość, lecz także na rosyjską. Po rozpoczęciu wojny litewscy politycy najwyższego szczebla oświadczyli, że litewscy Rosjanie nie ponoszą winy za politykę Putina. Mimo to w przestrzeni publicznej nadal pojawiają się wypowiedzi atakujące rosyjską mniejszość. Tego typu działania tę sytuację tylko pogłębiają. Taktycznie dzięki takiej retoryce Tomaszewskiemu być może uda się pokonać próg wyborczy. Jednak patrząc strategicznie, takie działania są nieodpowiedzialne, ponieważ eskalują konflikt na tle narodowościowym, który destabilizuje państwo.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 13(39) 02-08/04/2022